
NUMER 13 (4) SIERPIEŃ 2015 | "FOLWARK ZWIERZĘCY"
ZOFIA JAKUBOWICZ-PROKOP | AGNIESZKA GIERA![]()
W kwietniu bieżącego roku dystrybutor Drafthouse Films przypomniał amerykańskiej widowni zapomniany na wiele lat ewenement rodzimej kinematografii – Roar. Jego premiera miała miejsce w 1981 roku i wkrótce został uznany za najniebezpieczniejszy film w historii kina i za jedną z największych boxoffice’owych porażek. Produkcja, w trakcie której 70 członków ekipy poniosło ciężkie obrażenia, pochłonęła ponad 17 milionów dolarów, zarobiła niecałe 2 i do dziś spędza twórcom sen z powiek. Sama ilość historii i pogłosek związanych z Roar czyni z filmu dzieło fascynujące, jednak dopiero bezpośrednie starcie pozwala zrozumieć, jak szczególny jest to przypadek i że jego wartość nie leży jedynie w ekstrawagancji autorów i efektach ich pracy.
Zacznijmy od początku. Roar został wymyślony i wyreżyserowany przez Noela Marshalla, producenta Egzorcysty (1973, William Friedkin), i Tippi Hedren, odtwórczynię głównej roli w Ptakach (1963, Alfred Hitchcock). Będąc wówczas małżeństwem, postanowili stworzyć familijny film zaangażowany o rodzinie mieszkającej w domu pełnym dzikich kotów, na których los chcieli uwrażliwić widzów. Przygotowania do filmu zaczęli od sprowadzenia do swojego mieszkania w Los Angeles lwa, którego przyjacielska postawa zachęciła ich do adoptowania coraz większej liczby zwierząt i ostatecznej przeprowadzki do założonego przez nich Rezerwatu Shambala razem z ponad setką lwów, tygrysów, panter, jaguarów i kuguarów.
JAK OSWOIĆ DZIKIE KOTY?
Mieszkali w rezerwacie przez kilka lat i tam też powstała większość zdjęć do filmu. Praca nad Roar trwała ponad 10 lat i zmuszała do nieustannej zmiany i weryfikacji członków ekipy, którzy rezygnowali z udziału w projekcie z powodu ciągłych wypadków i ran odnoszonych w bardzo bezpośredniej konfrontacji ze zwierzętami. Ostatecznie produkcję udało się doprowadzić do końca, jednak w jej wyniku zdeterminowany Marshall naraził całą swoją rodzinę i współpracowników na utratę życia, a sam był hospitalizowany z powodu rozległej gangreny i ostatecznie wrócił do zdrowia dopiero po kilku latach od skończenia zdjęć.
Historia pod względem fabularnym i psychologicznym jest niezbyt skomplikowana. Hank (grany przez Marshalla) jest naukowcem – w wielkiej posiadłości w Afryce prowadzi komparatystyczne badania nad dzikimi kotami, które żyją razem z nim niczym w fantastycznej, rajskiej komunie. Trudną do zrozumienia harmonię od czasu do czasu przerywają walki o dominację, jednak Hankowi udaje się w miarę skutecznie wyperswadowywać swoim towarzyszom (nadmierny) rozlew krwi. Do Hanka przyjeżdża jego rodzina – żona (Hedren), córka (Melanie Griffith, dziecko Hedren z pierwszego małżeństwa) oraz dwóch synów (Jerry i John Marshall, czyli potomkowie reżysera), lecz nie zastają go w posiadłości. Muszą radzić sobie z kotami na własną rękę, co kończy się dobą panicznych ucieczek i innych prób ratunku przed potencjalnie śmiertelnie niebezpiecznymi drapieżnikami. W międzyczasie pojawia się również dwóch antagonistów, którzy próbują ukrócić absurdalny eksperyment: wystrzelić podopiecznych naukowca, przerobić cenne okazy na futra i przywrócić tradycyjny porządek. Szybko zostają jednak poskromieni przez jednego z lwów.
NOWI AUTORZY
Fabuła ma proekologiczny wydźwięk, ale pozostaje mało istotna. To, co najważniejsze, rozgrywa się właściwie poza zaplanowanym scenariuszem. Wszystkie sceny z udziałem zwierząt były improwizowane. Hedren i Marshall pozwolili działać zwierzętom wedle ich własnych zasad. Na planie obecni byli zwierzęcy psychologowie i wyszkoleni asystenci, ale wszystkie koty, choć wychowywane razem, nigdy, jak dowiadujemy się z początkowych napisów, nie zostały poddane tresurze.
I to właśnie jest tak bardzo fascynujące w Roar. Przez większość filmu to zwierzęta, znacznie przewyższające liczbą ludzkich aktorów, sprawują kontrolę nad obrazem, kamera powoli snuje się wokół ich przechadzek i zabaw. Większość scen, pozbawiona określonej akcji, to właściwie niezobowiązująca obserwacja ich zachowań, związków i reakcji na pojawiających się pośród nich ludzi. Te wyjątkowe i być może niemożliwe do powtórzenia warunki, jakie stworzyli na planie Hedren i Marshall, wydają się być – przynajmniej z perspektywy czasu – nie tylko głupim czy naiwnym kaprysem znudzonych filmowców, za co często oskarżano twórców, ale eksperymentem, jak mało który umożliwiającym jakąś międzygatunkową komunikację i nawiązanie bardziej realnych relacji ze zwierzętami.
DO KOGO NALEŻY RYK?
Oczywiście należy postawić tu parę ważnych pytań. Przede wszystkim, czy narracja, zbudowana głównie na sieci emocjonalnych (i fizycznych) więzi między bohaterami, dzięki takiej obecności zwierząt może zostać uznana za zrównoważoną, nieantropocentryczną? Znaczna jej część uzależniona była od mniej lub bardziej autonomicznych działań dzikich kotów, sama sytuacja i przestrzeń uwarunkowane były jednak głównie przez ludzi. Warto przy tym pamiętać, że spojrzenie widza, zapośredniczone poprzez kamerę, nigdy nie jest w pełni niewinne, a obraz zawsze zawiera w sobie jakiś element władzy nad tym, co przedstawia. Nawet kino przyrodnicze, zdawałoby się najprostsze, bo przedstawiające „prawdziwe” życie, buduje określoną narrację, która to życie ostatecznie warunkuje i narzuca mu określone ramy; w ekstremalnych przypadkach dokument może być bardziej polityczny niż fikcyjna opowieść, ponieważ wyraźnie definiuje przyrodę i rolę, jaką dzikość czy naturalność odgrywają wobec człowieka.
Roar nie jest ani dokumentem, ani reportażem, choć rzeczywiste doświadczenia aktorów i całej ekipy filmowej odgrywają ważną, o ile nie podstawową funkcję w wykreowanym obrazie. Ścisły związek z rzeczywistością i realnym przeżyciem podkreślony został zresztą przez aktorów – tych ludzkich i tych nie-ludzkich – którzy zagrali samych siebie i w trakcie zdjęć zmuszeni byli do ciągłych spontanicznych reakcji i odpowiadania na kolejne, niezaprojektowane konfiguracje. W ten sposób wykluczona została w dużym stopniu uporządkowana struktura, która mogłaby stać się narzędziem kontroli i interpretacji.
Wielkie koty, których dzikość nie może być rozumiana tradycyjnie z powodu ich bliskiego związku z otaczającymi ludźmi, miały mimo wszystko realny wpływ na produkcję, o czym najlepiej świadczy (choć, rzecz jasna, wzbudza również niechęć i niepokój) fakt, że przyczyniły się do tak licznych obrażeń i zmian na planie. Nie są jedynie kontekstem i tłem, nie są nawet bohaterem zbiorowym, bo każdy z nich daje w filmie wyraz swojej osobowości i podmiotowości. I to wydaje się być kluczem do zrozumienia i uznania wartości Roar. Nie ma niestety zbyt wielu źródeł dotyczących faktycznych warunków życia zwierząt – nie wiemy dokładnie, jak znosiły wspólne mieszkanie, co wynikło z mieszania gatunków ani czy istniały skutki chowu wewnętrznego. Wiemy natomiast, że wychowywały się i przez wiele lat żyły z Marshallem i Hedren, a po ukończeniu zdjęć nadal żyły w Shambali, gdzie część z nich zmarła parę lat później w wyniku choroby, powodzi czy pożarów.
Lwy, tygrysy i jaguary nie są więc uosobieniem dzikości i nieokiełznanej natury, nie utożsamiają dzikiego lądu czy jakiegoś bliżej nieokreślonego zagrożenia, jak dzieje się w większości zachodnich fantazji o Afryce. Mówią za to same za siebie – przynajmniej o tyle, o ile jest to możliwe w obrazie filmowym. A jeśli Roar nie jest najlepszym przykładem zmagań z granicami takich możliwości, zapewne żaden inny film nigdy nie był i nie będzie. I chociaż brzmi to górnolotnie, być może powinniśmy porzucić próby stworzenia narracji oddającej głos zwierzętom.
TRUDY POROZUMIENIA
Radykalni teoretycy coraz częściej negują istnienie natury jako przestrzeni pozaludzkiej i uznają ją za całkowicie sztuczny twór kultury, która konstruuje autorytatywne opowieści wokół przyrody, definiuje ją i nazywa, odbierając jej głos i siłę sprawczą. Natura, za jaką ją uważamy, nie istnieje, ponieważ wszystko, co o niej wiemy i myślimy, jest ostatecznie zaledwie fantazją. Reprezentacja przyrody zawsze będzie czymś wymyślonym i zapośredniczonym ludzką perspektywą; film zawsze pozostanie jakąś nadbudową względem rzeczywistości i prawdopodobnie nawet obraz mojego kota, nagrany jeden do jednego i niezmodyfikowany, będzie niósł ze sobą echo symbolicznych znaczeń, które narastały wokół zwierzęcia w miarę rozwoju kulturowych wyobrażeń i mitów.
Słynne twierdzenie Wittgensteina tłumaczy, że nawet gdyby lew mówił, nie moglibyśmy go zrozumieć. Język, ściśle zresztą związany z obrazem, stanowi największą przeszkodę, co przyczyniło się do klęski Roar. Nieumiejętność komunikacji i zrozumienia przyczyniły się do tragicznych skutków i na planie filmowym, i w samym filmie, gdzie najgorzej kończą ci, którzy ulegają swoim wyobrażeniom na temat drapieżnych bestii i uznają ich obecność za prowokację do walki o granice człowieczeństwa.
W jednej z ostatnich scen (nie zdradzam wiele, bo radosne zakończenie łatwo przewidzieć) rodzina głównego bohatera budzi się po ciężkiej nocy w pomieszczeniu pełnym śpiących zwierząt. Lwy, których jest tam najwięcej, przytulają się przez sen do ludzi, a kiedy dostrzegają, że się obudzili, próbują się z nimi bawić. Okazuje się, że to, co napędza koty, nie jest żądzą mordu i głodem, ale ciekawością i chęcią nawiązania relacji. By rodzina to zrozumiała, nieodzowny okazuje się bliski, fizyczny kontakt – właściwie pozbawiony językowej obudowy, która zmuszała ich wcześniej do strachu i ucieczki, pozbawiony bagażu uprzedzeń spod znaku zachodnich dychotomii. Ten kontakt zrównuje ze sobą wszystkich bohaterów, pozbawia ludzi władzy symbolicznej, a zwierzęta władzy strachu i uniemożliwia dalszą walkę.
Oczywiście nie ukrywajmy, historia opowiedziana w Roar jest naiwna (kontrast między zakończeniem filmu a zakończeniem zdjęć jest wystarczająco jaskrawy), ale tam, gdzie zanika akcja, uwydatnia się potencjał obrazu, by pokazywać bardziej sprawiedliwą współobecność ludzi i zwierząt. Dla Wittgensteina porozumienie w języku nie jest możliwe, ale nie musi to oznaczać, że jest nierealne w ogóle. Mimo wszystko język da się stłumić, tworząc w ten sposób przestrzeń na inne, milczące porozumienie, nieodbierające nikomu głosu. To ono, przynajmniej w Roar, pełni funkcję zasadniczą.![]()
![]()
ZOFIA JAKUBOWICZ-PROKOP
Zaangażowana studentka kulturoznawstwa i filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Interesuje się kinem w każdym jego aspekcie, ale jej głównym polem działania pozostaje literatura. Od dwóch lat zajmuje się obecnością zwierząt w kulturze. W czasie wolnym od studiowania pisze i publikuje prozę na swoim blogu Smoła.
AGNIESZKA GIERA
Absolwentka malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Interesuje się między innymi astronomią, surrealizmem i muzyką elektroniczną, w swoich pracach wykorzystuje motyw zarówno marzeń sennych, jak i temat współczesnych mediów czy gier komputerowych.