DO GÓRY

 

dr gonzo_cover.jpg

 

DR GONZO!

JAKUB KUSYMAŁGORZATA MACIEJEWSKA
kreska.jpg

Wyw­ró­cił świat dzien­ni­kar­stwa do gó­ry no­ga­mi, ło­ił po rów­no po­li­ty­ków, dzien­ni­ka­rzy i wspó­ło­by­wa­te­li. Oba­lił mit ame­ry­kań­skie­go snu, a na ko­niec pal­nął so­bie w łeb i dał się wy­strze­lić z ar­ma­ty.

Strach i obrzy­dze­nie w Ken­tuc­ky
Hun­ter S. Thomp­son, bo o nim mo­wa, przy­cho­dzi na świat 18 lip­ca 1937 w Lo­uisvil­le w sta­nie Ken­tuc­ky, kra­inie bur­bo­na i ku­ku­ry­dzy, ja­ko pierw­szy syn bi­blio­te­kar­ki i agen­ta ubez­pie­cze­nio­we­go. Już w mło­dym wie­ku prze­ja­wia skłon­no­ści do ba­ga­te­li­zo­wa­nia obo­wią­zu­ją­cych norm spo­łecz­nych. OK W 1955 ro­ku zo­sta­je ska­za­ny na 60 dni wię­zie­nia za po­moc w kra­dzie­ży. Nie od­sia­du­je jed­nak ca­łe­go wyro­ku i po mie­sią­cu opusz­cza areszt.

Jak zniósł­by po­twor­ny wręcz szok kul­tu­ro­wy, bę­dąc wy­dar­tym z Lon­dy­nu i wcią­gnię­tym w pi­ja­ny mo­tłoch na Der­bach Ken­tuc­ky…
Na ochot­ni­ka wstę­pu­je do lot­nic­twa, gdzie od­by­wa szko­le­nie za­koń­czo­ne w 1958 ro­ku. Po od­by­ciu służ­by pra­cu­je krót­ko ja­ko dzien­ni­karz spor­to­wy dla lo­kal­nej pra­sy i ko­pi­sta w „Ti­me”.

Na po­cząt­ku lat 60. uda­je się do Ame­ry­ki Ła­ciń­skiej, gdzie pra­cu­je ja­ko ko­re­spon­dent m.in. dla wy­da­wa­ne­go przez Dow Jo­nes ty­go­dni­ka „Na­tio­nal Ob­se­rve­r”.

Na Ka­ra­ibach pi­sze swo­ją dru­gą książ­kę. Pierw­sza, Prin­ce Jel­ly­fish, na­pi­sa­na w No­wym Jor­ku oko­ło 1960 ro­ku, nie zo­sta­ła ni­gdy opu­bli­ko­wa­na.

The Rum Dia­ry, osa­dzo­na w la­tach 50. i opar­ta na wąt­kach au­to­bio­gra­ficz­nych po­wieść o uwi­kła­nym w lo­kal­ne ukła­dy mło­dym re­por­te­rze, uka­zu­je de­gren­go­la­dę ame­ry­kań­skich dzien­ni­karzy, zby­dlę­ce­nie „e­li­t” i mo­rze prze­mo­cy na uli­cach. Wszyst­ko to prze­siąk­nię­te opa­ra­mi ru­mu, sek­su i ta­nich cy­gar.

Cie­ka­wy i bo­ga­ty ję­zyk ujaw­nia ogrom­ny ta­lent mło­dziut­kie­go pi­sa­rza – pi­sząc The Rum Dia­ry Thomp­son miał 22 la­ta. Pierw­sze pi­sar­skie wpraw­ki ujaw­nia­ją za­in­te­re­so­wa­nie tłem, któ­re sta­no­wić bę­dzie cen­tral­ny punkt je­go póź­niej­szej twór­czo­ści. Tłem zda­rze­nia, sy­tu­acji. W 1963 wra­ca wraz z no­wo po­ślu­bio­ną żo­ną do Sta­nów, gdzie kon­ty­nu­uje pra­cę dla „Ob­se­rve­ra”. W 1965 re­zy­gnu­je jed­nak z pra­cy w ga­ze­cie, gdy wy­daw­ca od­ma­wia opu­bli­ko­wa­nia je­go re­cen­zji zbio­ru ese­jów To­ma Wol­fe­’a.

Prze­pro­wa­dza się do mek­ki ro­dzą­ce­go się ru­chu hip­pi­sow­skie­go – San Fran­ci­sco, gdzie wcią­ga się w świa­tek lo­kal­nej bo­he­my i nar­ko­ty­ków.

Rok 1966 jest dla Thomp­so­na prze­ło­mo­wy. Wy­da­je jed­ną z naj­waż­niej­szych ksią­żek – Hel­l’s An­gels: A Stran­ge and Ter­ri­ble Sa­ga of the Ou­tlaw Mo­tor­cyc­le Gangs, trak­tu­ją­cą o nie­sław­nym gan­gu mo­to­cy­kli­stów, z któ­rym ze­tknął się miesz­ka­jąc w Ka­li­for­nii.

Do roz­wi­nię­cia opu­bli­ko­wa­ne­go w 1965 ro­ku w „The Na­tio­n” artykułu skła­nia Thomp­so­na wy­daw­ca ma­ga­zy­nu – Ca­rey Mc Wil­liams. Re­por­ter spę­dził rok w oto­cze­niu Hel­l’s An­gels, wy­stę­pu­jąc jaw­nie ja­ko dzien­ni­karz. W książ­ce uka­zu­je bez fik­cji czy upięk­sza­nia po­czy­na­nia naj­bar­dziej zna­nych gan­gów mo­to­cy­klo­wych. Po­stę­py nad książ­ką skru­pu­lat­nie kon­tro­lo­wa­li człon­ko­wie gan­gu, spraw­dza­jąc na­gra­nia i prób­ki tek­stów.

Thomp­son uka­zu­je (an­ty)bo­ha­te­rów swo­jej książ­ki ta­ki­mi, ja­ki­mi by­li w rze­czy­wi­sto­ści. Prze­waż­nie pi­ja­nych lub na­ćpa­nych. Brud­nych, śmier­dzą­cych, tę­pych ban­dzio­rów. Więk­szość z nich to re­cy­dy­wi­ści po cięż­kich wy­ro­kach – gwał­tach, na­pa­dach, roz­bo­jach z uży­ciem bro­ni. Nie łą­czy ich by­naj­mniej mi­łość do mo­to­cy­kli. Praw­dzi­wym spo­iwem gan­gu są wspól­ne bur­dy i pi­jań­stwo. Da­le­kie od ja­kiej­kol­wiek ide­olo­gii.


dr gonzo.jpg

Przy­jaźń Thomp­so­na z gan­giem koń­czy się dla nie­go nie­zbyt sz­czę­śli­wie. Zo­sta­je bo­wiem bru­tal­nie po­bi­ty przez człon­ków Anio­łów Pie­kieł po sprzecz­ce o ho­no­ra­rium za re­por­taż.

Hel­l’s An­gel­s… jest dla HST książ­ką prze­ło­mo­wą. Otwie­ra mło­de­mu dzien­ni­ka­rzo­wi dro­gę do sła­wy. To bar­dzo przy­zwo­icie na­pi­sa­ny re­por­taż, któ­ry moż­na za­li­czyć do tzw. no­we­go dzien­ni­kar­stwa – nur­tu, w któ­rym wy­po­wiedź dzien­ni­kar­ska two­rzy amal­ga­mat z tech­ni­ka­mi li­te­rac­ki­mi, sce­no­gra­fia wy­da­rzeń jest wier­nie od­da­na, a nar­ra­cja spro­wa­dzo­na jed­no­cze­śnie na dru­gi plan; nur­tu, w któ­rym or­to­gra­fia i in­ter­punk­cja by­ły tyl­ko na­rzę­dzia­mi dzien­ni­kar­skiej kre­acji.

Hel­l’s An­gel­s… to za­po­wiedź cze­goś nie­opi­sa­ne­go. Czy­ste­go dzi­wac­twa. An­ty­te­zy dzien­ni­kar­stwa

Strach i obrzy­dze­nie w dzien­ni­kar­stwie
Czym jest gon­zo i co ma wspól­ne­go z dzien­ni­kar­stwem? W slan­gu bo­stoń­skich Ir­land­czy­ków ozna­cza ostat­nie­go trzy­ma­ją­ce­go się na no­gach czło­wie­ka po li­ba­cji al­ko­ho­lo­wej. Au­tor­stwo ter­mi­nu przy­pi­su­je się re­dak­to­ro­wi „The Bo­ston Glo­be”, Bil­lo­wi Car­do­so, któ­ry po prze­czy­ta­niu tek­stu Thomp­so­na The Ken­tuc­ky Der­by Is De­ca­dent And De­pra­ved miał krzyk­nąć: „Tha­t’s pu­re gon­zo jo­ur­na­lism!”. Czy by­ło tak na­praw­dę? Spo­ry tr­wa­ją do dziś, ale jed­no jest pew­ne. Gon­zo to skraj­nie su­biek­tyw­ne dzien­ni­kar­stwo, z nie­by­wa­le swo­bod­ną – co nie ozna­cza uprosz­czo­ną – nar­ra­cją pierw­szo­oso­bo­wą, w któ­rym rze­czy­wi­stość jest bez zna­cze­nia , wąt­ki się prze­pla­ta­ją i nie two­rzą spój­nej ca­ło­ści, a au­tor mo­że do­ko­ny­wać licz­nych dy­gre­sji po to, by wró­cić do te­ma­tu w nie­spo­dzie­wa­nym miej­scu. 

Ko­per­ni­kań­ski czy też le­piej: Thomp­sonowski prze­wrót w dzien­ni­kar­stwie do­ko­nał się w 1971 ro­ku, kie­dy to na księ­gar­skie pół­ki tra­fia bi­blia oświe­co­nych nar­ko­ma­nów i osób lu­bią­cych ży­cie na kra­wę­dzi: Fe­ar and Lo­athing in Las Ve­gas: A Sa­va­ge Jo­ur­ney to the He­art of the Ame­ri­can Dre­am

Książ­ka po­wsta­je przez przy­pa­dek. Thomp­son w ro­ku 1970 opi­su­je gło­śną spra­wę mor­der­stwa do­ko­na­ne­go przez po­li­cjan­tów na la­ty­no­skim dzien­ni­ka­rzu Ru­be­nie Sa­la­za­rze. Ch­cąc w peł­ni od­dać isto­tę pro­ble­mu, kon­tak­tu­je się z za­przy­jaź­nio­nym obroń­cą mniej­szo­ści, me­ce­na­sem Oska­rem „Ze­ta” Aco­stą. Na dro­dze do ad­wo­ka­ta sta­ją na­wał obo­wiąz­ków i je­go gor­li­wi ochro­nia­rze. Któ­rzy ze wzglę­du na za­gro­że­nie za­ma­chem ota­cza­li go w miej­scach publicz­nych szczel­nym kor­do­nem.

Oka­zja do roz­mo­wy po­ja­wia się, gdy Thomp­son otrzy­mu­je od ga­ze­ty „Sports Ilu­stra­te­d” pro­po­zy­cję na­pi­sa­nia re­la­cji z pu­styn­ne­go wy­ści­gu mo­to­cy­klo­we­go w Las Ve­gas.

Przyj­mu­je pro­po­zy­cję i wraz z przy­ja­cie­lem wy­ru­sza w po­dróż, któ­ra zmie­ni­ła się sza­leń­czy rajd, po­goń za ame­ry­kań­skim snem.

Pod­gło­śnij ra­dio, pod­gło­śnij ma­gne­to­fon. Po­dzi­wiaj za­cho­dzą­ce przed to­bą słoń­ce Opuść szy­by, roz­sma­ko­wu­jąc się w pu­styn­nym wie­trze. O tak. O to cho­dzi. Peł­na kon­tro­la. Po­wo­zić się w so­bot­nią noc po Las Ve­gas. Dwóch kum­pli w stra­żac­ko czer­wo­nym ka­brio­le­cie. Nie­ży­wi, spru­ci, na­grza­ni. Do­brzy lu­dzie.

W Fe­ar And Lo­athin­g… bra­ku­je głów­ne­go wąt­ku, książ­ka jest gę­sta od wspo­mnień, dy­gre­sji i zwy­kłe­go beł­ko­tu. Nie moż­na do­ciec, któ­re z nich są praw­dzi­we, a któ­re nie, co nie dzi­wi, gdyż au­tor twier­dził – za Wil­lia­mem Faulk­ne­rem – iż „naj­lep­sza fik­cja jest zde­cy­do­wa­nie praw­dziw­sza niż ja­kie­kol­wiek dzien­ni­kar­stwo”. Nar­ra­cja jest moc­no cha­otycz­na, pod­le­wa­na wy­so­ko­pro­cen­to­wym al­ko­ho­lo­wo­-nar­ko­ty­ko­wym kok­taj­lem. Thomp­son i Aco­sta spo­ży­wa­li wów­czas hur­to­we ilo­ści nar­ko­ty­ków, od ma­ri­hu­any po ca­łą ga­lak­ty­kę sty­mu­lan­tów, de­pre­san­tów i roz­we­se­la­czy.

Jed­nak nar­ko­ty­ki nie sta­no­wią osi fa­bu­ły, je­że­li w ogó­le moż­na mó­wić o ja­kiejś fa­bu­le. To przede wszyst­kim gorz­ka sa­ty­ra na ame­ry­kań­skie spo­łe­czeń­stwo, uga­nia­ją­ce się za ame­ry­kań­skim snem, do­ko­nu­ją­ce rap­tow­ne­go zwro­tu w pra­wo. Spo­łe­czeń­stwo bier­nych tę­pa­ków, da­ją­cych się zma­ni­pu­lo­wać ko­lej­nym po­li­tycz­nym szar­la­ta­nom. Fe­ar And Lo­athing „wy­sta­wia” tak­że ra­chu­nek su­mie­nia po­ko­le­niu dzie­ci kwia­tów, fa­li, któ­ra za­ła­ma­ła się i cof­nę­ła – ode­szła wraz ze swo­ją na­iw­no­ścią.

kreska.jpg

cytat.jpg

Pod­gło­śnij ra­dio, pod­gło­śnij ma­gne­to­fon. Po­dzi­wiaj za­cho­dzą­ce przed to­bą słoń­ce. Opuść szy­by, roz­sma­ko­wu­jąc się w pu­styn­nym wie­trze. O tak. O to cho­dzi. Peł­na kon­tro­la.


Strach i obrzy­dze­nie w po­li­ty­ce
Ko­lej­nym kul­to­wym dzie­łem gon­zo, któ­re wy­szło z ma­szy­ny do pi­sa­nia Thomp­so­na jest Fe­ar And Lo­athing: On the Cam­pa­ign Tra­il ’72, w któ­rej opi­su­je kam­pa­nie wy­bor­cze de­mo­kra­tów i zwo­len­ni­ków Ni­xo­na. Po­dob­nie jak w swo­ich ar­ty­ku­łach po­li­tycz­nych, jest moc­no kry­tycz­ny i wręcz wy­zło­śli­wia się, czę­sto ata­ku­jąc po­ni­żej pa­sa. Ob­na­ża me­cha­ni­zmy dzia­ła­nia władz, wy­cią­ga na wierzch cy­nizm, nie­zde­cy­do­wa­nie i brak kom­pe­ten­cji kan­dy­da­tów. Co dziw­ne, od­kry­wa też dru­gą twarz Ni­xo­na (któ­rego nie zno­sił i ata­ko­wał na mi­lion ma­ło wy­bred­nych spo­so­bów), bar­dziej ludz­ką: znaw­cy fut­bo­lu ame­ry­kań­skie­go.

Ty­le w te­ma­cie obiek­tyw­ne­go dzien­ni­kar­stwa. Nie krę­puj się go szu­kać, ale nie znaj­dziesz go w żad­nym z mo­ich tek­stów, ani też ni­ko­go, kto mógł­by przyjść mi do gło­wy. Za wy­jąt­kiem wy­ni­ków walk bok­ser­skich, wy­ści­gów kon­nych czy gieł­do­wych ta­bel coś ta­kie­go jak obiek­tyw­ne dzien­ni­kar­stwo nie ist­nie­je.

Zresz­tą po­czą­tek lat 70. to bez wąt­pie­nia naj­lep­szy okres w ży­ciu Thomp­so­na. Suk­ce­sy zwią­za­ne z wy­da­wa­niem ko­lej­nych ksią­żek i po­pu­lar­ność je­go ar­ty­ku­łów ugrun­to­wu­ją je­go po­zy­cję dzien­ni­ka­rza-bun­tow­ni­ka. Sta­je się iko­ną mło­de­go po­ko­le­nia dzien­ni­ka­rzy. Pro­wa­dzi nie­zli­czo­ne od­czy­ty, pi­sze co­raz ostrzej, trium­fu­je po wy­bu­chu afe­ry Wa­ter­ga­te.

Z cza­sem jed­nak po­pu­lar­ność Thomp­so­na spa­da. Zmie­nia się sce­na po­li­tycz­na i ga­sną wiel­kie kon­flik­ty spo­łecz­ne, więc zmie­nia się też i dzien­ni­kar­stwo. Ma­le­je za­po­trze­bo­wa­nie na wal­czą­ce­go w imię praw­dy su­per­bo­ha­te­ra.

Obłęd jest ter­mi­nem z dzie­dzi­ny sztu­ki, nie­po­czy­tal­ność zaś z dzie­dzi­ny pra­wa. Za­pa­mię­taj to, a za­osz­czę­dzisz so­bie wie­lu kło­po­tów.

Thomp­son co­raz czę­ściej za­szy­wa się na swo­im ran­czo w Wo­ody Cre­ek w sta­nie Ko­lo­ra­do, bo­ry­ka się z uza­leż­nie­niem od al­ko­ho­lu i nar­ko­ty­ków. Na bar­dzo krót­ko wy­pły­wa na po­wierzch­nię na po­cząt­ku XXI wie­ku, kie­dy to po­li­tycz­na rze­czy­wi­stość podrzu­ca mu wdzięcz­ny obiekt kpin. 43. pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Ge­or­ge­’a W. Bu­sha.

Wi­dzie­li­ście Bu­sha w te­le­wi­zji, usi­łu­ją­ce­go de­ba­to­wać? Je­zu, mó­wił jak bez­mó­zgi osioł.

By­ły pre­zy­dent stał się ce­lem per­fid­nych ata­ków Thomp­so­na, du­żo ostrzej­szych niż te skie­ro­wa­ne prze­ciw­ko Ni­xo­no­wi, któ­re­go nie zno­sił, ale któ­re­go jed­no­cze­śnie uwa­żał za pro­fe­sjo­na­li­stę i na swój spo­sób sza­no­wał. Bu­shem i je­go gierm­ka­mi gar­dzi, pa­stwiąc się nad ni­mi nie­mi­ło­sier­nie na ła­mach „Rol­ling Sto­ne­’a” i „Play­boy­a”.

Strach i obrzy­dze­nie w ży­ciu
Jed­nak po­wrót do dzien­ni­kar­skie­go ma­in­stre­amu oraz przy­jaź­nie z m.in. John­nym Dep­pem i Ral­phem Ste­ad­ma­nem nie po­ma­ga­ją mu w odzy­ska­niu psy­chicz­nej rów­no­wa­gi. Czu­je się wy­pa­lo­ny i bez­sil­ny w kon­fron­ta­cji z wie­lo­let­nim na­ło­giem. Co­raz czę­ściej da­je o so­bie znać wy­cień­czo­ny sza­leń­czą jaz­dą or­ga­nizm.

20 lu­te­go 2005 w swo­im ran­czo w Wo­ody Cre­ek w sta­nie Ko­lo­ra­do, znu­żo­ny i prze­ra­żo­ny wi­zją sta­ro­ści, któ­rej się brzy­dzi, po­sta­na­wia skoń­czyć ze swo­im o 17 lat za dłu­gim ży­ciem , strze­la­jąc so­bie w gło­wę z ulu­bio­ne­go re­wol­we­ru.

Je­go pro­chy wy­la­tu­ją w po­wie­trze przy dźwię­kach Mr. Tam­bo­uri­ne Man Bo­ba Dy­la­na z nie­mal 50-me­tro­wej ar­ma­ty in­spi­ro­wa­nej lo­go Gon­zo – za­ci­śnię­tą w ku­łak dło­nią o dwu kciu­kach, dzier­żą­cą pey­otlo­wy kak­tus.

Po­ją­łem to daw­no te­mu. Rze­czy­wi­stość jest znacz­nie dziw­niej­sza niż­by się mo­gło wy­da­wać.musująca tabletka.png

 

kreska.jpg

JAKUB KUSY
For­mal­nie so­cjo­log, z za­mi­ło­wa­nia an­tro­po­log mia­sta, w wol­nych chwi­lach dzien­ni­karz.

MAŁGORZATA MACIEJEWSKA
Absolwentka wiedzy o teatrze UJ, obecnie studentka performatyki UJ i dramaturgii PWST. Pisze dramaty i opowiadania, jest miłośniczką czeskiego kina. Poza zajęciami literackimi zajmuje się ilustracją, fotografią i projektowaniem.

Posted by uqizfajiikoz on
http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/
Posted by ubemoji on
http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/
Posted by izafeke on
http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/
Posted by olemujoqevap on
http://20mg-cheapesttadalafil.com/ - 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor 20mg-cheapesttadalafil.com.ankor http://20mg-cheapesttadalafil.com/
Leave a Reply



(Your email will not be publicly displayed.)


Captcha Code

Click the image to see another captcha.


Ta strona korzysta z plików cookie.