DO GÓRY

 

ZULA_cover.png

 

BACK TO THE SERIES,
czyli o serialomanii słów kilka

ZUZANNA LEWANDOWSKAAGATA TRYBUS
kreska.jpg


„Umarł film, niech ży­je se­rial!” – krzy­czą do­tych­cza­so­wi ki­no­fi­le i to nie tyl­ko na fo­rach, blo­gach czy por­ta­lach po­świę­co­nych sze­ro­ko po­ję­tej kul­tu­rze fil­mo­wej, ale tak­że – o zgro­zo! – w krę­gach aka­de­mic­kich. Mia­no „we­ir­do” nie przy­na­le­ży już do se­rialomaniaka, ale wła­śnie do te­go , kto se­riali nie oglą­da, nie spę­dza przed mo­ni­to­rem ca­łych no­cy, nie bu­szu­je w sie­ci w po­szu­ki­wa­niu ak­tyw­nych tor­ren­tów czy tra­ile­rów zwia­stu­ją­cych ocze­ki­wa­ny z utę­sk­nie­niem se­zon no­we­go po­że­ra­cza cza­su. Ska­la ogól­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia w oglą­da­nie se­riali zda­je się ro­snąć z ro­ku na ro­k– wy­star­czy cho­ciaż­by rzu­cić okiem na fa­ce­bo­oko­we eks­cy­ta­cje na­szych zna­jo­mych czy pod­jąć cho­ciaż­by pró­bę „o­gar­nię­cia” te­go, co w se­rialowym świat­ku pisz­czy. Py­ta­nie, czy to fak­tycz­nie no­wy trend, czy zwy­czaj­nie po­wrót do sta­rych „za­ja­we­k” wiecz­nie głod­nych roz­ryw­ki prze­cięt­nych kon­su­men­tów kul­tu­ry.

Cof­nij­my się do cza­sów, w któ­rych o me­dium bar­dziej no­śnym niż kart­ka pa­pie­ru nie śni­ło się na­wet fi­lo­zo­fom, a mia­no­wi­cie do wie­ku XIX. An­glia i Fran­cja. Za spra­wą co­raz więk­szej po­pu­lar­no­ści pra­sy po­wie­ści za­czę­to pu­bli­ko­wać w od­cin­kach. i to nie tyl­ko te z ga­tun­ku „ta­nich sen­sa­cji”, do któ­rych czy­tel­nik łap­czy­wie do­bie­rał się w ko­lej­nych nu­me­rach ga­ze­ty co­dzien­nej czy ty­go­dni­ka, ale i „wiel­kie dzie­ła” Émi­le­’a Zo­li czy Char­le­sa Dic­ken­sa. Na Wy­spach po­ja­wia­ją się tzw. pen­ny dre­ad­ful sto­ries – wy­da­wa­ne cy­klicz­ne na ta­nim pa­pie­rze kr­wa­we, trzy­ma­ją­ce w na­pię­ciu hi­sto­ryj­ki, na któ­re to w głów­nej mie­rze rzu­ca­ła się mło­da kla­sa ro­bot­ni­cza.

Po­dob­ny trend po­ja­wia się w Sta­nach Zjed­no­czo­nych pod po­sta­cią di­me no­vels, któ­rych te­ma­ty­ka oscy­lo­wa­ła za­zwy­czaj wo­kół zbrod­ni i sen­sa­cji, na co – jak po­wszech­nie wia­do­mo – ni­gdy nie brak­nie fa­nów: ty­go­dnio­wo na ryn­ku po­ja­wiało się po­nad ty­siąc eg­zem­pla­rzy każ­de­go z co naj­mniej kil­ku­na­stu ty­tu­łów. I tak suk­ce­so­ra­mi pen­ny dre­ad­fuldi­me no­vels sta­ły się słyn­ne ame­ry­kań­skie pulp ma­ga­zi­nes – rów­nie, a mo­że i jesz­cze bar­dziej ocie­ka­ją­ce try­wial­nym kry­mi­na­łem i mro­żą­cy­mi krew w ży­łach fa­buł­ka­mi. I to był­by tra­iler se­ria­lo­ma­nii..

Pi­lo­ta­żo­we ru­chy

XIX-wiecz­ne „ta­nie pi­śmi­dła” nie tyl­ko wy­zna­czy­ły istot­ny trend w spo­łecz­nej re­cep­cji kul­tu­ry po­pu­lar­nej, ale i stwo­rzy­ły podwa­li­ny pod sa­mo po­ję­cie se­ryj­no­ści oraz kon­struk­cję se­ria­lu ja­ko ta­kie­go. Oto ma­my więc kla­sycz­ne dla se­rii ga­tun­ki – kry­mi­nał, hor­ror, me­lo­dra­mat etc., któ­re jak żad­ne in­ne trzy­ma­ją od­bior­cę w na­pię­ciu, na każ­dej stro­nie do­star­cza­jąc dresz­czy­ku emo­cji. Czy­tel­nik z nie­cier­pli­wo­ścią wy­pa­tru­je no­wych od­cin­ków swo­jej ulu­bio­nej pulp sto­ry, ocze­ku­jąc roz­wi­nię­cia cią­gną­cej się przez ko­lej­ne nu­me­ry in­try­gi. Czy nie wy­ło­nił się wte­dy typ bo­ha­te­ra przy­po­mi­na­ją­cy pro­ta­go­ni­stów obec­nych w czo­ło­wych pro­duk­cjach te­le­wi­zyj­nych? De­tek­tyw, sa­mot­nik, In­ny, czar­ny cha­rak­ter – dziś w na­pię­ciu śle­dzi­my po­czy­na­nia Ru­sta Coh­le­’a czy Wal­te­ra Whi­te­’a, a sto lat te­mu czy­tel­ni­cy za­chłan­nie wczy­ty­wa­li się w lo­sy po­sta­ci ta­kich jak Doc Sa­va­ge The Phan­tom De­tec­ti­ve czy – pa­trząc jesz­cze da­lej wstecz – Dick Tur­pin z jed­nej z pen­ny dre­ad­ful sto­ries: Black Bess or the Kni­ght of the Ro­ad, któ­ra w la­tach 1867-68 do­cze­ka­ła się aż 254 epi­zo­dów. I skąd jak nie z po­wie­ści de­tek­ty­wi­stycz­nych (nie tyl­ko tych od­cin­ko­wych), wzię­ła się – tak po­pu­lar­na w se­ria­lach kry­mi­nal­nych – stra­te­gia za­stę­po­wa­nia po­rząd­ku wy­da­rzeń po­rząd­kiem od­kry­wa­nia? Skąd w koń­cu chwyt clif­fhan­ge­ra, czy­li za­wie­sze­nia ak­cji w punk­cie kul­mi­na­cyj­nym, jak nie ze słyn­nych za­koń­czeń w sty­lu „o­two­rzył drzwi i na­gle­…”? Od­po­wiedź wy­da­je się oczy­wi­sta.

kreska.jpg

cytat.jpg

Se­rial to nie tyl­ko „dzie­ło sztu­ki” – jest to rów­nież zwy­czaj­ny pro­dukt, kon­ku­ru­ją­cy z in­ny­mi pro­duk­ta­mi na jed­nym z naj­trud­niej­szych ryn­ków na świe­cie, ja­kim jest te­le­wi­zja.


Se­ria­lo­za ja­ko cho­ro­ba prze­no­szo­na dro­gą ka­blo­wą

Wraz z po­ja­wie­niem się no­wych me­diów jak ra­dio, a w szcze­gól­no­ści te­le­wi­zja, ta­nie fa­buł­ki zna­la­zły no­we spo­so­by do­stę­pu do od­bior­ców. O dzi­wo, to nie kry­mi­nał w od­cin­kach za­wład­nął ekra­na­mi i ete­rem w pierw­szej ko­lej­no­ści, a…sit­com. I Lo­ve Lu­cy, czy­li kul­to­wy pro­dukt ame­ry­kań­skiej kul­tu­ry miesz­czań­skiej, do dziś świę­ci try­um­fy w ran­kin­gach se­riali bi­ją­cych wszel­kie moż­li­we re­kor­dy po­pu­lar­no­ści. Suk­ces, ja­ki od­nio­sły hi­sto­ryj­ki o sym­pa­tycz­nej i zwa­rio­wa­nej go­spo­dy­ni do­mo­wej, wy­wo­łał la­wi­nę pro­duk­cji po­dob­ne­go po­kro­ju – od The Ho­ney­mo­oners w la­tach 50., przez Hap­py DaysAll In The Fa­mi­ly (la­ta 60. i 70.), aż po le­piej zna­ne młod­sze­mu od­bior­cy se­riale ty­pu Se­in­feld, The Bill Cos­by Show czy Peł­na cha­ta (la­ta 80. i 90.). Na wy­syp se­riali z krę­gu ko­me­dii sy­tu­acyj­nej wpły­nę­ło wie­le czyn­ni­ków – od ta­nich kosz­tów pro­duk­cji, przez lek­ką i po­zba­wio­ną zbyt an­ga­żu­ją­cych te­matów for­mu­łę (któ­ra by­ła wręcz stwo­rzo­na do speł­nia­nia re­guł za­war­tych w ko­dek­sie Hay­sa za­bra­nia­ją­cych po­ka­zy­wa­nia na ekra­nie zbyt gwał­to­wa­nych scen prze­mo­cy, prze­stępstw, sek­su, a na­we­t… po­ro­du), aż po zwy­czaj­ne ludz­kie za­po­trze­bo­wa­nie na iden­ty­fi­ka­cję z po­sta­cia­mi, któ­re są za­ra­zem ide­al­ny­mi, jak i prze­ry­so­wa­ny­mi wer­sja­mi ich sa­mych.

Swe suk­cesy świę­cił rów­nież we­stern w wer­sji od­cin­ko­wej – pierw­szym hi­tem stał się słyn­ny Je­ździec zni­kąd (pierw­sza waż­na pro­duk­cja sta­cji ABC), po­tem przy­szedł czas na Gun­smo­ke (naj­dłu­żej, bo aż 19 lat, emi­to­wa­ny w hi­sto­rii te­le­wi­zji se­rial o Dzi­kim Za­cho­dzie), by w koń­cu na ekra­nach za­go­ścił Bo­nan­za, do dziś uzna­wa­ny za naj­lep­szy se­rialowy we­stern ever. Oczy­wi­ście nie moż­na po­mi­nąć rów­nież pro­duk­cji, przy któ­rych go­spo­dy­nie do­mo­we za­le­wa­ły się pła­czem pod­czas pra­nia bie­li­zny, czy­li oper my­dla­nych. Na te­mat fa­bu­ły po­szcze­gól­nych ty­tu­łów moż­na by pi­sać i pi­sać, ze wzglę­du na ilość epi­zo­dów, wąt­ków, po­sta­ci i zwro­tów ak­cji. Jed­nak ten, kto wi­dział choć je­den od­ci­nek Mo­dy na suk­ces (bet you did!), wie, że nie ma to więk­sze­go sen­su. Ilość ab­sur­dów prze­kła­da się na oglą­dal­ność – pro­duk­cje ty­pu Dal­las czy Dy­na­stia nie ma­ją so­bie rów­nych w ran­kin­gach (cho­ciaż­by Niel­se­na). Moż­na by wspo­mnieć o pro­duk­cjach z nie­co in­nych bie­gu­nów ga­tun­ko­wych, jak np. Star Trek, ale po co – to prze­cież zbyt ni­ska oglą­dal­ność... Kry­mi­nał do­cze­kał się wpraw­dzie dwóch hi­tów (i to na dość przy­zwo­itym jak na te la­ta po­zio­mie) w po­sta­ci Co­lum­boKo­ja­ka, ale naj­wy­raź­niej te­go ty­pu for­mu­ła nie by­ła wy­star­cza­ją­co atrak­cyj­na, by po­wie­lać ją na szer­szą ska­lę. Przy­najm­niej nie w po­przed­nim stu­le­ciu.

U wrót no­wej ery

ZULA.png

Jak wi­dać, se­ria­lo­za to nic no­we­go, zmie­nia­ją się tyl­ko pre­fe­ren­cje od­bior­ców, a wraz z ni­mi – si­łą rze­czy – sa­me pro­duk­cje. Róż­ni­ce mię­dzy se­ria­la­mi „sta­rej ge­ne­ra­cji” a ty­mi spod zna­ku „zło­tej ery” sa­me rzu­ca­ją się w oczy. Gdy spoj­rzy­my na przy­to­czo­ny wy­żej skró­co­ny prze­krój kul­to­wych se­ria­li ame­ry­kań­skich sprzed XXI wie­ku, ude­rzy nas przede wszyst­kim ich ga­tun­ko­wy cha­rak­ter – ko­me­dia to ko­me­dia (i to w 90% fa­mi­lij­na), a ro­man­si­dło to ro­man­si­dło (ze sche­ma­ta­mi tak po­wta­rzal­ny­mi, że po­gu­bić się nie jest wca­le trud­no). Bo­ha­te­ro­wie ma­ło skom­pli­ko­wa­ni, świat do­syć czar­no-bia­ły, wszyst­kie war­to­ści na swo­im miej­scu – zgod­nie z ocze­ki­wa­nia­mi ów­cze­snej ame­ry­kań­skiej kla­sy śred­niej. Ilość, a nie ja­kość – tak w gi­gan­tycz­nym uprosz­cze­niu moż­na by okre­ślić gros ów­cze­snych pro­duk­cji, któ­re wy­ra­sta­ły jak grzy­by po desz­czu, ni­czym się jed­nak spe­cjal­nie od sie­bie nie róż­niąc. Do cza­su.

„To nie te­le­wi­zja, to HBO”

Pro­wo­ka­cyj­ne, no­wo­cze­sne, kon­se­kwent­nie re­ali­zu­ją­ce za­ło­żo­ne przez sie­bie ce­le – ta­kie jest HBO. Jak wie­lu twier­dzi, to już nie te­le­wi­zja, to ja­kość sa­ma w so­bie. Gdy w 1999 ro­ku ru­szy­li na pod­bój se­ria­lo­we­go świat­ka z Ro­dzi­ną So­pra­no, nikt nie przy­pusz­czał, że an­ty­bo­ha­ter an­ty­bo­ha­terów, To­ny So­pra­no, mo­że za­skar­bić so­bie ser­ca mi­lio­na wi­dzów, po­zo­sta­ją­cych mu wier­ny­mi z se­zo­nu na se­zon, z ro­ku na rok. O ko­lej­nych pro­duk­cjach sta­cji, w ran­kin­gach se­ria­li wszech­cza­sów bi­ją­cych kon­ku­ren­cję na gło­wę, wy­star­czy wspo­mnieć, bo każ­dy se­ria­lo­wy fre­ak zna je na pa­mięć: Pra­wo uli­cy, De­adwood, Dziew­czy­ny, Gra o tron, De­tek­ty­w… Za HBO szyb­ko za­czę­ły po­dą­żać in­ne sta­cje, od­ci­na­jąc się od wy­pusz­cza­nia tra­dy­cyj­nie „skle­co­ny­ch” pro­duk­tów,ma­ją­cych wy­peł­nić ra­mów­kę w pri­me­ti­me­’ie, a sta­wia­jąc so­bie za cel przy­cią­gnię­cie (co­raz bar­dziej wy­ma­ga­ją­ce­go!) wi­dza bar­dziej am­bit­ny­mi pro­jek­ta­mi. I tak oto obok gi­gan­ta te­le­wi­zji ja­ko­ścio­wej, czy­li HBO, upla­so­wa­ły się przede wszyst­kim Show­ti­me (Ho­me­land, De­xter, Traw­ka) i AMC (Wal­king De­ad, Mad Men, Bre­aking Bad). Oczy­wi­ście stra­te­gia emi­sji bar­dziej war­to­ścio­wych pro­duk­cji nie wy­ni­ka wy­łącz­nie z te­go, że te­le­wi­zyj­ni ma­gna­ci na­gle po­czu­li du­cha mi­sji, by uczy­nić z „je­de­na­stej mu­zy” do­mo­wą wer­sję am­bit­ne­go ki­na. Se­rial to nie tyl­ko „dzie­ło sztu­ki” – jest to rów­nież zwy­czaj­ny pro­dukt, kon­ku­ru­ją­cy z in­ny­mi pro­duk­ta­mi na jed­nym z naj­trud­niej­szych ryn­ków na świe­cie, ja­kim jest te­le­wi­zja. W mo­men­cie, w któ­rym widz ma do wy­bo­ru „i­leś se­t” ka­na­łów, z rów­nie ogrom­ną licz­bą pro­duk­cji, nadaw­cy nie mo­gą po­zwo­lić so­bie na wy­pusz­cze­nie by­le ja­kie­go two­ru – do­bra ja­kość jest nie ty­le gwa­ran­tem oglą­dal­no­ści, co przede wszyst­kim – po­wra­cal­no­ści. A wciąż po­więk­sza­ją­ce swe krę­gi rze­sze za­go­rza­łych fa­nów są tym, o czym ma­rzy każ­da sta­cja te­le­wi­zyj­na.

Spot­ka­nia przy szkla­nym ekra­nie

W tym miej­scu do­cho­dzi­my do me­ri­tum ca­łe­go po­wyż­sze­go wy­wo­du, a mia­no­wi­cie: co nas krę­ci, co nas podnie­ca je­że­li cho­dzi o se­ria­le? I czy to no­we eks­cy­ta­cje, czy te sa­me „fio­ły” po­ja­wia­ją­ce się wraz z ko­lej­ny­mi bo­oma­mi na se­ryj­ne oglą­dac­two? Przez ca­łe mi­nio­ne stu­le­cie te­le­wi­dzo­wie za­sia­da­li przed ekra­na­mi od­bior­ni­ków, by o tej sa­mej po­rze dnia spo­tkać się ze swo­imi ulu­bio­ny­mi bo­ha­te­ra­mi – „te­le­wi­zyj­ny­mi bo­ga­mi” – i ra­zem z ni­mi wal­czyć z prze­ciw­no­ścia­mi lo­su, sta­wiać czo­ła pro­ble­mom, prze­ży­wać mi­ło­sne roz­ter­kietc. Ba­nal­ne? Ale praw­dzi­we. Pow­ta­rzal­ne wąt­ki i mo­ty­wy da­wa­ły po­czu­cie tr­wa­ło­ści, a roz­gry­wa­ją­ce się na ekra­nach „sce­ny z ży­cia co­dzien­ne­go” umac­nia­ły wi­dza w prze­ko­na­niu, że uczest­ni­czy w czymś do­brze mu zna­nym, swoj­skim i bli­skim. Więk­szość pro­duk­cji sprzed „zło­tej ery se­ria­lu” ope­ro­wa­ło dość pro­sty­mi i ła­two przy­swa­jal­ny­mi fa­bu­ła­mi, nio­są­cy­mi wznio­słe prze­sła­nia na te­mat mi­ło­ści, ro­dzi­ny i po­czu­cia szczę­ścia, czy­li te­go, cze­go w ów­cze­snych – dość chwiej­nych i nie­spo­koj­nych cza­sach – lu­dzie po­trze­bo­wa­li. A cze­go my dziś po­trze­bu­je­my?

kreska.jpg

cytat.jpg

Ten, kto wi­dział choć je­den od­ci­nek Mo­dy na suk­ces (bet you did!), wie, że opis fa­bu­ły nie ma więk­sze­go sen­su.


Nowe trendy – ta sama mania

Dziś – patrząc na naszych serialowych ulubieńców – wydaje się, że znów powracamy do ery penny dreadful stories i pulp magazines (o czym zresztą dobitnie, a wręcz literalnie świadczy jedna z ostatnich produkcji Showtime pod jakże symptomatycznym tytułem Penny Dreadful). Sympatyczny seryjny morderca, pociągający kanibal Hannibal, bezwzględny producent metamfetaminy i… cała plejada bohaterów Gry o tron? Krew leje się hektolitrami, jedna zbrodnia goni kolejną (często coraz to wymyślniejszą), a i sceny gwałtu na ekranie to już nic nowego. Podobnie jednak jak przed laty jednoczymy w „rytuałach teleuczestnictwa” – kiedyś kibicowaliśmy miłosnej grze Rachel i Rossa, dziś kibicujemy Dexterowi, żeby dorwał, kogo ma dorwać. Kiedyś kobiety rozprawiały nad losami biednej Izaury przy okazji ploteczek przy kawie, dziś na forach internetowych spierają się, który z tej Prawdziwej krwi jest najbardziej „hot”. Obecnie jednak jesteśmy „władcami torrentów”, więc nie przejmujemy się godzinami emisji – wystarczy przecież dobrze poszukać. Mamy wszystko na wyciągnięcie ręki, a raczej myszki. Konsumujemy zatem i pochłaniamy coraz więcej i więcej – a producenci programów telewizyjnych wychodzą nam naprzeciw. Kiedyś wystarczył jeden serial w tygodniu, dziś oglądamy ich dziesięć naraz. Co więcej – by serialomaniakom żyło się wygodniej, stworzono Netflix – platformę udostępniającą internautom produkcje telewizyjne w ofercie abonamentowej. Dla tzw. „widza poza ramówką” to rozwiązanie wręcz idealne – nie musi czekać aż nowe sezony „zassą się” na pulpicie, bo ma przecież każdą możliwą produkcję pod nosem – i to całkowicie legalnie. Gdy Netflix postanowił na własną rękę wyprodukować serial – a mowa tu o słynnym już House of Cards – i odniósł przy tym gigantyczny sukces, HBO zadrżało. „Musimy stać się HBO, zanim oni staną się nami” – mówią ludzie z Netfliksa. A my już stoimy przed kolejną – zupełnie nową, bo nieograniczoną telewizyjną ramówką – erą serialomanii. Być może dla odmiany zamiast fabuł à la penny dreadful stories, przywrócimy do łask familijny sitcom – kto wie. Jedno jest raczej pewne – serialomania, czy jak kto woli – serialoza, była, jest i zawsze będzie. A więc – „Umarł serial, niech żyje serial!”musująca tabletka.png

 

kreska.jpg

ZUZANNA LEWANDOWSKA
Ab­sol­went­ka fil­mo­znaw­stwa i te­atro­lo­gii na po­znań­skim UAM. Z bra­ku la­ku po­że­ra se­ria­le, a po­pkul­tu­ro­wą pap­kę chło­nie jak gąb­ka, usil­nie sta­ra­jąc się prze­two­rzyć ją na coś sen­sow­ne­go.

AGATA TRYBUS
Magister form przemysłowych, stu­dentka architektury wnętrz. Projektantka, z zami­łowania instruktorka fitness i zumby.

Komentarze






Captcha Code

Click the image to see another captcha.

Ta strona korzysta z plików cookie.