DO GÓRY

 

horror pleasures_cover.jpg

NUMER 11 (2) MARZEC 2015 | "DOM STRACHÓW"

 

HORROR PLEASURES
– DLACZEGO LUBIMY SIĘ BAĆ?


ZUZANNA LEWANDOWSKA | JULIAN ZIELONKA

kreska.jpg

Kto z nas ni­gdy nie bał się na hor­ro­rze, by po za­koń­czo­nym se­an­sie pło­nąć z eks­cy­ta­cji? Kil­ku śmiał­ków, na któ­rych Fred­die Kru­eger i je­go po­plecz­ni­cy nie zro­bi­li więk­sze­go wra­że­nia, za­pew­ne by się zna­la­zło, jed­nak więk­szość sym­pa­ty­ków ki­na, wy­bie­ra­ją­cych fil­my gro­zy ja­ko uroz­ma­ice­nie piąt­ko­we­go wie­czo­ru, za­zwy­czaj „umie­ra ze stra­chu” pod­czas trzy­ma­ją­cych w na­pię­ciu scen. Ste­phen King ma­wiał, że „wy­my­śla­my hor­ro­ry, aby po­móc so­bie w ra­dze­niu z praw­dzi­wy­mi”. Oczy­wi­ście jest w tym spo­ro praw­dy, ale uda­jąc się do ki­na, któ­re sa­mo w so­bie jest for­mą roz­ryw­ki, ocze­ku­je­my po prze­by­tym se­an­sie po­zy­tyw­nych wzmoc­nień. Gdzie za­tem tkwi źró­dło przy­jem­no­ści pły­ną­cej z ob­co­wa­nia z hor­ro­ra­mi i dla­cze­go tak bar­dzo lu­bu­je­my się w tak doj­mu­ją­co przy­krym uczu­ciu, ja­kim jest strach?

Bać lu­bi­li­śmy się wła­ści­wie od za­wsze – opo­wia­da­jąc so­bie strasz­ne hi­sto­rie za dzie­ciaka czy po­dej­mu­jąc pró­by „okieł­zna­nia nie­zna­ne­go” pod­czas mło­dzień­czych eska­pad w ru­iny opusz­czo­nych do­mów i sta­rych cmen­ta­rzysk. Nie do koń­ca roz­dzie­la­jąc fik­cję od rze­czy­wi­sto­ści, ja­ko dzie­ci ba­li­śmy się bar­dziej, co i tak nie prze­szka­dza­ło nam w „sa­mo­stra­sze­niu” się hi­sto­ryj­ka­mi ro­dem z fan­ta­sty­ki gro­zy lub prze­ra­ża­ją­cy­mi opo­wiast­ka­mi lu­do­wy­mi i ba­śnia­mi w kli­ma­cie grim­mow­skim. Ogra­ni­czo­ny dzie­cię­cy świa­to­po­gląd spra­wiał, że po­ja­wie­nie się sie­ją­cej „mroź­ną” gro­zę Bu­ki przy­pra­wia­ło nas o ciar­ki na ple­cach, a di­sney­ow­ski sło­nik Dum­bo w psy­cho­de­licz­nej wi­zji upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go ja­wił się ja­ko cre­epy mon­ster. Mi­mo to chęt­nie po­wra­ca­li­śmy do oglą­da­nia „strasz­nych” ba­jek, nie mo­gąc do­cze­kać się po­ja­wie­nia fan­ta­stycz­nych ele­men­tów wy­kra­cza­ją­cych po­za świat do­brze nam zna­ny, swoj­ski i bez­piecz­ny. A tym sa­mym czer­pać z tych prze­ra­ża­ją­cych „za­bu­rzeń rze­czy­wi­sto­ści” dziw­ne­go ro­dza­ju przy­jem­ność.


Gę­sia skór­ka dla do­ro­słych
Świat roz­ryw­ki nie mógł po­zo­stać obo­jęt­ny wo­bec po­trzeb do­ro­słych, któ­rzy kie­ru­jąc się ro­zu­mo­wym oglą­dem rze­czy­wi­sto­ści, prze­sta­li eks­cy­to­wać się opo­wiast­ka­mi o du­chach i wil­ko­ła­kach, wi­dząc w nich ra­czej po­wód do po­błaż­li­we­go śmie­chu ani­że­li za­pie­ra­ją­ce­go dech w pier­siach stra­chu. Li­te­ra­tu­ra gro­zy zmie­ni­ła więc swo­je obli­cze w wer­sję „dla do­ro­słych”, wpro­wa­dza­jąc ele­men­ty ma­ka­bry oraz pod­tek­sty sek­su­al­ne, a do ca­łe­go ar­se­na­łu ga­tun­ków spod szyl­du „dresz­czo­wiec” do­łą­czy­ły m.in. co­raz to bar­dziej wy­su­bli­mo­wa­ne kry­mi­na­ły. Nic jed­nak nie prze­ra­ża bar­dziej niż sta­nąć „twa­rzą w twarz z po­two­rem”, tak więc na po­trze­by kon­fron­ta­cji z ucie­le­śnio­nym obiek­tem gro­zy stwo­rzo­no tzw. fre­ak shows. Mu­zea z ar­te­fak­ta­mi w ro­dza­ju zwie­rzę­cych mu­ta­cji oraz zde­for­mo­wa­nych ludz­kich ciał by­ły po­pu­lar­ne już w XVI wie­ku na te­re­nie An­glii, zy­sku­jąc póź­niej co­raz więk­sze gro­no fa­nów, zwłasz­cza gdy wy­sta­wy prze­kształ­co­no w ma­ka­brycz­ne fe­sti­wa­le cyr­ko­we. „Mro­żą­ce krew w ży­łach” roz­ryw­ko­we ma­chi­ny we­so­łe­go mia­stecz­ka w po­sta­ci rol­ler­co­aste­rów i na­wie­dzo­nych do­mów też nie są ni­czym no­wym – wy­so­kie oblo­dzo­ne ram­py, po któ­rych śli­zga­no się z wiel­ką pręd­ko­ścią, by­ły do­me­ną XVII-wiecz­nej Ro­sji, a pierw­szy po­wszech­nie zna­ny „sy­mu­lo­wa­ny” haun­ted ho­use po­ja­wił się bli­sko 100 lat te­mu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Zresz­tą po co wy­my­ślać, sko­ro na ca­łym świe­cie ist­nie­je mul­tum opusz­czo­nych lo­ka­cji, do któ­rych każ­de­go ro­ku zjeż­dża­ją się ty­sią­ce „piel­grzy­mów” w ce­lu do­świad­cze­nia pa­ra­nor­mal­nej mo­cy miej­sca, o czym do­bit­nie świad­czy m.in. przy­kład ame­ry­kań­skie­go Ami­ty­vil­le.

kreska.jpg

cytat.jpg

Idzie­­my do ki­­na, aby po­­czuć at­mo­s­fe­­rę prze­­ra­­że­­nia i wraz z bo­­ha­­te­­ra­­mi prze­­żyć chwi­­le gro­­zy, a po­­tem ma­­cha­­my rę­­ką twie­r­dząc, że „to ty­l­ko film” – bo­­i­my się za­­tem w świe­­cie fi­k­cji, by w bez­­pie­cz­ny spo­­sób do­­świa­d­czyć stra­­chu i nie bać się już
w tym re­al­nym


Pa­ra­doks przy­jem­no­ści
Wszyst­ko za­tem, co po­nie­kąd wy­kra­cza po­za to, co em­pi­rycz­ne i ob­wa­ro­wa­ne na­tu­ral­ny­mi pra­wa­mi, wy­da­je się zło­wro­gie, bu­dząc w nas po­czu­cie tr­wo­gi i prze­ra­że­nia. Sko­ro więc strach jest na­tu­ral­ną re­ak­cją na czy­ha­ją­ce wo­kół nie­bez­pie­czeń­stwo, dla­cze­go sa­mi go ge­ne­ru­je­my i w do­dat­ku spra­wia nam to przy­jem­ność? Po­mi­ja­jąc sze­reg re­ak­cji o podło­żu psy­cho­lo­gicz­no-bio­lo­gicz­nym (tzw. trans­fer po­bu­dze­nia po­le­ga­ją­cy na przej­ściu od wzro­stu ad­re­na­li­ny wy­wo­ła­ne­go groź­ną sy­tu­acją do spo­tę­go­wa­ne­go uczu­cia ulgi, któ­re­mu to­wa­rzy­szy wy­dzie­la­nie się „hor­mo­nów przy­jem­no­ści”, gdy sy­tu­acja po­wra­ca do sta­nu po­przed­nie­go), tkwi w tym pew­na za­gwozd­ka, któ­rą ame­ry­kań­ski fi­lo­zof No­ël Car­roll okre­ślił „pa­ra­dok­sa­mi uczuć” – przy­krych i ob­mier­z­łych, a jed­no­cze­śnie tak roz­kosz­nych. Jak stwier­dził sam Car­roll, łą­cze­nie prze­ciw­staw­nych so­bie „ele­men­tów przy­cią­ga­nia i od­strę­cza­nia” jest przy­pi­sa­ne ludz­kiej na­tu­rze od da­wien daw­na i w naj­do­sko­nal­szy spo­sób speł­nia się w jed­nym z głów­nych fi­la­rów „kul­tu­ry stra­chu”, czy­li hor­ro­rze.


Po co ko­mu hor­ror?
Ki­no gro­zy od­po­wia­da na na­tu­ral­ne za­po­trze­bo­wa­nie czło­wie­ka na ma­ka­brę i po­zwa­la re­ali­zo­wać „kr­wa­we fan­ta­zje” w bez­piecz­ny spo­sób, się­ga­jąc nie tyl­ko do pry­mi­tyw­nych in­stynk­tów, ale i do naj­ciem­niej­szych za­ka­mar­ków na­sze­go „je­ste­stwa”. Bo czy nie ozna­cza to, że oglą­da­my „ma­sa­krę pi­łą me­cha­nicz­ną” po to, aby… nie ro­bić te­go w rze­czy­wi­sto­ści? Nikt się do te­go nie przy­zna, ale od­po­wiedź, któ­rą da­je psy­cho­ana­li­za, wska­zu­je jed­no­znacz­nie na to, że na hor­rory cha­dza­my po to, aby prze­żyć ka­thar­sis i uwol­nić z we­wnętrz­nych de­mo­nów. Praw­da-li to czy nie, fak­tem jest, że pod­czas ma­ka­brycz­nych se­an­sów bu­dzi się w nas coś w ro­dza­ju „nie­groź­ne­go stra­chu”. Idzie­my do ki­na, aby po­czuć atmosfe­rę prze­ra­że­nia i wraz z bo­ha­te­ra­mi prze­żyć chwi­le gro­zy, a po­tem ma­cha­my rę­ką twier­dząc, że „to tyl­ko film”. Bo­imy się za­tem w świe­cie fik­cji, by w bez­piecz­ny spo­sób do­świad­czyć stra­chu i nie bać się już w tym re­al­nym. Jed­nak sko­ro hor­ror przy­wo­łu­je obec­ne od za­ra­nia dzie­jów lę­ki – przed śmier­cią, de­struk­cją, prze­kra­cza­niem ludz­kich ogra­ni­czeń i świa­tem, któ­re­go ra­cjo­nal­nie nie da się zro­zu­mieć – to dla­cze­go zo­stał wpi­sa­ny w sfe­rę roz­ryw­ki?


Ma­ka­brycz­ne przy­jem­no­ści
We­dług ba­dacz­ki ki­na Lin­dy Wil­liams, hor­ror na­le­ży do krę­gu ga­tun­ków okre­śla­ne­go mia­nem bo­dy gen­res, czy­li tych wy­wo­łu­ją­cych okre­ślo­ne re­ak­cje fi­zjo­lo­gicz­ne. I tak jak za­no­si­my się pła­czem oglą­da­jąc ckli­wy me­lo­dra­mat lub od­czu­wa­my po­bu­dze­nie sek­su­al­ne pod­czas por­no­gra­ficz­ne­go se­an­su, tak hor­ror wy­zwa­la w nas strach, po­wo­du­jąc szyb­sze bi­cie ser­ca, ciar­ki na ple­cach i „gę­sią skór­kę”. W od­bio­rze fil­mu gro­zy tkwi pe­wien oso­bli­wy ele­ment „nie­zdro­wej fa­scy­na­cji”, po­dob­nej te­mu, gdy mi­mo tr­wo­gi i obrzy­dze­nia przy­glą­da­my się wy­pad­kom dro­go­wym. Przy­jem­ność spra­wia nam do­świad­cze­nie efek­tu nie­sa­mo­wi­to­ści, a po­ko­ny­wa­nie stra­chu pod­czas oglą­da­nia kr­wa­wych scen do­star­cza jesz­cze więk­szej ucie­chy ra­zem z eu­fo­rycz­nym do­zna­niem po za­koń­cze­niu se­an­su: „łał, to by­ło osza­ła­mia­ją­ce!”. Ten spe­cy­ficz­ny ro­dzaj roz­ko­szy mo­że zo­stać jed­nak szyb­ko zbu­rzo­ny, gdy świat nie wra­ca do pier­wot­nej har­mo­nii lub gdy pew­ne gra­ni­ce per­cep­cji ma­ka­bry zo­sta­ną na­ru­szo­ne. Ko­niec koń­ców widz za­miast pod­bu­do­wać się hap­py en­dem wy­cho­dzi z ki­na z trau­mą i do koń­ca ży­cia boi się za­glą­dać w no­cy pod łóż­ko. Lub ina­czej – je­den na wspo­mnie­nie ob­mier­z­łej gę­by po­two­ra dłu­go bę­dzie trząść por­t­ka­mi ze stra­chu, a dru­gie­mu żni­wa gro­te­sko­we­go mon­strum wy­da­dzą się zwy­kłą kro­to­ch­wil­ną frasz­ką. Wszyst­ko bo­wiem za­le­ży od pre­dys­po­zy­cji i/lub pre­fe­ren­cji oglą­da­ją­ce­go.


horror pleasures.jpg


Hor­ror se­ekers – hor­ror voy­eurs
Każ­dy z nas mniej lub bar­dziej wcią­ga się w „gry ze stra­chem” i pod­da­je uro­kom „lę­ku kon­tro­lo­wa­ne­go”. Tzw. sen­sa­tion se­ekers, czy­li oso­by po­szu­ku­ją­ce moc­nych wra­żeń po to, by spra­wić so­bie fraj­dę, czę­ściej sta­ją się ma­nia­ka­mi hor­ro­rów wy­szu­ku­jącymi w ra­mach ga­tun­ku fil­mów, któ­re ope­ru­ją co­raz to wy­myśl­niej­szy­mi środ­ka­mi „stra­sze­nia”. Niek­tó­rzy bar­dziej niż in­ni wczu­wa­ją się w sy­tu­ację bo­ha­te­ra, któ­re­mu za­gra­ża nie­bez­pie­czeń­stwo i z za­par­tym tchem śle­dzą je­go lo­sy jak­by by­ły one ich udzia­łem. W za­leż­no­ści od stop­nia iden­ty­fi­ka­cji z pro­ta­go­ni­stą al­bo ser­ce nam bi­je szyb­ciej, al­bo po­pa­da­my w znu­że­nie, co też wią­że się z tym, jak bar­dzo na ekra­nie od­bi­ja­ją się na­sze wła­sne nie­po­ko­je. Z ko­lei in­ni na­bie­ra­ją dy­stan­su i z punk­tu wi­dze­nia „pod­glą­da­cza” ob­ser­wu­ją ak­cję, pod­po­wia­da­jąc od cza­su do cza­su bo­ha­te­ro­wi: „nie idź tam, bo czy­ha zło!”. Voy­eu­ryzm, któ­re­mu tak na­praw­dę pod­da­je­my się wszy­scy pod­czas oglą­da­nia fil­mów, peł­ni więc istot­ną ro­lę w czer­pa­niu przy­jem­no­ści z ro­sną­ce­go na­pię­cia czy też ma­ka­brycz­nych sce­nek. W koń­cu jed­nak naj­waż­niej­szym mo­ty­wem łą­czą­cym wszyst­kie „przy­jem­no­gen­ne” sche­ma­ty jest sam aspekt wspól­no­to­wo­ści oglą­da­nia hor­ro­rów – nie tyl­ko bo­wiem czu­je­my się bez­piecz­niej, ale i sam se­ans spra­wia nam więk­szą sa­tys­fak­cję, spa­ja­jąc przy tym wię­zi spo­łecz­ne.


Sta­re stra­chy nie ta­kie dziś już strasz­ne?
Jak wia­do­mo, to, co kie­dyś stra­szy­ło wi­dzów, nie­ko­niecz­nie dziś speł­nia swo­ją funk­cję. Z po­cząt­ku sa­me me­cha­ni­zmy ki­na bu­dziły strach, jak po­ka­zu­je słyn­na już le­gen­da miej­ska o ucie­ka­ją­cych w po­pło­chu przed pę­dzą­cym po­cią­giem uczest­ni­ków se­an­su Wjazd ko­lei na sta­cję w La Cio­tat (1895) bra­ci Lu­mi­ère. Za pierw­sze fil­my w kli­ma­cie ki­na gro­zy uzna­je się dzie­ła nie­miec­kie­go eks­pre­sjo­ni­zmu fil­mo­we­go, a tak­że te po­wsta­łe na fa­li „ki­na mon­strów”, czy­li wszel­kich moż­li­wych wa­ria­cji zwią­za­nych z mo­ty­wem wam­pi­ra, zom­bie, mu­mii, wil­ko­ła­ka, mu­tan­ta etc. W la­tach 50. stra­szy­ły obra­zy wy­twór­ni Ham­mer, od­waż­nie łą­czą­ce kon­wen­cje scien­ce-fic­tion z ele­men­ta­mi ma­ka­bry i sek­su, a hor­ro­ry lat 60. prze­nio­sły na ekran ta­kie te­ma­ty, jak sa­ta­nizm, ka­ni­ba­lizm, de­mo­nicz­ne dziec­ko czy też od­wet sił na­tu­ry. W ko­lej­nych de­ka­dach na­stą­pi­ła eks­plo­zja fil­mów z krę­gu „hor­roru cie­le­sne­go” – m.in. sla­she­ry, go­re, tor­tu­re porn – wszyst­kie sku­pia­ły się wła­ści­wie na jed­nym aspek­cie, czy­li de­struk­cji cia­ła w nie­zli­czo­nych wręcz, a z cza­sem tak­że co­raz bar­dziej ku­rio­zal­nych, wa­rian­tach. Rów­no­le­gle roz­wi­jał się hor­ror oso­bo­wo­ści z Hitch­coc­kow­ską Psy­cho­zą (1960) w ro­li sztan­da­ro­we­go dzie­ła pod­ga­tun­ku. Z jed­nej stro­ny mie­li­śmy za­tem zło po­cho­dzą­ce ze świa­ta ze­wnętrz­ne­go lub po­nadna­tu­ral­ne­go, a z dru­giej to czy­ha­ją­ce w człowie­ku; z jed­nej hor­ro­ry ope­ru­ją­ce su­spen­sem i tym sa­mym ba­lan­su­ją­ce na gra­ni­cy thril­le­ra, a z dru­giej epa­tu­ją­ce ma­ka­brą i eks­pre­syj­ny­mi sce­na­mi prze­mo­cy. Dziś więk­szość hor­ro­rów mi­nio­ne­go wie­ku (oczy­wi­ście z kil­ko­ma wy­jąt­ka­mi) wy­da­je się jed­nak dość ana­ch­ro­nicz­na i nie bu­dzi gro­zy jak kie­dyś. Bo ko­go obec­nie „ru­sza” po­stę­ku­ją­ce mon­strum Fran­ken­ste­ina lub wy­mio­tu­ją­ca stru­mie­niem zie­lo­nej fleg­my opę­ta­na dziew­czyn­ka?


„Wszyst­ko, co zo­ba­czy­cie, zda­rzy­ło się na­praw­dę…”
Hor­ro­ry ma­so­wo stra­szy­ły więc do cza­su, aż wy­ła­żą­ca spod ekra­no­wych zda­rzeń fik­cja za­czę­ła ra­zić sztucz­no­ścią. W do­bie ery, w któ­rej na każ­dym kro­ku bom­bar­do­wa­ni je­ste­śmy wi­zja­mi prze­mo­cy, a ca­ła rze­czy­wi­stość wo­kół skła­da się ze „szkla­nych ekra­nów”, zwy­czaj­nie uod­por­ni­li­śmy się na ki­no­we stra­szy­dła. Prze­mysł fil­mo­wy mu­siał za­tem wyjść na­prze­ciw ocze­ki­wa­niom co­raz to bar­dziej wy­ma­ga­ją­cych fa­nów fil­mu gro­zy i stwo­rzyć no­wą for­mu­łę ga­tun­ku. I tak oto zro­dził się hor­ror w kon­wen­cji pa­ra­do­ku­men­tal­nej, sty­li­zo­wa­ny na fo­und fo­ota­ge, który stał się wkrót­ce odręb­nym for­ma­tem. Ma­my więc chwyt „zna­le­zio­nej ta­śmy fil­mo­wej”, któ­rej za­war­tość po­ka­zy­wa­na jest wi­dzom ja­ko au­ten­tycz­ny ma­te­riał na­gra­ny przez uczest­ni­ków ma­ka­brycz­nych zda­rzeń. Spo­pu­la­ry­zo­wa­ny przez kul­to­wy już Bla­ir Witch Pro­ject (1999, Da­niel My­rick, Edu­ar­do Sán­chez) – choć nie spo­sób nie wspo­mnieć tu o Can­ni­bal Ho­lo­caust Rug­ge­ro De­oda­to z 1980 ro­ku ja­ko istot­nym pre­kur­so­rze – świę­ci dziś try­um­fy na ekra­nach kin ja­ko hor­ror, któ­ry „prze­ra­zi cię na śmierć”. Na czym po­le­ga ma­gia fil­mów, ta­kich jak Rec (2007, Jau­me Ba­la­gu­eró, Pa­co Pla­za) czy Pa­ra­nor­mal Ac­ti­vi­ty (2007, Oren Pe­li)? Si­ła ich od­dzia­ły­wa­nia tkwi w wia­ry­god­no­ści ma­te­ria­łu pod­po­rząd­ko­wa­ne­go za­sa­dom praw­do­po­do­bień­stwa. Tri­ki jak chwiej­na ka­me­ra z rę­ki, an­ga­żo­wa­nie na­tursz­czy­ków czy też uza­sad­nio­ne ak­cją cię­cia mon­ta­żo­we wpły­wa­ją na po­strze­ga­nie dzie­ją­cych się na ekra­nie wy­da­rzeń ja­ko ta­kich, któ­re fak­tycz­nie mia­ły miej­sce. A w mo­men­cie, w któ­rym za­czy­na­my wie­rzyć, że wiedź­my, zom­bie i nad­na­tu­ral­ne mo­ce rze­czy­wi­ście ist­nie­ją, opusz­cza­my bez­piecz­ną stre­fę „lę­ku kon­tro­lo­wa­ne­go” i… bo­imy się po­dwój­nie, nie ma­jąc prze­cież gwa­ran­cji, że w tym re­al­nym świe­cie nic nas nie za­sko­czy.


Sca­ry as hell!
Mi­mo upły­wu lat hor­ror ja­ko ga­tu­nek zda­je się za­tem nie sta­rzeć, odra­dza­jąc się w co­raz to wy­myśl­niej­szych od­sło­nach – a wszyst­ko po to, by wi­dzom „ba­ło się” le­piej. Obec­nie bra­ku­je nam te­go waż­ne­go ele­men­tu niebez­pie­czeń­stwa, któ­ry to­wa­rzy­szył na­szym przod­kom na każ­dym kro­ku – mu­si­my więc stwa­rzać go so­bie sa­mi, ale w ta­ki spo­sób, aby­śmy nie stra­ci­li po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa. Hor­ror, wy­zwa­la­jąc ten „ar­che­ty­picz­ny strach”, uka­zu­je coś, cze­go nie ogar­nia­my ro­zu­mo­wo i co prze­ra­ża nas, do­star­cza­jąc przy tym przy­jem­nych do­znań. I nie­waż­ne, czy wie­rzy­my w to, co dzie­je się na ekra­nie, czy nie (hor­ro­ry sa­ta­ni­stycz­ne by­ły­by wte­dy za­re­zer­wo­wa­ne tyl­ko dla chrze­ści­jan). Istot­na jest ro­la wy­obraź­ni, dzię­ki któ­rej fan­ta­sty­ka gro­zy, mi­mo ca­łej ma­ka­brycz­nej otocz­ki, sta­je się po­cią­ga­ją­ca i przy­no­si tak na­praw­dę „ku­pę ra­do­chy”.musująca tabletka.png

 

kreska.jpg

ZUZANNA LEWANDOWSKA
Ab­sol­went­ka fil­mo­znaw­stwa i te­atro­lo­gii na po­znań­skim UAM. Z bra­ku la­ku po­że­ra se­ria­le, a po­pkul­tu­ro­wą pap­kę chło­nie jak gąb­ka, usil­nie sta­ra­jąc się prze­two­rzyć ją na coś sen­sow­ne­go.

JULIAN ZIELONKA
Na co dzień spe­cja­li­sta od sprze­da­ży ziem­nia­ków i mar­che­wek, po no­cach nie­speł­nio­ny z pa­sji ry­sow­nik. Me­lo­man sie­dze­nia w do­mu, po­dzi­wia­nia di­no­zau­rów i czy­ta­nia ko­mik­sów. Te­go­rocz­ny ma­ra­toń­czyk.

Ta strona korzysta z plików cookie.