DO GÓRY

 

fuss_planeta_małp_domżalska_cover.jpg

NUMER 13 (4) SIERPIEŃ 2015 | "FOLWARK ZWIERZĘCY"


PLANETA MAŁP

JAKUB KUSYKATARZYNA DOMŻALSKA
kreska.jpg

Wol­ność, tańce do upa­dłego i przy­godny seks. To nie Ibiza. To Cie­cho­ci­nek. Pol­ska sto­lica sek­stu­ry­styki dla osób 50+.

W KLATKACH

Rytm dnia w sana­to­riach wyzna­czają posiłki i zabiegi. Uzdro­wi­ska są tu na każ­dym rogu, można poje­chać „na fun­dusz” lub pry­wat­nie. Stan­dard wszę­dzie podobny od lat, choć czuć powiew świe­żo­ści. Oferta tra­dy­cyj­nej mleczno-mączno-roz­go­to­wa­nej kuchni pol­skiej, tych zale­wa­jek, dewo­la­jów i wątró­bek, dosko­nale zbi­lan­so­wana i przy­go­to­wana pod czuj­nym okiem die­te­tyka, została posze­rzona o motywy wege­ta­riań­skie.

Po­koje to prze­waż­nie „dwójki” z łazien­kami, z typo­wymi tap­cza­nami, radio­od­bior­ni­kami „Śnież­nik” i sosno­wymi naka­stli­kami. „Jedynki” z reguły zare­zer­wo­wane są dla tych „pry­wat­nych” lub potra­fiących pokom­bi­no­wać.

Ze­stawy zabie­gów nie wyróż­niają się niczym spe­cjal­nym. Wszę­dzie okła­da­nie tył­ków błoc­kiem, okła­da­nie tył­ków łap­skami masa­ży­sty, mocze­nie tył­ków w sło­nej wodzie.

Oprócz sana­to­riów dzie­siątki lep­szych lub gor­szych pen­sjo­na­tów i pen­sjo­na­ci­ków, pokoi na wyna­jem i jeden lub dwa w miarę przy­zwo­ite hotele.

Ba­den-Baden to to nie jest. Ale kli­mat ma. Niby współ­cze­śnie – ban­ko­maty, kostka Bauma i wypo­ży­czal­nie rowe­rów, jed­nak ze szpar wiel­kiej płyty związ­ko­wych uzdro­wisk i z ich cyca­tych kie­row­ni­czek (i gdy mówię „kie­row­niczka”, mam na myśli kie­row­niczkę przez wielkie „K”) ulat­nia się duch gier­kow­skich kani­kuł. Tylko dziś nikt już nie spraw­dza, czy po 22:00 kura­cjusze śpią grzecz­nie w swo­ich łóż­kach.

NA WYBIEGACH I PRZY WODOPOJACH

Bo to nie jadło czy wdy­cha­nie jodów są w Cie­cho­cinku naj­waż­niej­sze. Według mojego infor­ma­tora, rik­szarza, prze­wod­nika po sana­to­ryj­nym noc­nym życiu, więk­szość kura­cju­szy przy­jeż­dża do Cie­cho­cinka w celach towa­rzy­skich.

Mój prze­wod­nik to praw­dziwa szara emi­nen­cja. Rik­szarz, geszef­ciarz, zała­twiacz. Pali jak smok, sam zresztą wyglą­dem przy­po­mina wycią­gnię­tego z kie­szeni „Bie­ło­mora”. Swą opo­wieść o Cie­cho­cinku zaczyna od wiki­pe­dycz­nych komu­na­łów i zachwa­la­nia kwia­to­wych dywa­nów przy dep­ta­kach, któ­rych wzory są uni­ka­towe niczym man­dale. Lubi się popi­sy­wać, o sobie i swo­jej donio­słej roli mówi z wiel­kim nabo­żeń­stwem. Od kwia­to­wych kom­po­zy­cji przecho­dzi do bzo­wych i lipo­wych ale­jek zako­cha­nych.

Mam ochotę zawró­cić na pię­cie i prze­rwać te bez­sen­sowne wynu­rze­nia. Łaknę ciem­nej strony Cie­cho­cinka, seksu i prze­mocy, a sły­szę o sys­te­mie trans­portu solanki do wodo­try­sku w kształ­cie grzyba. Ale widocz­nie ma plan, umie­jęt­nie stop­niuje napię­cie.

W końcu przecho­dzi do sedna. Bez okrą­glut­kich meta­for i nie­do­po­wie­dzeń. W jego opo­wie­ści na tur­nu­sach cho­dzi o danie upu­stu chuci:

– Bo wie pan, kto powie­dział, że osoby po pięć­dzie­siątce nie mają potrzeb sek­su­al­nych? Mają. I to jakie. Gdy już odchowa się swoje dzieci, przepra­cuje swoje i prze­mieszka ze swo­ją­/swoim, to nacho­dzi czło­wieka ochota na życie od nowa. To być może ostat­nia szansa na prze­ży­cie cze­goś, czego ni­gdy wcze­śniej nie mie­li oka­zji prze­żyć. Bariery spo­łeczne nie trzy­mają już tak mocno i można sobie znacz­nie śmie­lej poczy­nać.

fuss_planeta_małp_domżalska.jpgStąd pierw­sze pyta­nia nowo­przy­by­łych nie doty­czą jako­ści kwa­ter czy miej­sca, gdzie można god­nie zjeść. To pyta­nia o naj­lep­szy dan­cing. Bo to wła­śnie na obro­słych legendą, prze­nie­sio­nych na estradę przez Mły­nar­skiego faj­fach i dan­cingach w Bri­stolu i Zdro­jo­wej naj­ła­twiej o nową zna­jo­mość.

Ryk­szarz opo­wiada, że zawsze pozna panie, które do wód przy­je­chały w celach sek­su­al­nych. Prze­cha­dzają się po dep­ta­kach w krót­kich spód­ni­cach, wyde­kol­to­wane, „odmło­dzone”, jak powiada, i tak­sują wzro­kiem każdą parę spodni.

Pa­trzę dookoła. Mam szczę­ście, bo tra­fi­łem na zmianę tur­nu­sów. Są. Tur­kocą swo­imi wali­zecz­kami na kół­kach po cie­cho­ciń­skim cemen­to­wym bruku. Mikro­der­ma­bra­zje, hia­lu­rony i botoksy. Nau­czy­cielki, pie­lę­gniarki, urzęd­niczki. This is my desi­gn.

Więc wirują wie­czo­rami na deskach Sto­doły (potoczna nazwa Bri­stolu), Wik­to­rii i Teatral­nej i albo lądują z przy­god­nym part­ne­rem w hotelu na godziny, albo w krza­kach.

Obo­wią­zuje zasada czte­rech dni: pierw­szego się pozna­jemy, dru­giego idziemy na dan­cing, trze­ciego do łóżka, a czwar­tego, jak nic z tego, to znów idziemy na dan­cing. Tym spo­so­bem cie­cho­ciń­ski kura­cjusz w trak­cie stan­dar­do­wego 28-dnio­wego tur­nusu może mieć nawet sied­miu part­ne­rów. Nieźle jak na osoby w tak opła­ka­nym sta­nie zdro­wia.

Ale i wśród panów zda­rzają się łowcy, choćby słynny ze swo­jej wul­gar­no­ści puł­kow­nik, potra­fiący podejść do kobiety na par­kie­cie i zapy­tać, „czy chce się ruchać, czy trzeba z nią cho­dzić”. Ta wer­balna napaść wcale nie wywo­łuje świę­tego obu­rze­nia, ba! wręcz dresz­czyk podniety.

Potrze­buję jed­nak wię­cej niż tylko opo­wia­stek. Potrze­buję żywych ciał, naj­le­piej ciał jami­stych. Potrze­buję boha­tera. Gdy przed wyjaz­dem robi­łem roze­zna­nie, pro­sząc o jakieś kon­takty do sek­stu­ry­stów, wszy­scy nabie­rali wody w usta. Wykła­dam więc kawę na ławę. Rik­szarz zasta­na­wia się chwilę, mię­tosi papie­rosa i powiada, że ma takiego jed­nego. Stały bywa­lec, przy­jeż­dżający tylko po to, by się nachlać i nasek­sić. Mimo że nie ma nóg. Dzwoni. Do godziny mam mieć odpo­wiedź, czy tak, czy nie. A moja wycieczka dobiega końca. Jestem u bram Bri­stolu. Czas zmie­rzyć się z solidną por­cją eme­ryc­kiego lansu.

Je­stem więc w tym cera­to­wym gnie­ździe kurwy i sza­tana. Zbliża się 15:00, czas faj­fów. Rozma­wiam chwilę z obsługą. Kró­lują tu kawa z grun­tem w szklance (ponoć tak parzo­nej pra­gną goście), piwo, a od wiel­kiego dzwonu kolo­rowe drinki.

Po­twier­dzają, że więk­szość kura­cju­szy przy­jeż­dża tu, by się zaba­wić. Na tań­cach, niczym za sprawą cha­ry­zmy ojca Baszo­bory, powłó­czący nogami odrzu­cają kule, a nie­śmiali sza­stają dow­ci­pami. Stali bywalcy? Kel­nerka wska­zuje cztery sto­liki. Gdy ostat­nio jeden z kam­ra­tów umarł, w ramach żałoby towa­rzy­stwo oku­pu­jące jeden z nich prze­nio­sło się w inne miej­sce. Ale już wró­cili.

Pa­trzę we wska­zane miej­sca. Sie­dzą bażanty po pięć­dzie­siątce. Dosia­dam się. Dwóch ucieka. Trzeci zapra­sza, jed­nak za roz­mowę domaga się posta­wie­nia wódki.

W żół­tych moka­sy­nach na sło­ni­nie, takiego samego koloru koszuli i cykli­stówce przy­kry­wa­ją­cej prze­rze­dzoną ple­rezę, ze zło­tym zębem na prze­dzie i takąż Omegą na nadgarstku wygląda jak tania imi­ta­cja dżo­lera z lat pięć­dzie­sią­tych.

Snuje o swo­ich pie­nią­dzach, miesz­ka­niach, hotelu pod Gru­dzią­dzem, któ­rego jest wła­ści­cie­lem, oraz kolekcji zabytkowych aut – dwa ma na miejscu. Chwali się, że nie pra­cuje, nie pra­co­wał i pra­co­wać nie zamie­rza. Wszystko dzięki wujowi ube­kowi, który pozo­sta­wił mu nie­złą sumkę.

Dla­czego Cie­cho­ci­nek? By prze­dłu­żać życie. Sport, taniec i seks. Twier­dzi, że z jego zaso­bami mógłby roman­so­wać tu cały rok. A jak wyrywa? Po pro­stu fachowe oko. Jeśli poten­cjalna part­nerka jest ładna i umie tań­czyć, to zapra­sza do sto­lika na her­batę (nic wię­cej, bo spon­so­ringu nie uznaje), póź­niej, jeśli są per­spek­tywy, zapra­sza na joy ride­ swoim kabrio­le­tem.

Tro­chę gruba ta bajera. Zwłasz­cza że przez pół godziny sączył her­batę, dole­wa­jąc do niej wódki z ukry­tej w kie­szeni małpki. Jakoś nie mogę uwie­rzyć w tę gadkę o for­sie, kobie­tach i samo­cho­dach – spod żół­tej ciżemki wyziera bowiem eme­ry­to­wany tak­siarz z Karl-Marx-Stadt albo innego Zwic­kau.

Za­ga­jam o prze­jażdżkę jego autem. Nie ma sprawy. Powol­nym kro­kiem opusz­czamy Bri­stol i zmie­rzamy w kie­runku pobli­skich blo­ków. Jest podwórko, moto­ry­za­cyj­nych rary­ta­sów nie widzę, więc pytam o te cacka. No są tutaj, wska­zuje. Mit­su­bi­shi 3000 GT na jan­ke­skich bla­chach, zaku­rzone, oble­pione cen­ty­me­trową war­stwą szpa­chli. A drugi? Kie­ruje palec na podartą plan­dekę, pod którą drze­mie żółty jak kana­rek VW Gar­bus 1303 z urżnię­tym cha­łup­ni­czo dachem.

No to co? Jedziemy?

– Wie pan, chyba zapo­mnia­łem klu­czy­ków.

No to może pan pod­sko­czy, w końcu mieszka pan tu, okno pan nawet poka­zał.

– No tak, ale nie wiem, czy odpa­lą­…

Za­sta­na­wiam się, na ile czer­wone łuny nad Cie­cho­cin­kiem to kre­acje zgorzk­nia­łych Fan­to­ma­sów w żół­tych koszu­lach, eks-inży­nie­rów kon­traktu w Libii i mary­na­rzy-wał­koni z Tczewa.

Na szczę­ście nie zostaję z niczym. Mój rik­szarz, jak przy­stało na porząd­nego faceta, dzwoni, że jego zna­jomy zgo­dził się na roz­mowę. Lojal­nie przy tym uprze­dza, że ten dopiero co przy­je­chał i przy­go­to­wu­jąc się do pod­boju mia­sta zapra­wia się alko­ho­lem, co trwa zwy­kle kilka dni. Zapi­suję numer i od razu dzwo­nię. Odbiera męż­czy­zna, z głosu nie wie­kowy, nie beł­ko­cze. Uprze­dza, że za roz­mowę będzie chciał pie­nię­dzy. Uma­wiamy się zatem naza­jutrz, na 10:00.

Wra­cam do hotelu i pytam miłe panie na recep­cji o pokoje na godziny. Chi­cho­czą. Pew­nie, że są. Nawet u nich. Ale nie eme­ryci, bo ci wci­nają bri­zole z pie­czar­kami w Zdro­jo­wej, tylko biz­nes­meni z Pomo­rza uma­wiają się w nich z kur­wami.

Wprost nie mogę sobie odmó­wić dan­cingu. Nawet nie zmie­niam ciu­chów, tak jak stoję wra­cam do Sto­doły.

Luźno. Na par­kie­cie może ze dwa­dzie­ścia osób. Nie czuć by­naj­mniej atmos­fery roz­wią­zło­ści. Eme­ryci podry­gują smęt­nie, w takt łupią­cej nie­mi­ło­sier­nie muzyki, któ­rej emi­te­rami są key­bor­dzi­sto-woka­li­sta i gita­rzy­sta. Ulat­niam się stąd, bo wieje nudą. Nie byłem jesz­cze pod tęż­niami, więc zmie­rzam wprost do Wik­to­rii. Siąpi deszcz, a ja nie mam para­solki.

Lo­kal, jak to powie­dział jeden z moich inter­lo­ku­to­rów, raczej pierw­szej klasy. Bły­skają stro­bo­skopy, na ścia­nach lustra, u powały dia­men­towa kula. Ścisk, śred­nia wieku dużo niż­sza niż w Sto­dole. Zaiste prze­wa­żają panie nie­wiele po pięć­dzie­siątce. Ich part­ne­rzy (w porów­na­niu do grzy­bów z Bri­stolu) są jakby z innej bajki. Roz­pięte na wyle­nia­łych tor­sach, wpusz­czane do spodni koszule, jakaś pomada na wło­sach, sygnety. Na kana­pie w kącie jakaś para obści­skuje się bez jakie­go­kol­wiek zaże­no­wa­nia. Koń­czy się pio­senka, dopa­dam więc scho­dzą­cych z par­kietu. Pytam o wra­że­nia.

– Jest bosko.

Co dalej?

– Noc długa – pan mruga poro­zu­mie­waw­czo, a jego part­nerka zanosi się śmie­chem.

Odraza i zmę­cze­nie.

TARŁO

Po powro­cie do hotelu wypi­jam piwo i sta­ram się jakoś to wszystko poukła­dać. Nie wiem, czy atmos­fera tur­nusu, tan­detna i sier­miężna, sprzyja roman­tycz­nym unie­sie­niom zmę­czo­nych życiem, czy ten cały przy­by­tek to tylko ele­wa­cja pod­upa­da­ją­cego powia­to­wego teatru, w któ­rym od lat nikt nie zmie­nił reper­tu­aru i któ­rego akto­rzy grają dalej, mimo że od dawna nie ma już w nim żad­nego reży­sera.

Ran­kiem ruszam pod wska­zany adres. Domek, jakich tu wiele. Pię­tro i par­ter to kwa­tery, każda z osob­nym wej­ściem. W jed­nej z nich rezy­duje on. Mój boha­ter. Na oko ciut po pięć­dzie­siątce. Wita mnie w roz­grze­ba­nym bar­łogu, o który wsparty jest skom­pli­ko­wany egzosz­kie­let, pod­trzy­mu­jący pora­żone przez polio koń­czyny. Na ścia­nie u wez­gło­wia odci­śnięte ślady rąk.

Kwa­terę wynaj­muje od pię­ciu lat, jest wygod­niej­sza niż sana­to­ria, bo ma wła­sną łazienkę i można cho­dzić bez ubra­nia. Do Cie­cho­cinka przy­jeż­dża nie po to, by „moczyć dupę”, tylko dla kobiet, które na jego zdro­wie wpły­wają lepiej niż jakie­kol­wiek zabiegi. Mówi wprost:

– Lubię zaru­chać i nie ma zna­cze­nia, czy młódka, czy stara, czarna czy Cyganka. Cho­ciaż do sta­rej muszę łyk­nąć wia­grę – uśmie­cha się i macha bli­strem z nie­bie­skimi piguł­kami.

Nie zdra­dza taj­ni­ków podrywu. Zaczyna na dan­cingu, a jak już umó­wią się na seks, to zama­wia rik­szę, zaha­czają o mono­po­lowy, gdzie kupuje wino, i jadą do niego.

– Pijemy, upra­wiamy seks i idziemy spać. – Z tym, że kobieta na dru­gim łóżku: – Rucha­nie rucha­niem, ale cenię spo­kojny sen.

Lubi blon­dynki z dużymi biu­stami i pupami, ni­gdy nie liczył part­ne­rek, ale były ich dzie­siątki. Nigdy też nie utrzy­muje dłuż­szej zna­jo­mo­ści. W końcu przy­jeż­dża podra­to­wać zdro­wie. Widzia­łem już wszystko. Żegnam się, mój boha­ter nawet nie zamie­rza wsta­wać.

Idę więc do Zdro­jo­wej, zama­wiam dewo­laja z fryt­kami i surówką. Na wspo­mniane wątróbki nie star­cza mi odwagi. Mło­dziutki, prze­sad­nie uprzejmy, żyw­cem wyjęty z efwu­pow­skich jadło­dajni kel­ner roz­kłada ćmie­low­ski fajans. Zza fla­konu z goździ­kiem obser­wuję, jak w rytm Alek­san­dry­ podry­gują tygry­sice w błysz­czą­cych sukien­kach. Po kwa­dran­sie na stole lądują tale­rze, znad któ­rych unosi się zapach wie­ko­wej fry­tury, przy­no­szący wspo­mnie­nia pierw­szych kuli­nar­nych roz­cza­ro­wań zafun­do­wa­nych przez wła­ści­cieli małej, „nie­wia­dow­skiej” gastro­no­mii gdzieś na prze­ło­mie lat 80. i 90. Długo piłuję wal­co­waty kształt. Nagle z mojego kotleta wytry­skuje cuch­nąca masła­ryna z pie­truszką. To słynne masło roślinne z nie­śmier­tel­nym sło­necz­ni­kiem na okrą­głym wieczku.

Choć widzia­łem już chyba wszystko i usły­sza­łem wiele, to dalej nie wiem nic. A może po pro­stu jestem za młody, by nale­żeć do klubu kawa­le­rów?musująca tabletka.png


kreska.jpg

JAKUB KUSY
Dziennikarski wolny strzelec, miłujący radio chałturnik i postmodernista.

KATARZYNA DOMŻALSKA
Absolwentka kierunku Projektowanie Graficzne na ASP we Wrocławiu (2012). Na co dzień zajmuję się projektowaniem graficznym, ilustracją oraz animacją. Laureatka licznych konkursów. Obecnie freelancer

Ta strona korzysta z plików cookie.