DO GÓRY

 

szpita_cover.jpg

NUMER 11 (2) MARZEC 2015 | "DOM STRACHÓW"

 

SZPITAL BEZ OPIEKI

KATARZYNA RODACKAKATARZYNA KRUTAK

Co dru­gie okno jest wy­bi­te, w co czwar­te wsa­dzi­li ka­wa­łek dyk­ty, że­by za­ha­mo­wać prze­cią­gi, cho­ciaż cho­rych tu już nie ma. Ogro­dze­nie oka­la­ją­ce bu­dy­nek jest w więk­szo­ści znisz­czo­ne, ale na wszel­ki wy­pa­dek głów­ną bra­mę za­mknię­to na kłód­kę. Wiel­ki neo­go­tyc­ki bu­dy­nek wi­dać z każ­de­go punk­tu Mo­krze­szo­wa. W cie­niu sta­re­go szpi­ta­la ży­je dzi­siaj nie­co po­nad ty­siąc miesz­kań­ców. Daw­niej wśród drzew prze­cha­dza­li się być mo­że pa­cjen­ci, po­tem po­dob­no mło­de nie­miec­kie mat­ki. We­dług le­gend – tak­że opo­zy­cjo­ni­ści hi­tle­row­scy.


Pu­ste izo­lat­ki
Prze­cha­dza­li się wśród kasz­ta­nów po­sa­dzo­nych rów­no wzdłuż ale­jek. Ta głów­na za­czy­na­ła się przy drzwiach ka­pli­cy, a na­stęp­nie roz­cho­dzi­ła się na bo­ki. Mo­że na­wet ta­ki spa­cer w kap­ciach pod kasz­ta­now­ca­mi do­brze ro­bił dla zdro­wia. Łyk świe­że­go po­wie­trza. Moż­na jesz­cze zaj­rzeć do ka­pli­cy – ot, dla roz­ryw­ki. Dzi­siaj ka­pli­ca jest naj­bar­dziej znisz­czo­ną czę­ścią ca­łe­go kom­plek­su, nie ma już da­chu, ale przy­naj­mniej za­cho­wał się otwór w kształ­cie krzy­ża w gór­nej czę­ści ścia­ny. Wi­dać go z do­łu, kie­dy sto­imy wśród wy­so­kich traw za­ra­sta­ją­cych wnę­trze. Tuż obok ka­pli­cy na za­wia­sach wi­szą zie­lo­ne drzwi pro­wa­dzą­ce do szpi­ta­la. Dzię­ki te­mu, że wi­szą, nie skrzy­pią, kie­dy się je od­chy­la. W do­dat­ku są do­syć cięż­kie. Że­by wejść na scho­dy pro­wa­dzą­ce w dół do ko­tłow­ni, trze­ba naj­pierw zro­bić krok nad le­żą­cą ru­rą. Zu­peł­nie jak­by sy­gna­li­zo­wa­ła, że „wstęp wzbro­nio­ny”, co, po­dej­rze­wam, nie od­stra­sza od­wie­dza­ją­cych. Im ni­żej po scho­dach, tym ci­szej. Im ci­szej, tym ciem­niej. W koń­cu cał­ko­wi­cie czar­no. Ga­si­my la­tar­ki, że­by le­piej sły­szeć bi­cie wła­sne­go ser­ca. Z te­go po­wo­du mi­mo­wol­nie cho­dzi­my na pal­cach, po ci­chu, czuj­nie. Jak gdy­by w ko­tłach miał za­raz buch­nąć ogień.


szpital.jpg***
U gó­ry tro­chę ja­śniej. Wi­dać wy­raź­nie, co ma­my pod no­ga­mi – lek­ko za­bru­dzo­ne po­sadz­ki, jak­by nie sprzą­ta­no najwyżej od ty­go­dnia; jasnonie­bie­skie ka­fel­ki, a na nich wzór w bia­łe kwia­ty; su­che li­ście, któ­re wpa­dły przez okno. Na żół­tych ścia­nach nie­bie­skie i brą­zo­we kwia­ty, two­rzo­ne z po­łą­cze­nia ro­gów czte­rech ka­fel­ków. Naj­ład­niej­sze znaj­du­ją się tuż ko­ło trzech wy­so­kich, wą­skich okien. Na ścia­nie nie ma krzy­ża, ale po­miesz­cze­nie kształ­tem przy­po­mi­na ka­pli­cę. Moż­na wejść na we­wnętrz­ny bal­kon. Nie­wy­klu­czo­ne, że kie­dyś sta­ły tu or­ga­ny.

Bu­dy­nek szpi­tal­ny jest ogrom­ny i strze­li­sty, ma dwa skrzy­dła. Prze­cho­dzi­my przez pu­ste ko­ry­ta­rze. Pod oknem opar­ty stoi ka­lo­ry­fer, zu­peł­nie jak­by cze­kał na prze­pro­wadz­kę, mo­że ktoś go już przy­go­to­wał do wy­nie­sie­nia i za­mon­to­wa­nia w no­wo­cze­snym świe­cie. Na zie­mi le­ży fu­try­na po oknie, po­za tym nie ma o co się po­tknąć. W sa­lach daw­ne­go szpi­ta­la Za­ko­nu Ka­wa­le­rów Mal­tań­skich moż­na zna­leźć jesz­cze kla­sycz­ne bia­łe szaf­ki szpi­tal­ne (jak z ga­bi­ne­tu hi­gie­nist­ki w pod­sta­wów­ce), część szu­flad wy­su­nię­ta na ze­wnątrz. I pa­rę szaf. Pośrod­ku bu­dyn­ku – mo­nu­men­tal­na klat­ka scho­do­wa. Mo­im ma­rze­niem jest kon­cert DJ-ski do­kład­nie w ta­kim miej­scu. Z wy­świe­tlo­ny­mi wi­zu­ali­za­cja­mi przed­sta­wia­ją­cy­mi, jak wy­glą­da­ło to miej­sce w cza­sach świet­no­ści. Z ho­lo­gra­ma­mi mło­dych ko­biet w cią­ży, prze­cha­dza­ją­cych się wzdłuż ale­jek kasz­ta­now­ców. Na ostat­nim pię­trze – wiel­kie pod­da­sze z wi­do­kiem na dro­gę. Tuż za szy­bą stoi wy­krzy­wio­ny me­ta­lo­wy ko­gu­cik. Pew­nie wska­zy­wał kie­dyś kie­ru­nek wia­tru, a te­raz spadł al­bo po pro­stu nie­for­tun­nie się prze­krzy­wił. Ta­ka wi­sien­ka na tor­cie – kie­dy nic już nie ma w środ­ku do oglą­da­nia, wy­star­czy zer­k­nąć za okno.


Pa­no­wie z wą­sem – rys hi­sto­rycz­ny
Dwu­dzie­stu wą­sa­tych pa­nów po­zu­je do zdję­cia. Nie wy­glą­da­ją na bar­dzo cho­rych. Zdję­cie jest pod­pi­sa­ne: 1915, La­za­ret. Nie wia­do­mo jed­nak, czy pa­no­wie są sa­ni­ta­riu­sza­mi, czy lek­ko ran­ny­mi żoł­nie­rza­mi ze­bra­ny­mi do gru­po­we­go zdję­cia. Fo­to­graf roz­sta­wił ich sy­me­trycz­nie w trzech rzę­dach. Jed­nak trzech pa­nów w mun­du­rach wy­róż­nia się na tle pozo­stałych, ubra­nych w bia­łe ki­tle. To jed­no z nie­wie­lu ar­chi­wal­nych zdjęć do­stęp­nych w in­ter­ne­cie. Pa­no­wie po­zu­ją na tle ce­gla­ne­go mu­ru, frag­men­tu szpi­tala Ka­wa­le­rów Mal­tań­skich pro­win­cji ślą­skiej, wy­bu­do­wa­ne­go w 1880 ro­ku. Krzy­że mal­tań­skie wciąż pa­trzą na nie­licz­nych od­wie­dza­ją­cych. Do 1926 ro­ku le­czo­no tu lu­dzi, bu­dy­nek peł­nił wte­dy ro­lę sa­na­to­ryj­no-wy­po­czyn­ko­wą. W koń­cu jed­nak szpi­tal do­ty­ka kry­zys fi­nan­so­wy, wsku­tek cze­go obiekt zo­sta­je sprze­da­ny pew­ne­mu ży­dow­skie­mu kup­co­wi. Ten wy­wo­zi naj­cen­niej­sze przedmio­ty, a bu­dy­nek po­now­nie sprze­da­je. Od 1938 ro­ku aż do koń­ca woj­ny bu­dy­nek słu­ży Niem­com, po­tem zo­stał prze­ro­bio­ny na ra­dziec­kie ko­sza­ry. Od lat 50. w daw­nym szpi­ta­lu miesz­czą się szko­ły, a w 1974 ro­ku bu­dy­nek zo­sta­je prze­ję­ty przez Wo­je­wódz­ki Ośro­dek Po­stę­pu Rol­ni­cze­go. Dzi­siaj stoi pu­sty, za­chwy­ca­jąc od­wie­dza­ją­cych oko­li­cę.


szpital3.jpgIde­al­ne dzie­ci Hi­tle­ra
O za­byt­ko­wym szpi­talu przy dro­dze na tra­sie Świd­ni­ca­–Wał­brzych zro­bi­ło się gło­śniej w sierp­niu 2012 ro­ku – lo­kal­ne ga­ze­ty pi­sa­ły wów­czas o zna­le­zio­nych na po­bli­skim cmen­ta­rzu szkie­le­tach czte­rech ko­biet. Ba­da­nia wy­ka­za­ły, że trzy z nich zmar­ły po po­ro­dzie. Od ra­zu po­wró­co­no do po­sta­wio­nej kie­dyś te­zy, że w daw­nym szpi­talu pod­czas II woj­ny świa­to­wej mie­ścił się Dom Ma­tek. Le­bens­born. Ośro­dek sto­wa­rzy­sze­nia Źró­dło Ży­cia. Rand­ka w ciem­no o zna­cze­niu sek­su­al­nym dla pięk­nych Nie­mek i oka­za­łych Niem­ców. Ośrod­ki Le­bens­born ist­nia­ły w ca­łej III Rze­szy. W te­go ty­pu pla­ców­kach mło­de Niem­ki mia­ły ro­dzić czy­stej kr­wi dzie­ci aryj­skie, ob­da­rzyw­szy je błę­kit­ny­mi ocza­mi, ja­sną ce­rą i blond wło­sa­mi. Na­stęp­nie pół­rocz­ne dzie­ci wy­wo­żo­no w głąb Rze­szy i od­da­wa­no do ad­op­cji. Ośrod­ki te zaj­mo­wa­ły się tak­że ger­ma­ni­za­cją dzie­ci z te­re­nów oku­po­wa­nych. Stam­tąd ma­lu­chy by­ły wy­sy­ła­ne do na­zi­stow­skich ro­dzi­ców. Do­my Ma­tek po­wsta­wa­ły, by wskaź­ni­ki de­mo­gra­ficz­ne ro­sły ku chwa­le pla­nu roz­prze­strze­nia­nia ra­sy aryj­skiej. Dla wie­lu dzia­łal­ność tej or­ga­ni­za­cji by­ła do­brą oka­zją do uspra­wie­dli­wia­nia sto­sun­ków z ko­bie­ta­mi swo­ich ko­le­gów z fron­tu (oczy­wi­ście po wcze­śniej­szych ba­da­niach, stwier­dza­ją­cych fak­tycz­ną czy­stość ra­sy za­rów­no „sam­ca”, jak i „sa­mi­cy”). Ca­łe kie­row­nic­two sto­wa­rzy­sze­nia za­sia­dło na ła­wie oskar­żo­nych pod­czas pro­ce­sów no­rym­ber­skich. Ofi­cjal­nie na te­re­nie dzi­siej­szej Pol­ski pod­czas oku­pa­cji nie­miec­kiej ist­nia­ło pięć ta­kich ośrod­ków, wśród któ­rych nie jest wy­mie­nia­ny szpi­tal w Mo­krze­szo­wie. Jed­nak nie jest wy­mie­nia­ny je­dy­nie w pol­sko­ję­zycz­nych opra­co­wa­niach na ten te­mat – te nie­miec­kie mó­wią o tym po­dob­no otwar­cie. Miesz­kań­cy miej­sco­wo­ści, któ­rzy by­li pod­czas woj­ny dzieć­mi, wspo­mi­na­ją że wte­dy w bu­dyn­ku miesz­ka­li po pro­stu miesz­kań­cy fol­war­ku.


Na jed­nej li­nii w opo­zy­cji
20 ki­lo­me­trów wcze­śniej mi­nę­li­śmy pa­łac w Krzy­żo­wej, oto­czo­ny przez po­la, po­je­dyn­cze drze­wa, smut­ne za­bu­do­wa­nia. 7 ki­lo­me­trów da­lej i do­tar­li­by­śmy do słyn­ne­go zam­ku w Ksią­żu. Po­mię­dzy ty­mi dwo­ma obiek­ta­mi Mo­krze­szów i je­go po­wy­bi­ja­ne przez wiatr okna. Te trzy miej­sca są so­bie bar­dzo bli­skie nie tyl­ko ze wzglę­du na po­ło­że­nie na Dol­nym Ślą­sku, ale tak­że ze wzglę­dów hi­sto­rycz­nych.

Kre­isauer Kre­is, czy­li Krąg z Krzy­żo­wej, któ­ry miał zrze­szać lu­dzi nie­zga­dza­ją­cych się z hi­tle­row­ską ideą no­we­go świa­ta. Wła­ści­ciel pa­ła­cu w Krzy­żo­wej, hr. Hel­muth Ja­mes von Molt­ke, na­uczo­ny przez mat­kę po­cho­dzą­cą z RPA to­le­ran­cji i sza­cun­ku mię­dzy­kul­tu­ro­we­go, pro­wa­dził u sie­bie otwar­te dys­ku­sje na te­mat al­ter­na­tyw­ne­go pro­gra­mu po­li­tycz­ne­go i ide­olo­gicz­ne­go dla Nie­miec. Po raz pierw­szy uży­to okre­śle­nia „Krąg z Krzy­żo­wej” pod­czas prze­słu­chań po nie­uda­nym za­ma­chu na Hi­tle­ra w lip­cu 1944, mi­mo że dzia­łal­ność Krę­gu w dol­no­ślą­skim dwor­ku mia­ła opie­rać się na spo­tka­niach i dys­ku­sjach, bez żad­nych pla­nów dy­wer­sji. We­dług opo­wia­dań Mo­krze­szów, Krzy­żo­wa i Książ by­ły ze so­bą ści­śle zwią­za­ne w dzia­ła­niach opo­zy­cyj­nych, cho­ciaż nie wia­do­mo do­kład­nie, ja­ką ro­lę peł­nił tu­taj sta­ry szpi­tal. Zw­łasz­cza że po­dej­rze­wa się ist­nie­nie w nim Do­mu Ma­tek. W ten spo­sób dwie hi­sto­rie spla­ta­ją się ze so­bą, a każ­da jest na ty­le re­al­na jak brak do­wo­dów na jej ist­nie­nie.


szpital2.jpgSpu­sto­sze­nie w XXI wie­ku
O Mo­krze­szo­wie krą­żą le­gen­dy i hi­sto­rie. Ta naj­now­sza jest chy­ba jed­nak naj­smut­niej­sza – brak za­in­te­re­so­wa­nia bu­dyn­kiem ze stro­ny wła­ści­cieli (dwóch Niem­ców, któ­rzy ku­pi­li obiekt w 1994 ro­ku) spra­wia, że mo­nu­men­tal­ny szpi­tal nisz­cze­je, dzi­cze­je, za­ra­sta. Stra­szy. Po­dob­nych obiek­tów w ca­łej Pol­sce są przy­naj­mniej set­ki. Współ­cze­sne fa­bry­ki, ki­na, hi­sto­rycz­ne wie­że ci­śnień, dwor­ki, zam­ki, gro­bow­ce, mau­zo­lea. Stra­szą wy­bi­ty­mi okna­mi, przy­cią­ga­ją ta­jem­ni­czo­ścią i swo­ją hi­sto­rią. Nie ma lep­szej na­uki niż po­przez do­świad­cze­nie du­cha prze­szło­ści, lecz nie­ste­ty wie­le z nich nisz­cze­je bez­pow­rot­nie. Na miej­scu ich wy­po­sa­że­nia zo­sta­ją pu­ste bu­tel­ki po pi­wie, znisz­czo­ne reszt­ki me­bli, graf­fi­ti, śmie­ci, cza­sem od­cho­dy. Po po­sadz­kach wa­la­ją się roz­bi­te okna, po­rzu­co­ne bu­ty, ode­rwa­ne ka­ble. Przy nie­mal­że każ­dym z tych miejsc po­wsta­je fun­da­cja, li­ga ochro­ny, front na­pra­wy czy in­na or­ga­ni­za­cja, któ­ra bar­dziej niż wła­ści­ciel sta­ra się o od­no­wie­nie bu­dyn­ku. Naj­róż­niej­sze or­ga­ni­za­cje szu­ka­ją in­we­sto­rów, któ­rzy ze­chcie­li­by do­ło­żyć wła­sną ce­gieł­kę do znisz­czo­nych bu­dyn­ków i wyre­montować pol­skie dzie­dzic­two. Cza­sem w ta­kie obiek­ty in­we­stu­ją wiel­kie fir­my czy uczel­nie. Spad­ko­bier­ców na to nie stać. Cza­sem znaj­du­ją się kup­cy z wi­zją ho­te­lu w hi­sto­rycz­nych wnę­trzach, na re­mont jed­nak bra­ku­je już środ­ków.

Po­za tym jed­nak in­ter­net roi się od lu­dzi, któ­rzy na wła­sną rę­kę eks­plo­ru­ją, fo­to­gra­fu­ją i szu­ka­ją hi­sto­rii opusz­czo­nych miejsc, chcąc je uchro­nić od za­po­mnie­nia. Oni nie za­in­we­stu­ją mi­lio­nów w re­no­wa­cję, ale przy­naj­mniej prze­ka­żą da­lej zdo­by­tą wie­dzę. Nie­ste­ty z każ­dą chwi­lą po­zo­sta­je już co­raz mniej do oca­le­nia.

Dla­te­go za­my­ka­my za so­bą de­li­kat­nie zie­lo­ne drzwi, ni­czym wro­ta do kra­iny cza­rów, a pierw­sze, co zro­bi­my po po­wro­cie do do­mu, to za­głę­bi­my się w pa­rę ksią­żek czy por­ta­li hi­sto­rycz­nych. Bo sta­re bu­dyn­ki nie ist­nie­ją bez fun­da­men­tów, a lu­dzie po­zo­sta­wia­ją po so­bie wię­cej niż tyl­ko du­cha prze­szło­ści.musująca tabletka.png

 

kreska.jpg

KATARZYNA RODACKA
Fanka wspólnych śniadań, od 9h do 17h w pracy dwa ronda dalej, od 18h: czyta, uczy, gotuje. Po 22h planuje wypady po Polsce. Od północy nocny marek. W weekendy szuka lokalnych historii. W oparciu o polskie krajoznawstwo robi festiwal TRAWERS.

KATARZYNA KRUTAK
Dzia­ła na róż­nych płasz­czy­znach sztu­ki: ja­ko ta­tu­ator­ka, ilu­stra­tor­ka i ma­lar­ka./span>

Ta strona korzysta z plików cookie.