DO GÓRY

 

fuss_anatomia_samotności_urbaniak_cover.jpg

NUMER 14 (5) PAŹDZIERNIK 2015 | "TO WŁAŚNIE MIŁOŚĆ"


ANA­TO­MIA SAMOT­NO­ŚCI

Z BOŻEJ ŁASKI TOMASZ | KATARZYNA URBANIAK
kreska.jpg

Zapy­taj o miłość, a usły­szysz histo­rie o roz­sta­niu i porzu­ce­niu.
Zapy­taj o przy­wią­za­nie – powie­dzą ci o samot­no­ści.

Samot­ność to cho­roba. Nie bez powodu w tak wielu języ­kach roz­róż­niamy poję­cia bycia samemu oraz samot­no­ści. Róż­nica jest tutaj nie­sub­telna, bo kiedy jedno to w jakimś sen­sie neu­tralne prze­by­wa­nie w poje­dynkę, o tyle samot­ność to pokłady chu­jo­wi­zny wymie­szane z wyob­co­wa­niem, nega­tyw­nym myśle­niem i prze­ko­na­niem, że pre­zen­tu­jemy naj­wyż­szy poziom bez­na­dziei oso­bo­wo­ścio­wej. W skró­cie – dobi­jamy do zera. Samot­ność ma rożne barwy i kształty, ale w grun­cie rze­czy opiera się na sta­nie braku. I jesz­cze wąsaci wuj­ko­wie w polie­stro­wych koszu­lach drę­czą was przy rodzin­nych obia­dach, wciąż wypy­tu­jąc o speł­nie­nie emo­cjo­nalne. 

Niesamot­ność ma za to wiele zalet. Ludzie posia­da­jący zdrową, głę­boką rela­cję żyją dłu­żej, są sta­ty­stycz­nie zdrowsi, rza­dziej zapa­dają na cho­roby, czę­ściej doświad­czają szczę­ścia. Wbrew obie­go­wemu prze­ko­na­niu upra­wiają czę­ściej seks niż sin­gle. Związki, jak poka­zują bada­nia, sprzy­jają pie­lę­gno­wa­niu zdro­wych nawy­ków, a dzięki poczu­ciu więzi i bez­pie­czeń­stwa pro­mują roz­sądne decy­zje i zacho­wa­nia. 

PIERW­SZY
WHERE IS MY MIND?
 

Bo wie­cie, jak to jest, nie? Spo­ty­ka­cie dresa, opusz­cza przed wami gacie i już świat jest wspa­niały. Sce­na­riu­sze są jed­nak bar­dziej pro­za­iczne. Było to roku ileś i dwa tysiące. Nic nie zapo­wia­dało zmiany stanu rze­czy. Wtedy sobie przy­po­mnia­łem, że oprócz marzeń warto mieć papie­rosy. W zasa­dzie sam nie wiem, o czym dokład­nie myśla­łem. Był to moment linie­nia, men­tal­nej wylinki w mojej gło­wie – wzro­stu nagłego i sko­ko­wego, jakby wszystko sta­wało się moż­liwe, a życie jed­nak było piękne. Przy­szedł zni­kąd, wie­dziony mecha­niką kwan­tową nowo­cze­snych świa­tłowodów. Był kom­po­nen­tem czy­sto wir­tu­al­nym. Wir­tu­al­ność jest jak samot­ność, zarzuca się sieci w pusty ocean. A to dosko­nale obra­zuje pod­sta­wowe lęki obec­nych cza­sów, niby przy­jemne, sin­glow­skie wygod­nic­two bar­dzo szybko prze­cho­dzi w nie­do­okre­śle­nie. Bo jak można nie być w ukła­dzie, gdzie 1 + 1 = 3. Podob­nie jak można nie być na Face­bo­oku bez miliona zna­jo­mych. 

I byli­śmy. Nad­po­praw­nie, ponad­prze­cięt­nie, tro­chę w innym świe­cie. Kie­dyś wymy­śli­łem sobie albo nawet mi to powie­dziano, bo teraz ciężko już dojść do źró­deł, że coś jest nie tak z ludźmi takimi jak ja. Coś obraź­li­wego. Coś, czego powinno się uni­kać, a może i lepiej współ­czuć. I – co naj­waż­niej­sze – coś, czego nie da się w żaden spo­sób objąć uczu­ciem. Dla­tego trak­to­wa­łem to jako pre­zent, coś jedy­nego, coś dla mnie. Kom­po­nenty wir­tu­alne w obec­nych cza­sach już nie są tak odle­głe. Mate­ria­li­zują się. Pozna­jemy je orga­no­lep­tycz­nie, może nawet zbyt orga­no­lep­tycz­nie. Pozna­jemy je w ogóle. Ta wie­dza nas fascy­nuje. Nowe, nie­od­kryte lądy. Każda osoba to nowa wyprawa, nie tylko w nie­znane, ale przede wszyst­kim w głąb.

 DRUGI
VUL­NE­RA­BI­LITY

 W niesamot­no­ści cza­sem ciężko jest doma­gać się rze­czy pod­sta­wo­wych. Jesz­cze cię­żej je wer­ba­li­zo­wać, bo każda jedna próba to rysa na ide­ale. Ideał upada szybko. Upada w rze­czach codzien­nych, w inte­rak­cjach z pozoru bła­hych, w czyn­no­ściach nie­po­zor­nych, w myśle­niu niby nie­win­nym. Samot­ność – co dziwne – zaczyna się od stanu, któ­rego nazwy jesz­cze ni­gdzie nie zna­la­złem. To pęk­nię­cie pierw­szego minia­tu­ro­wego wią­za­nia, które roz­po­czyna oso­bliwą reak­cję łań­cu­chową. I cóż wtedy robić, naj­le­piej ucie­kać. Bra­nie, dawa­nie, odma­wia­nie i pro­sze­nie. Dziwne popisy przed losową widow­nią, odre­ago­wy­wa­nie życio­wych zaszło­ści. Cza­sem potoki narze­ka­nia o bar­dzo sze­ro­kiej natu­rze.

fuss_anatomia_samotności_urbaniak.jpgReak­cja ta przy­biera setki kształ­tów i form. Wtedy docho­dzimy do wnio­sku, że może jed­nak jestem samot­nym okrę­tem, a wszystko na pokła­dzie to balast. Że nie mam w zwy­czaju się z niczego tłu­ma­czyć, że nie jestem jed­nak empa­tyczny, że nie jestem od speł­nia­nia cudzych ocze­ki­wań, że zaufa­nie jest dobre, ale kon­trola jest lep­sza. Reak­cja jest powolna, wie­lo­raka, bar­dzo czę­sto pro­wa­dzi do sytu­acji, gdzie myślimy jedno, a robimy dru­gie. Gdzie final­nie spy­chamy drugą stronę, osa­czamy ją na tyle, że nie pozo­staje jej jaki­kol­wiek wybór. Gdzie para­dok­sal­nie obec­ność rodzi samot­ność. Pro­ces ten roz­po­czyna się z pierw­szym potknię­ciem, nie­do­sko­na­ło­ścią, odstą­pie­niem od wybra­nego sce­na­riu­sza. Albo, co gor­sze, od real­nej lub wyima­gi­no­wa­nej kon­ku­ren­cji.

Warto dokład­nie, ostro i w peł­nej świa­do­mo­ści zapa­mię­tać ten moment. Kiedy z pozy­cji zaufa­nego part­nera, powier­nika, kochanka, towa­rzy­sza, kogoś jedy­nego, nie­za­stą­pio­nego i nie­odzow­nego (lub inne wydu­mane role, które sobie w gło­wie powta­rza­cie) sta­jemy się w zasa­dzie nikim szcze­gól­nym. Bo jed­nak nie jeste­śmy tym, co przy­szło nam o sobie myśleć. To upa­dek z nie­wy­obra­żal­nej wyso­ko­ści. Bańka pęka. Moja racja jed­nak nie jest naj­moj­sza.  

TRZECI
CLA­RITY OF VALUES: SOME PEOPLE CALL ME A SLUT, BUT I AM ALSO AN ALCO­HO­LIC

No i jest. Znowu czarna dupa, znowu się nie udało. Chuj, dupa, ale bez kupy kamieni. Myśle­nie kata­stro­ficzno-wspo­mie­niowe, ana­li­tyczne, spa­zmy łóż­kowe o róż­nej porze. Zacho­wa­nia ryzy­kowne, napę­dzane sub­stan­cjami wąt­pli­wego podo­cho­dze­nia, nowo wypra­so­wana maska na twa­rzy, wycią­gnięta z szafki jak poranna świe­żość rysów rodem z Jet­so­nów. Moment trudny, ale jest w nim coś orzeź­wia­ją­cego, cię­żar spada nam z bar­ków. Pozy­tywna cele­bra tej samej samot­no­ści, która zaraz sta­nie się kulą u nogi i potwier­dze­niem, że jed­nak jest z nami jakiś pro­blem, anty­spo­łecz­ność, nie­związ­ko­wość. Mate­riał nie­podatny i nie­po­żą­dany.

Oczy­wi­ście są też wnio­ski. Co zro­bi­łem nie tak, co mogłem zmie­nić, a może się nie sta­ra­łem, a może mam wszystko w dupie i kupię sobie hot doga za zło­tówkę w Ikei, bo tak naprawdę ludzie są ohydni i jest to inwe­sty­cja tak nie­pewna, że to aż dziwne, jak to się tylu parom na świe­cie udaje. Potem sobie jesz­cze można wygo­oglo­wać, co robić, jak nas zosta­wiła dziew­czyna, chło­pak, trans czy nasz przy­ja­ciel z bene­fi­tami – forum Wizażu czy inna forma kry­nicy mądro­ści przy­cho­dzą z tak potrzeb­nym wytchnie­niem. Naj­le­piej się­gnąć do łatwiej dostęp­nych przy­kła­dów, czyli jak to się naszym zna­jo­mym rów­nież nie powio­dło. Jak już się drę­czyć, to lepiej zbio­rowo.

Dla zapo­mnie­nia dobrze też wysta­wić siu­siaka na ostre obcią­ga­nie (dwa razy dzien­nie, bez nama­cza­nia), wsta­wić sobie ogo­loną cipkę na Tin­dera, że tak sobie świet­nie radzę i w ogóle jestem zaje­bi­sta w każ­dym wyda­niu. W kry­tycz­nym momen­cie warto włą­czyć w nocy odku­rzacz, posprzą­tać wszyst­kie szafki, kotu spra­wić nowy żwi­rek zapa­chowy. A sąsie­dzi napły­wają z każ­dej strony z pole­ce­niem zamknię­cia japy. Po takim zawi­ro­wa­niu czas się zatrzy­muje, kolory blakną, cha­rak­ter prze­cho­dzi auto­ka­li­bra­cję. Wska­zówka emo­cjo­nal­nego kom­pasu jakby znowu powoli zaczyna się poru­szać. Poja­wia się drobne świa­tło, a w dodatku wszyst­kie sezony dostęp­nych seriali są dokład­nie obej­rzane. Co z tą samot­no­ścią? Nie wiem, stan przej­ściowy. A może tak naprawdę stały, tylko zmie­nia się kon­fi­gu­ra­cja fizyczna.

Naj­cie­kaw­szy jest zawsze finalny pro­dukt. Inten­sywna, prze­szy­wa­jąca tęsk­nota za praw­dzi­wym i głę­bo­kim kon­tak­tem ludz­kim. Tutaj sys­tem prze­cho­dzi reset, przy­go­to­wu­jąc się na pod­ję­cie tego samego wyzwa­nia, ale następ­nym razem oczy­wi­ście będzie lepiej i doj­rza­lej – bez narze­ka­nia, cichych dni, kry­tyki, wyrzu­tów sumie­nia, szcze­gól­nych nie­do­po­wie­dzeń, nie­re­al­no­ści, przy­zna­wa­nia sobie prawa do dru­giego czło­wieka. Jego fizycz­no­ści, myśli, przy­szłości, świata. Nikt nie powi­nien być samotny. Każdy powi­nien mieć kogoś, kto nas podnie­sie w trud­nym momen­cie, naj­le­piej w tym, w któ­rym wycho­dzą wszyst­kie nasze nie­do­sko­na­ło­ści. Trzeba mieć kogoś, na kogo można bez roz­te­rek swo­bod­nie opa­dać.

Samot­ność czy nie­osob­ność?musująca tabletka.png

 

kreska.jpg

Z BOŻEJ ŁASKI TOMASZ
Wielbiciel języka i komunikacji, szczęściem pederasta. Stara­ się spoglądać na życie pod różnymi kątami, lubi labirynty i gładki plastik. Myśli obrazami, najwięcej komunikuje podprogowo.

KATARZYNA URBANIAK
Ab­sol­went­ka Wy­dzia­łu Ar­ty­stycz­ne­go UMCS w Lu­bli­nie; ma­lu­je, ilu­stru­je, zaj­mu­je się pro­jek­to­wa­niem gra­ficz­nym i cią­gle po­szu­ku­je.

Ta strona korzysta z plików cookie.