
NUMER 11 (2) MARZEC 2015 | "DOM STRACHÓW"
ZUZANNA LEWANDOWSKA | JULIAN ZIELONKA ![]()
Kto z nas nigdy nie bał się na horrorze, by po zakończonym seansie płonąć z ekscytacji? Kilku śmiałków, na których Freddie Krueger i jego poplecznicy nie zrobili większego wrażenia, zapewne by się znalazło, jednak większość sympatyków kina, wybierających filmy grozy jako urozmaicenie piątkowego wieczoru, zazwyczaj „umiera ze strachu” podczas trzymających w napięciu scen. Stephen King mawiał, że „wymyślamy horrory, aby pomóc sobie w radzeniu z prawdziwymi”. Oczywiście jest w tym sporo prawdy, ale udając się do kina, które samo w sobie jest formą rozrywki, oczekujemy po przebytym seansie pozytywnych wzmocnień. Gdzie zatem tkwi źródło przyjemności płynącej z obcowania z horrorami i dlaczego tak bardzo lubujemy się w tak dojmująco przykrym uczuciu, jakim jest strach?
Bać lubiliśmy się właściwie od zawsze – opowiadając sobie straszne historie za dzieciaka czy podejmując próby „okiełznania nieznanego” podczas młodzieńczych eskapad w ruiny opuszczonych domów i starych cmentarzysk. Nie do końca rozdzielając fikcję od rzeczywistości, jako dzieci baliśmy się bardziej, co i tak nie przeszkadzało nam w „samostraszeniu” się historyjkami rodem z fantastyki grozy lub przerażającymi opowiastkami ludowymi i baśniami w klimacie grimmowskim. Ograniczony dziecięcy światopogląd sprawiał, że pojawienie się siejącej „mroźną” grozę Buki przyprawiało nas o ciarki na plecach, a disneyowski słonik Dumbo w psychodelicznej wizji upojenia alkoholowego jawił się jako creepy monster. Mimo to chętnie powracaliśmy do oglądania „strasznych” bajek, nie mogąc doczekać się pojawienia fantastycznych elementów wykraczających poza świat dobrze nam znany, swojski i bezpieczny. A tym samym czerpać z tych przerażających „zaburzeń rzeczywistości” dziwnego rodzaju przyjemność.
Gęsia skórka dla dorosłych
Świat rozrywki nie mógł pozostać obojętny wobec potrzeb dorosłych, którzy kierując się rozumowym oglądem rzeczywistości, przestali ekscytować się opowiastkami o duchach i wilkołakach, widząc w nich raczej powód do pobłażliwego śmiechu aniżeli zapierającego dech w piersiach strachu. Literatura grozy zmieniła więc swoje oblicze w wersję „dla dorosłych”, wprowadzając elementy makabry oraz podteksty seksualne, a do całego arsenału gatunków spod szyldu „dreszczowiec” dołączyły m.in. coraz to bardziej wysublimowane kryminały. Nic jednak nie przeraża bardziej niż stanąć „twarzą w twarz z potworem”, tak więc na potrzeby konfrontacji z ucieleśnionym obiektem grozy stworzono tzw. freak shows. Muzea z artefaktami w rodzaju zwierzęcych mutacji oraz zdeformowanych ludzkich ciał były popularne już w XVI wieku na terenie Anglii, zyskując później coraz większe grono fanów, zwłaszcza gdy wystawy przekształcono w makabryczne festiwale cyrkowe. „Mrożące krew w żyłach” rozrywkowe machiny wesołego miasteczka w postaci rollercoasterów i nawiedzonych domów też nie są niczym nowym – wysokie oblodzone rampy, po których ślizgano się z wielką prędkością, były domeną XVII-wiecznej Rosji, a pierwszy powszechnie znany „symulowany” haunted house pojawił się blisko 100 lat temu w Stanach Zjednoczonych. Zresztą po co wymyślać, skoro na całym świecie istnieje multum opuszczonych lokacji, do których każdego roku zjeżdżają się tysiące „pielgrzymów” w celu doświadczenia paranormalnej mocy miejsca, o czym dobitnie świadczy m.in. przykład amerykańskiego Amityville.
Idziemy do kina, aby poczuć atmosferę przerażenia i wraz z bohaterami przeżyć chwile grozy, a potem machamy ręką twierdząc, że „to tylko film” – boimy się zatem w świecie fikcji, by w bezpieczny sposób doświadczyć strachu i nie bać się już
w tym realnym
Paradoks przyjemności
Wszystko zatem, co poniekąd wykracza poza to, co empiryczne i obwarowane naturalnymi prawami, wydaje się złowrogie, budząc w nas poczucie trwogi i przerażenia. Skoro więc strach jest naturalną reakcją na czyhające wokół niebezpieczeństwo, dlaczego sami go generujemy i w dodatku sprawia nam to przyjemność? Pomijając szereg reakcji o podłożu psychologiczno-biologicznym (tzw. transfer pobudzenia polegający na przejściu od wzrostu adrenaliny wywołanego groźną sytuacją do spotęgowanego uczucia ulgi, któremu towarzyszy wydzielanie się „hormonów przyjemności”, gdy sytuacja powraca do stanu poprzedniego), tkwi w tym pewna zagwozdka, którą amerykański filozof Noël Carroll określił „paradoksami uczuć” – przykrych i obmierzłych, a jednocześnie tak rozkosznych. Jak stwierdził sam Carroll, łączenie przeciwstawnych sobie „elementów przyciągania i odstręczania” jest przypisane ludzkiej naturze od dawien dawna i w najdoskonalszy sposób spełnia się w jednym z głównych filarów „kultury strachu”, czyli horrorze.
Po co komu horror?
Kino grozy odpowiada na naturalne zapotrzebowanie człowieka na makabrę i pozwala realizować „krwawe fantazje” w bezpieczny sposób, sięgając nie tylko do prymitywnych instynktów, ale i do najciemniejszych zakamarków naszego „jestestwa”. Bo czy nie oznacza to, że oglądamy „masakrę piłą mechaniczną” po to, aby… nie robić tego w rzeczywistości? Nikt się do tego nie przyzna, ale odpowiedź, którą daje psychoanaliza, wskazuje jednoznacznie na to, że na horrory chadzamy po to, aby przeżyć katharsis i uwolnić z wewnętrznych demonów. Prawda-li to czy nie, faktem jest, że podczas makabrycznych seansów budzi się w nas coś w rodzaju „niegroźnego strachu”. Idziemy do kina, aby poczuć atmosferę przerażenia i wraz z bohaterami przeżyć chwile grozy, a potem machamy ręką twierdząc, że „to tylko film”. Boimy się zatem w świecie fikcji, by w bezpieczny sposób doświadczyć strachu i nie bać się już w tym realnym. Jednak skoro horror przywołuje obecne od zarania dziejów lęki – przed śmiercią, destrukcją, przekraczaniem ludzkich ograniczeń i światem, którego racjonalnie nie da się zrozumieć – to dlaczego został wpisany w sferę rozrywki?
Makabryczne przyjemności
Według badaczki kina Lindy Williams, horror należy do kręgu gatunków określanego mianem body genres, czyli tych wywołujących określone reakcje fizjologiczne. I tak jak zanosimy się płaczem oglądając ckliwy melodramat lub odczuwamy pobudzenie seksualne podczas pornograficznego seansu, tak horror wyzwala w nas strach, powodując szybsze bicie serca, ciarki na plecach i „gęsią skórkę”. W odbiorze filmu grozy tkwi pewien osobliwy element „niezdrowej fascynacji”, podobnej temu, gdy mimo trwogi i obrzydzenia przyglądamy się wypadkom drogowym. Przyjemność sprawia nam doświadczenie efektu niesamowitości, a pokonywanie strachu podczas oglądania krwawych scen dostarcza jeszcze większej uciechy razem z euforycznym doznaniem po zakończeniu seansu: „łał, to było oszałamiające!”. Ten specyficzny rodzaj rozkoszy może zostać jednak szybko zburzony, gdy świat nie wraca do pierwotnej harmonii lub gdy pewne granice percepcji makabry zostaną naruszone. Koniec końców widz zamiast podbudować się happy endem wychodzi z kina z traumą i do końca życia boi się zaglądać w nocy pod łóżko. Lub inaczej – jeden na wspomnienie obmierzłej gęby potwora długo będzie trząść portkami ze strachu, a drugiemu żniwa groteskowego monstrum wydadzą się zwykłą krotochwilną fraszką. Wszystko bowiem zależy od predyspozycji i/lub preferencji oglądającego.

Horror seekers – horror voyeurs
Każdy z nas mniej lub bardziej wciąga się w „gry ze strachem” i poddaje urokom „lęku kontrolowanego”. Tzw. sensation seekers, czyli osoby poszukujące mocnych wrażeń po to, by sprawić sobie frajdę, częściej stają się maniakami horrorów wyszukującymi w ramach gatunku filmów, które operują coraz to wymyślniejszymi środkami „straszenia”. Niektórzy bardziej niż inni wczuwają się w sytuację bohatera, któremu zagraża niebezpieczeństwo i z zapartym tchem śledzą jego losy jakby były one ich udziałem. W zależności od stopnia identyfikacji z protagonistą albo serce nam bije szybciej, albo popadamy w znużenie, co też wiąże się z tym, jak bardzo na ekranie odbijają się nasze własne niepokoje. Z kolei inni nabierają dystansu i z punktu widzenia „podglądacza” obserwują akcję, podpowiadając od czasu do czasu bohaterowi: „nie idź tam, bo czyha zło!”. Voyeuryzm, któremu tak naprawdę poddajemy się wszyscy podczas oglądania filmów, pełni więc istotną rolę w czerpaniu przyjemności z rosnącego napięcia czy też makabrycznych scenek. W końcu jednak najważniejszym motywem łączącym wszystkie „przyjemnogenne” schematy jest sam aspekt wspólnotowości oglądania horrorów – nie tylko bowiem czujemy się bezpieczniej, ale i sam seans sprawia nam większą satysfakcję, spajając przy tym więzi społeczne.
Stare strachy nie takie dziś już straszne?
Jak wiadomo, to, co kiedyś straszyło widzów, niekoniecznie dziś spełnia swoją funkcję. Z początku same mechanizmy kina budziły strach, jak pokazuje słynna już legenda miejska o uciekających w popłochu przed pędzącym pociągiem uczestników seansu Wjazd kolei na stację w La Ciotat (1895) braci Lumière. Za pierwsze filmy w klimacie kina grozy uznaje się dzieła niemieckiego ekspresjonizmu filmowego, a także te powstałe na fali „kina monstrów”, czyli wszelkich możliwych wariacji związanych z motywem wampira, zombie, mumii, wilkołaka, mutanta etc. W latach 50. straszyły obrazy wytwórni Hammer, odważnie łączące konwencje science-fiction z elementami makabry i seksu, a horrory lat 60. przeniosły na ekran takie tematy, jak satanizm, kanibalizm, demoniczne dziecko czy też odwet sił natury. W kolejnych dekadach nastąpiła eksplozja filmów z kręgu „horroru cielesnego” – m.in. slashery, gore, torture porn – wszystkie skupiały się właściwie na jednym aspekcie, czyli destrukcji ciała w niezliczonych wręcz, a z czasem także coraz bardziej kuriozalnych, wariantach. Równolegle rozwijał się horror osobowości z Hitchcockowską Psychozą (1960) w roli sztandarowego dzieła podgatunku. Z jednej strony mieliśmy zatem zło pochodzące ze świata zewnętrznego lub ponadnaturalnego, a z drugiej to czyhające w człowieku; z jednej horrory operujące suspensem i tym samym balansujące na granicy thrillera, a z drugiej epatujące makabrą i ekspresyjnymi scenami przemocy. Dziś większość horrorów minionego wieku (oczywiście z kilkoma wyjątkami) wydaje się jednak dość anachroniczna i nie budzi grozy jak kiedyś. Bo kogo obecnie „rusza” postękujące monstrum Frankensteina lub wymiotująca strumieniem zielonej flegmy opętana dziewczynka?
„Wszystko, co zobaczycie, zdarzyło się naprawdę…”
Horrory masowo straszyły więc do czasu, aż wyłażąca spod ekranowych zdarzeń fikcja zaczęła razić sztucznością. W dobie ery, w której na każdym kroku bombardowani jesteśmy wizjami przemocy, a cała rzeczywistość wokół składa się ze „szklanych ekranów”, zwyczajnie uodporniliśmy się na kinowe straszydła. Przemysł filmowy musiał zatem wyjść naprzeciw oczekiwaniom coraz to bardziej wymagających fanów filmu grozy i stworzyć nową formułę gatunku. I tak oto zrodził się horror w konwencji paradokumentalnej, stylizowany na found footage, który stał się wkrótce odrębnym formatem. Mamy więc chwyt „znalezionej taśmy filmowej”, której zawartość pokazywana jest widzom jako autentyczny materiał nagrany przez uczestników makabrycznych zdarzeń. Spopularyzowany przez kultowy już Blair Witch Project (1999, Daniel Myrick, Eduardo Sánchez) – choć nie sposób nie wspomnieć tu o Cannibal Holocaust Ruggero Deodato z 1980 roku jako istotnym prekursorze – święci dziś tryumfy na ekranach kin jako horror, który „przerazi cię na śmierć”. Na czym polega magia filmów, takich jak Rec (2007, Jaume Balagueró, Paco Plaza) czy Paranormal Activity (2007, Oren Peli)? Siła ich oddziaływania tkwi w wiarygodności materiału podporządkowanego zasadom prawdopodobieństwa. Triki jak chwiejna kamera z ręki, angażowanie naturszczyków czy też uzasadnione akcją cięcia montażowe wpływają na postrzeganie dziejących się na ekranie wydarzeń jako takich, które faktycznie miały miejsce. A w momencie, w którym zaczynamy wierzyć, że wiedźmy, zombie i nadnaturalne moce rzeczywiście istnieją, opuszczamy bezpieczną strefę „lęku kontrolowanego” i… boimy się podwójnie, nie mając przecież gwarancji, że w tym realnym świecie nic nas nie zaskoczy.
Scary as hell!
Mimo upływu lat horror jako gatunek zdaje się zatem nie starzeć, odradzając się w coraz to wymyślniejszych odsłonach – a wszystko po to, by widzom „bało się” lepiej. Obecnie brakuje nam tego ważnego elementu niebezpieczeństwa, który towarzyszył naszym przodkom na każdym kroku – musimy więc stwarzać go sobie sami, ale w taki sposób, abyśmy nie stracili poczucia bezpieczeństwa. Horror, wyzwalając ten „archetypiczny strach”, ukazuje coś, czego nie ogarniamy rozumowo i co przeraża nas, dostarczając przy tym przyjemnych doznań. I nieważne, czy wierzymy w to, co dzieje się na ekranie, czy nie (horrory satanistyczne byłyby wtedy zarezerwowane tylko dla chrześcijan). Istotna jest rola wyobraźni, dzięki której fantastyka grozy, mimo całej makabrycznej otoczki, staje się pociągająca i przynosi tak naprawdę „kupę radochy”.![]()
![]()
ZUZANNA LEWANDOWSKA
Absolwentka filmoznawstwa i teatrologii na poznańskim UAM. Z braku laku pożera seriale, a popkulturową papkę chłonie jak gąbka, usilnie starając się przetworzyć ją na coś sensownego.
JULIAN ZIELONKA
Na co dzień specjalista od sprzedaży ziemniaków i marchewek, po nocach niespełniony z pasji rysownik. Meloman siedzenia w domu, podziwiania dinozaurów i czytania komiksów. Tegoroczny maratończyk.