
NUMER 16 (7) LUTY 2016 | "PRZEKRACZANIE GRANIC"
Cytat, naśladownictwo, a może plagiat? Co roku do sądu najwyższego wpływa mnóstwo spraw o złamanie prawa autorskiego – także przez twórców wiodących na światowym rynku dzieł sztuki, takich jak na przykład Jeff Koons. Co zatem robić, by się tego przestrzegać?
Według art. 16 pkt. 2 prawa autorskiego, twórcy przysługuje tzw. Prawo do ojcostwa utworu. Z tego wynika, że to twórca w pełni decyduje o sposobie upowszechniania dzieła oraz jego oznaczenia – może podpisać się własnym imieniem i nazwiskiem, skorzystać z pseudonimu lub pozostawić dzieło anonimowe. Artykuł ten chroni prawa przysługujące autorowi z racji stworzenia dzieła, ale ukrycie prawdziwego autorstwa pracy ułatwia przywłaszczanie sobie praw do niego. Plagiatem jest praca, w której są widoczne zapożyczenia, jednak autor zataił ich źródło i twórcę.
Istnieją różne rodzaje plagiatów. Najczęstszym jest tzw. plagiat częściowy. Charakteryzuje się on przypisaniem sobie autorstwa fragmentów cudzej pracy. Dochodzi do niego w momencie, gdy wykorzystywane elementy dużego obrazu sprawiają, że dzieło przestaje mieć indywidualny charakter. Z kolei wedle prawa nie jest plagiatem dzieło, które powstało w wyniku twórczego działania niezależnie od pierwotnego twórcy, nawet jeżeli pod kątem treści i formy są identyczne. Podobnie jest też z symbolami narodowymi – możliwe jest powstanie dwóch bardzo podobnych prac, w których wykorzystany jest ten sam symbol.

Plagiat jest naruszeniem prawa, tak więc jego popełnienie skutkuje karą pieniężną, a nawet karą pozbawienia wolności.
Z praktycznego punktu widzenia jednak głośna i kontrowersyjna sprawa może działać na korzyść artysty. Jest to szansa na zdobycie rozgłosu i medialnej rozpoznawalności. Współcześnie szansa na bycie światowej sławy artystą graniczy niemalże z cudem, ponieważ, jak mówią statystyki, 40 000 artystów mieszka w Londynie, tyle samo w Nowy Jorku, co daje 80 000, tylko 75 z nich jest supergwiazdami, 300 odnosi sukcesy, 5000 artystów ktoś reprezentuje. Dodatkowo codziennie ulice Londynu przemierza około 15 000 artystów szukających galerii, które chciałyby wykupić ich prace. Tylko ok. 3% z nich udaje się znaleźć miejce, w którym mogą zorganizować wystawę. Jak widać, w przypadku sztuki "wybicie się" graniczy niemalże z cudem. Zatem głośna sprawa o plagiat z celebrytą na pewno nie ma jedynie negatywnych skutków. Tak było w przypadku procesu, jaki David LaChapelle wytoczył Rihannie. Chociaż LaChapelle jest już światowej sławy fotografem, sprawa o plagiat z jedną najpopularniejszych gwiazd muzyki rozrywkowej przyniosła mu wiele korzyści.
LaChapelle jest jednym z najbardziej znanych uczniów Andy'ego Warhola. Prócz pracy w „fabryce” króla sztuki pop jako fotograf, który tworzył dzieła narzucone przez Warhola, zatrudnił się jako kelner w kultowym nowojorskim klubie Studio 54, by znaleźć się jak najbliżej gwiazd. Moment, kiedy LaChapelle wchodził na rynek, okazał się strzałem w dziesiątkę. Szybko wyczuł, że znacząco wzrasta popyt na fotografię modową. Pracował dla największych marek w światowej branży reklamowej, m.in. dla H&M, HBO czy dla magazynu „Vogue”, stworzył też znane sesje licznych gwiazd, by wymienić tylko Madonnę, Angelinę Jolie oraz Lady Gagę. Artysta tworzył niekonwencjonalne fotografie, które mocno działały na odbiorcę (zbyt dużym niekiedy) nasyceniem kolorów. David był kreatorem i reżyserem fotografowanego obszaru. Cechy charakterystyczne w fotografiach LaChapelle’a to wpływ surrealizmu oraz języka kampu. Dzięki tym czynnikom artysta szybko zyskiwał sławę, a jego twórczość okazała się inspirująca – także dla Rihanny.
W lutym 2011 roku światowej sławy fotograf wniósł wniosek do sądu, pozywając Rihannę, jej wytwórnię Def Jam oraz reżyserkę Melinę Matsouka o plagiat, jakiego miano się dokonać w teledysku do piosenki S&M. W pozwie fotograf napisał, że w wideoklipie pojawia się osiem obrazów pierwotnie wymyślonych przez niego na potrzeby zdjęć. Wymienia m.in. wizerunek Rihanny na niebieskim tle z cukierkiem na języku czy scenę w różowym pokoju, w której piosenkarka zniewala mężczyznę. Fotograf dodał, że wideoklip wykorzystał „kompozycję, koncepcję, atmosferę, tematykę, kolory, garderobę i sposób oświetlenia” z jego zdjęć. Sąd przyznał, że „scena w różowym pokoju” bardzo przypomina zdjęcie LaChapelle’a Striped Face.
Jeszcze w lipcu tego samego roku prawnicy usiłowali oddalić powództwo, powołując się na tzw. Prawo dozwolonego użytku. Jednak fair use wyklucza komercyjne wykorzystanie materiałów, więc nowojorski sąd podjął decyzję, że zajmie się sprawą. W krótkim czasie stwierdzono, że w teledysku S&M doszło do naruszenia prawa autorskiego. Wyznacznikiem była wypowiedź laika, który wskazał na subiektywne podobieństwo jednej pracy do drugiej. Finalnie obie strony zawarły porozumienie. Niestety nie została podana do wiadomości mediów informacja, jaką kwotę zaproponowała Rihanna artyście, ale rzecznik LaChapelle’a zdradził, że David jest bardzo zadowolony. Takie polubowne zakończenie sprawy okazało się zadowalające dla obu stron. Artysta przez chwilę mógł figurować na pierwszych stronach gazet, a znana artystka muzyki popularnej nie straciła nazbyt na swoim wizerunku. Co może się natomiast wydarzyć w przypadku dwóch performatywnych artystów, między którymi dochodzi do sporu o plagiat?

Niekiedy proces sądowy o plagiat może okazać się performance’em artystycznym. Takie niecodzienne zakończenie przysporzył mediom spór Johna Cage'a z Mike’iem Battem w procesie o plagiat sławnego utworu 4'33''.
Utwór 4'33'' to trzyczęściowy utwór Johna Cage’a, który składa się wyłącznie z pauz – w trakcie jego trwania nie zostaje zagrany ani jeden dźwięk. Partytura utworu zawiera notki na temat jego wykonania, natomiast poszczególne części oznaczono słowem „tacet”, co oznacza „w ciszy”. Cisza była jednak pozorna – tak naprawdę składała się z całej gamy dźwięków niesłyszalnych, jakimi były m.in. ultradźwięki. 29 sierpnia 1952 roku pianista David Tudor premierowo wykonał utwór.
Od strony prawnej nie ma wątpliwości, że utwór muzyczny charakteryzuje się indywidualnością, przez co staje się przedmiotem prawa autorskiego i jest przez nie chroniony. W 2002 John Cage pozwał wokalistę brytyjskiego bandu The Wombles o plagiat, ponieważ Batt nagrał utwór zatytułowany Minuta ciszy, który podpisał nazwiskami Butt i Cage. Wytwórnia młodego brytyjskiego wokalisty tłumaczyła, że utwór Cage’a był jedynie inspiracją. W trakcie procesu sądowego nie było jednak wątpliwości co do tego, że popełniono plagiat. Na szczęście artyści doszli do porozumienia, godząc się na stosunkowo niskie odszkodowanie (10 tysięcy funtów – w tym samym czasie media wspomniały o sześciocyfrowej sumie) i dochodząc do wniosku, że cały proces sądowy zamienią w performance artystyczny.
Plagiat popełniany jest nie tylko w stosunku do najbardziej znanych artystów świata. Czasami zdarza się, że to właśnie twórczość „supergwiazd” okazuje się powieleniem. Do tej grupy można zaliczyć Jeffa Koonsa. Twórca ten zasłynął z tego, że nie boi się kontrowersyjnych projektów, bowiem, jak sam mówi, zostaje wierny swoim artystycznym wizjom. Jego dzieła to połączenie pop artu, sztuki ulicznej, ale i inspiracja nurtem ready made. W połowie lat 80. założył własne studio artystyczne na wzór kultowego Factory Andy'ego Warhola. Wspólnie z trzydziestoma asystentami zaczął „fabrykować” własne dzieła sztuki. Jego znakiem rozpoznawczym stały się balony. Psy, króliki, tulipany – wszystko to artysta zamienia na sporych rozmiarów "balony": stalowe i ważące tony. Jego wystawy przyciągają rzesze fanów, a o jego prace – mimo że kosztujące co najmniej kilka milionów dolarów – „biją się” najważniejsi kolekcjonerzy w świecie sztuki, muzea i fundacje.
Jednak końcówka 2014 roku nie brzmi już tak optymistycznie. Wystawiona w Centrum Pompidou w Paryżu rzeźba Fait d’Hiver z 1988 roku zniknęła z ekspozycji. Wszystko ze względu na podejrzenia popełnienia plagiatu. Kontrowersyjna praca przedstawia wielką świnię, która na szyi ma beczkę rumu, oraz małego pingwina stojące przed położonym popiersiem młodej kobiety. Identyczny układ zauważalny jest w kampanii reklamowej firmy Naf-Naf z 1985 roku. Kampania przedstawia leżącą młodą kobietę – ofiarę lawiny, która jest ratowana nie przez bernardyna, a właśnie przez świnię z rumem na szyi. W dodatku prace mają identyczne tytuły, co świadczy na niekorzyść Koonsa. Twórca reklamy, Franck Davidovici, oskarżył amerykańskiego artystę o plagiat i zarzekł się, że nie odpuści sprawy bez walki. Nie ma jednak informacji, czy oficjalnie został wniesiony pozew do sądu. Całą sprawę badała także specjalna komisja, która podjęła decyzję o usunięcie pracy z wystawy do momentu rozstrzygnięcia sporu.
Praca Koonsa powstała w czterech kopiach. Jedna z nich w roku 2007 została wylicytowana w domu aukcyjnym Christie za 3,7 mln dolarów. Prawdopodobnie teraz kolekcjoner nie może znieść myśli, że wydał blisko 4 mln dolarów na plagiat...
Niestety nieznajomość prawa nie zwalnia nikogo od ponoszenia odpowiedzialności karnej za to, co robimy. Granica między inspiracją a plagiatem jest bardzo cienka, więc wielu artystom zdarza się ją przekroczyć. Aby zatem uniknąć rozpraw i odpowiedzialności prawnej za popełniony czyn, lepiej dla własnego dobra po prostu w tytule zamieścić stosowne informacje o źródle zaczerpniętego cytatu.

![]()
ALEKSANDRA KWIATKOWSKA
Absolwentka Liceum Plastycznego w Bydgoszczy. Obecnie studentka III roku Krytyki Sztuki na wydziale Edukacji Artystycznej na UAP w Poznaniu. Liczne publikacje w bydgoskiej "Gazecie Wyborczej". Autorka bloga www.miszmaszsztuka.blogspot.com
MARIUSZ HOŁOD
Student Wydziału Architektury na Politechnice Wrocławskiej. W wolnych chwilach zajmuje się tworzeniem komiksów i ilustracji.