DO GÓRY

 

insta_cover.png

 

INSTAGRAMOWA POETYKA

MARTA STAŃCZYK KASIA MATYJASZEWSKA

Kie­dy drze­wa wciąż by­ły praw­dzi­we to na­zwa blo­ga pro­wa­dzo­ne­go przez Jes­se­’e­go Ri­chardsa, au­to­ra tzw. ma­ni­fe­stu fil­mów re­mo­der­ni­stycz­nych. De­kla­ra­cja „no­we­go au­ten­ty­zmu” w ki­nie nie spo­tka­ła się z szer­szym od­dźwię­kiem, od­bi­ja­jąc się echem o ty­le je­dy­nie, o ile dzi­wi­ła ko­lek­tyw­na wy­po­wiedź. Sam Ri­chards w pierw­szym punk­cie za­zna­czył, że ma­ni­fe­sty ar­ty­stycz­ne na­le­ży trak­to­wać z przy­mru­że­niem oka, gdyż sta­no­wią wy­raz ego­cen­try­zmu twór­ców. Dlate­go ar­ty­sta nie pre­ten­do­wał do wy­zna­cza­nia je­dy­nej słusz­nej for­my, a pró­bo­wał za­in­spi­ro­wać fil­mow­ców. Od 2008 roku roz­wój jed­nej „ap­p­ki” spra­wił, że ha­sła „an­ty-an­tysz­tu­ki” i przy­wró­ce­nia fil­mom pra­wa do nie­do­sko­na­ło­ści wy­chy­lą jesz­cze łby z pod­zie­mia.

insta.pngPo­ję­cie re­ali­zmu w fil­mie czę­sto przyj­mu­je kon­wen­cjo­nal­ną for­mę. „Wie­rzą­cy w rze­czy­wi­sto­ść” fil­mow­cy eks­plo­atu­ją tech­ni­kę ka­me­ry z rę­ki, na­zy­wa­ną rów­nież sha­ky-cam („dr­żą­ca ka­me­ra”) czy – przez mniej prze­bie­ra­ją­cych w sło­wach – vo­mit-cam (eu­fe­mi­stycz­nie: „ka­me­ra wy­wo­łu­ją­ca nud­no­ści”). Rze­czo­ny pa­ra­do­ku­men­ta­lizm te­go za­bie­gu co­raz go­rzej oby­wa się bez pre­fik­su „pa­ra-”, za­mie­nia­jąc efekt au­ten­ty­zmu w or­na­ment. Co cie­ka­we jed­nak, ope­ra­to­rzy czę­sto od­cho­dzą od od­po­wia­da­ją­ce­mu krę­ce­niu z rę­ki „za­bru­dzo­ne­go” re­ali­zmu fo­to­gra­fii snap­sho­to­wej, w któ­rej błąd jest war­to­ścią. Prze­ko­na­nie, że do­sko­nal­sze, „ład­niej­sze” przed­sta­wie­nie rze­czy­wi­sto­ści mó­wi nam o niej wię­cej, jest tak po­wszech­ne, że au­tor­ski rys ustę­pu­je przy­spie­sza­ją­cej pro­duk­cję stan­da­ry­za­cji. Wzo­rzec pro­duk­tom rze­ko­mo re­ali­stycz­nym za­pew­nia jed­na nie­po­zor­na apli­ka­cja – cie­szą­cy się du­żą po­pu­lar­no­ścią In­sta­gram.

Po­łą­czo­na z ser­wi­sem spo­łecz­no­ścio­wym „ap­p­ka” róż­ni się od daw­niej po­pu­lar­nych fo­to­blo­gów czy fot­ki.pl przede wszyst­kim szyb­ko­ścią nie tyl­ko pu­bli­ka­cji, ale moż­li­wo­ścią obrób­ki. W po­przed­nim nu­me­rze „FUSSa” o jej za­le­tach prze­ko­ny­wa­li człon­ko­wie Gru­py Mo­bil­nych, a kie­dy Sta­ny Zjed­no­czo­ne by­ły pu­sto­szo­ne przez hu­ra­gan San­dy, z kon­ta na In­sta­gramie ko­rzy­sta­li na­wet fo­to­re­por­te­rzy "New York Ti­me­sa". I nic w tym zdroż­ne­go czy uwła­cza­ją­ce­go. Wie­rzę, że bły­ska­wicz­na es­te­ty­za­cja zdjęć swo­ich po­sił­ków, bu­tów czy chmur wi­dzia­nych z okien miesz­ka­nia na dzie­sią­tym pię­trze nie jest je­dy­nym za­sto­so­wa­niem (nie)sław­nych fil­trów, jed­nak zde­cy­do­wa­na więk­szość wy­bie­ra dro­gę na skró­ty. Epi­de­mia ar­ty­stycz­nej ła­twi­zny roz­prze­strze­nia się tak­że w fil­mie. Jed­nak po­pu­li­stycz­na za­ra­za nie przy­bie­ra po­nu­rych barw czar­nej śmier­ci czy czer­wo­ne­go mo­ru. In­sta­gramowa es­te­ty­ka ko­lo­ry­zu­je czę­sto za­rów­no styl, jak rów­nież opo­wia­da­ne hi­sto­rie. In­fan­ty­li­zu­je je nie­ja­ko, upu­pia. Ale do­da­je sło­necz­nych pro­mie­ni, głę­bi, in­ten­syw­no­ści. Filtr: Lo-fi. #ar­cy­dzie­lo #na­tu­ral #pro­sto­na­sun­dan­ce

insta2.png

Bo po­mi­ja­jąc te­le­dy­ski La­ny Del Rey i in­nych Mum­for­dów czy po­my­sły pol­skich ope­ra­to­rów, za­fa­scy­no­wa­nych ste­reo­ty­po­wy­mi zdję­ciami w in­sta­gra­mo­wym sty­lu (przy­kła­do­wo Fa­cet (nie)po­trzeb­ny od za­raz [2014, We­ro­ni­ka Mi­go­ń] mógł­by za­stą­pić „fa­ce­ta” w ty­tu­le „m­łyn­kiem do ka­wy”), wła­śnie fe­sti­wal Sun­dan­ce zda­je się jak ma­gnes przy­cią­gać „fil­my z fil­tra­mi”. Owe fil­try na In­sta­gra­mie ma­ją nadać zdję­ciom spe­cy­ficz­ną au­rę, ale ana­lo­gicz­ną po­ety­kę sto­su­je się co­raz czę­ściej na pla­nie fil­mo­wym. Ce­lem jest osią­gnię­cie spe­cy­ficz­ne­go efek­tu czy na­stro­ju zdjęć – ro­man­tycz­ne­go, no­stal­gicz­ne­go i/lub epi­fa­nicz­ne­go. Bo wła­śnie do­świad­czeń na gra­ni­cy epi­fa­nii zda­ją się do­świad­czać bo­ha­terowie wie­lu dzieł z met­ką „Sun­dan­ce” na­wet wte­dy, kie­dy prze­cho­dzą przez jezd­nię. Zdję­cia wśród kło­sów zbóż w świe­tle chy­lą­ce­go się ku za­cho­do­wi słoń­ca? Są Kró­lo­wie la­ta (2013, Jor­dan Vogt-Ro­berts), w któ­rych na­sto­let­nia mi­łość tłu­ma­czyć mo­że w ja­kiś spo­sób ki­czo­wa­te uję­cie. Pa­trzą­cą przez ra­mię mło­dą dziew­czy­ną z re­flek­sa­mi świa­tła we wło­sach zna­leźć moż­na cho­ciaż­by Cu­dow­nym tu i te­raz (2013, Ja­mes Pon­soldt), czy­li ko­lej­nej opo­wie­ści o mło­dych, za­gu­bio­nych lu­dziach oraz nie­doj­rza­łych twór­cach. Świetl­na or­gia za­mie­nia­ją­ca uję­cie w po­kaz zim­nych ogni roz­po­czy­na Be­stie z po­łu­dnio­wych kra­in (2012, Benh Ze­itlin), w któ­rych na­wet bie­da sta­je się ma­gicz­na. Me­lan­cho­lia i re­flek­sja tak obez­wład­nia­ją­ce — i wy­raź­nie ma­lu­ją­ce się na twa­rzy — że świat ze­wnętrz­ny prze­sta­je ist­nieć, zna­czą­co roz­ma­zu­jąc się w tle to rów­nie czę­sty syn­drom. Bo­ha­ter­ka mu­si mieć pro­blem, prze­cież umó­wi­ła się na za­bieg abor­cji i pra­cu­je w Prze­cho­wal­ni nu­mer 12 (2013, De­stin Cret­ton), a in­ny bo­ha­ter pla­nu­je Za­bić czło­wie­ka (2014, Ale­jan­dro Fer­nán­dez Al­men­dras). I w koń­cu ulu­bio­ny ga­tu­nek post-Ma­lic­ko­wy, czy­li fil­my o tra­wie – kie­dy re­ży­ser w To the Won­der (2012) spa­ro­dio­wał sa­me­go sie­bie, nie prze­stał od­dzia­ły­wać na młod­szych twór­ców. Efekt? Ai­n’t Them Bo­dies Sa­ints (2013, Da­vid Lo­we­ry), w któ­rym zdję­cia są tak in­sta­gra­mo­we, że na­wet rze­czo­ne „stro­je z epo­ki” wy­da­ją się ra­czej hip­ster­skim sty­lem re­tro. Styl fil­trów za­do­mo­wił się zresz­tą na Po­łud­niu Sta­nów, Zjed­no­czo­nych w któ­rych pięk­no przy­ro­dy (od­po­wied­nio za­ak­cen­to­wa­ne) kon­tra­stu­je z mo­ral­ną de­gren­go­la­dą. Dzi­siaj co praw­da zde­le­ga­li­zo­wa­no nie­wol­nic­two, więc plan­ta­cje stra­ci­ły swój „ko­lo­ry­t” – jak w Znie­wo­lo­nym (2013, Ste­ve McQu­een) – ale za­wsze znaj­dzie się ka­zi­rod­czy, pe­do­fil­ski, sek­ciar­ski klan (jak w se­ria­lo­wym De­tek­ty­wie, 2014, stwo­rzo­ny przez Ni­ca Piz­zo­lat­to) lub nim­fo­man­ka, bru­tal­ny oprych i gej ucie­ka­ją­cy przed po­gar­dą do sa­me­go sie­bie w prak­ty­ki BDSM (Po­ku­sa, 2012, Lee Da­niels). Ca­łe to to­wa­rzy­stwo gra­su­je w peł­nym bla­sku po wspa­nia­le uwy­pu­klo­nych cu­dow­no­ściach „na­tu­ry”.

 

insta3.pngSło­wo „na­tu­ra” umiesz­czam w cu­dzy­sło­wie, gdyż w fil­mach tych nie od­naj­dzie­my wra­żeń zna­nych nam z co­dzien­ne­go do­świad­cze­nia. Na­tu­ra­lizm zo­stał po­gar­dzo­ny na­wet w fil­mach, któ­re ba­zu­ją na te­ma­tyce spo­łecz­no-oby­cza­jo­wej, czy­li z du­cha re­ali­stycz­nej. Ma być głę­biej, „i­na­cze­j”, więc roz­bu­cha­na for­ma rzu­ca się cie­niem – par­don, świa­tło­cie­niem – na mniej lub bar­dziej od­kryw­cze te­ma­ty, nie da­jąc im szan­sy na od­dech. W Hel­lio­nie (2014, Kat Can­dler) zmar­twie­niem na­sto­let­nie­go bo­ha­te­ra jest ko­niecz­ność wzię­cia od­po­wie­dzial­no­ści za młod­sze­go bra­ta – ale jak się mar­twić, jak wspó­łod­czu­wać z chłop­cem, kie­dy je­den kadr jest ład­niej­szy od dru­gie­go? A tak na­praw­dę wszyst­kie są po­dob­ne do sie­bie i do fil­mów in­sta­gra­mo­wych, ucie­ka­jąc od rze­czy­wi­sto­ści, któ­rą rze­ko­mo chcą przed­sta­wiać. Ar­gu­ment świa­ta we­wnętrz­ne­go czy kra­jo­bra­zu psy­chicz­ne­go też nie zda­je te­stu wia­ry­god­no­ści, po­nie­waż ko­niecz­na by­ła­by wte­dy su­biek­ty­wi­za­cja – nie tyl­ko spoj­rze­nia bo­ha­te­ra, ale tak­że twór­ców. Przez po­zo­ry ar­ty­stow­skiej in­dy­wi­du­al­no­ści prze­fil­tro­wu­ją oni smut­ny fakt o sa­mo­ogra­ni­cza­niu się i do­sto­so­wy­wa­niu do tren­du. Mi­mo głę­bi ostro­ści i na­sy­co­nych barw ich fil­my są zwy­kle pła­skie i pu­ste. To mi­go­czą­ce świe­ci­deł­ka, któ­re co­raz ła­twiej wy­pro­du­ko­wać, gdyż nie wy­ma­ga­ją re­flek­sji przy „o­pa­ko­wa­niu” hi­sto­rii.

Jes­se Ri­chards w swo­im ma­ni­fe­ście re­mo­der­ni­zmu wy­no­si na pie­de­stał błę­dy i nie­do­cią­gnię­cia ja­ko świa­dec­two szcze­ro­ści i mniej ste­ryl­ne­go po­dej­ścia do fil­mów. Za­przy­jaź­nie­ni z nim twór­cy rzad­ko re­ali­zu­ją fil­my, któ­re po­tem i tak nie prze­do­sta­ją się do szer­sze­go obie­gu przez swą un­der­gro­un­do­wość. Lecz tę­sk­no­ta za au­ten­ty­zmem w ki­nie po­win­na wy­do­stać się po­za ma­ni­fest gru­py. Mo­że za­miast ka­dro­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści za po­mo­cą klisz ze smart­fo­na za­ufa­ją po­now­nie swo­je­mu spoj­rze­niu. Efekt mo­że za­sko­czyć – a to już du­żo.musująca tabletka.png

kreska.jpg

MARTA STAŃCZYK
Studentka Uniwersytetu Jagielloń­skiego, filmo­znawca wannabe. Trochę ogląda, trochę czyta i trochę słucha, ponieważ marzy o zostaniu kulturalnym krakusem.

KASIA MATYJASZEWSKA
Absolwentka Wydziału Artystycznego UMCS w Lublinie oraz Lubelskiej Szkoły Sztuki i Projektowania. Zajmuje się projektowaniem graficznym i ilustracją. W wolnych chwilach fotografuje neony, podróżuję po Europie.

Komentarze






Captcha Code

Click the image to see another captcha.

Ta strona korzysta z plików cookie.