
NUMER 11 (2) MARZEC 2015 | "DOM STRACHÓW"
MARTA PŁAZA | KATARZYNA DOMŻALSKA![]()
Są twórcy otoczeni kultem mimo bycia ofiarami powszechnego szyderstwa. Są filmy uwielbiane pomimo jakości wołającej o pomstę do nieba. Są chwile w historii kinematografii, kiedy bohaterem popkultury zostaje artysta rzekomo do tego niepowołany. Poznajcie Eda Wooda – reżysera wyśmiewanego i odrzucanego, który na przekór wszystkim nie dał się wyrzucić z kart historii kinematografii.
Jest rok 1953. Dziki i wbity w skórzaną kurtkę Marlon Brando łamie niewieście serca, Audrey Hepburn wyjeżdża na Rzymskie wakacje z Gregorym Peckiem, a Marylin Monroe przekonuje, iż Mężczyźni wolą blondynki oraz uczy, Jak poślubić milionera. Kino głównego nurtu nadal było kontrolowane przez Kodeks Haysa. Piętnował on m.in. wszelkie przejawy wyuzdanej erotyki, zmuszając twórców do zepchnięcia tych tematów między przysłowiowe wiersze. Obostrzenia te zdeterminowały kształt kinematografii niemal do końca lat 50., podporządkowując ją konserwatywnej wizji świata. Rzutowało to także na wizerunek płci: mężczyzna miał być dżentelmenem, kobieta miała czarować wdziękiem i urokiem osobistym.
W końcu pojawił się człowiek, który chciał coś zmienić. Ed Wood przeciwstawił się tendencyjnym obrazom płciowości, według których kobieta była jedynie obiektem do podziwiania, a to mężczyzna władał spojrzeniem. Zacierając granice płci i przekonując, iż nasza tożsamość kulturowa może się różnić od tej biologicznej, stworzył dzieło, które mimo swoich licznych niedoskonałości, jest znakomitym przykładem wczesnego kina queer. Glen czy Glenda to historia transwestyty (zagranego przez samego reżysera), który za pomocą specyficznej charakteryzacji raz wciela się w rolę kobiety, innym razem – mężczyzny. Trudno jednak mówić tutaj o jakiejkolwiek fabule, jako że film miał charakter niemalże poradnika uświadamiającego konserwatywne społeczeństwo o istnieniu zjawiska, które wówczas było jeszcze czymś szokującym. Postać naukowca (w tej roli niezapomniany Bela Lugosi), który objaśniał widzom biologiczne uwarunkowania transwestytyzmu, czy scena przedstawiająca operację zmiany płci oraz życie „po” – to dowody na to, że nie tylko takie osoby żyją, ale i niekoniecznie mają się dobrze w otaczającym je świecie.
Pierwszy ważny film Wooda był dziełem w pewnym sensie autobiograficznym, bowiem jak się okazało, sam twórca odczuwał pociąg do damskich fatałaszków. Poza tym Glen czy Glenda jest jednym z naprawdę nielicznych dowodów na to, że ambicje reżysera nie kończyły się jedynie na historiach o zombie i UFO, a interesowało go również tworzenie kina zaangażowanego społecznie. Transgresyjne dzieło, które niosło przesłanie tolerancji i zrozumienia dla jednostek transpłciowych, nie mogło jednak spotkać się z uznaniem widowni, która wierna była tradycyjnym podziałom na to, co męskie, i co kobiece. Z perspektywy dnia dzisiejszego, kiedy to popkultura zdołała na szereg różnych (i lepszych!) sposobów przepracować problem tożsamości płciowej, film Wooda, mimo szczytnych zamiarów, wydaje się tylko komedią. Glen czy Glenda to dzieło niezwykle statyczne (co wynikało ze skrajnie ograniczonego budżetu), pełne pretensjonalnych dialogów i manierycznego aktorstwa, którym popisał się nawet Bela Lugosi, zdający się wciąż żyć w skórze Draculi. Wszystkie te czynniki sprawiły, iż dzieło Wooda, aspirując do wysokiej ligi, stało się jej najprawdziwszą karykaturą. Chociaż – w przeciwieństwie do późniejszych filmów reżysera – zasłużyła na swoje (niechlubne) miejsce w historii.
Z każdym kolejnym obrazem Wood zapracowywał sobie coraz bardziej na miano „najgorszego reżysera wszech czasów”, które miało mu zapewnić przewrotną sławę po śmierci. Narzeczoną potwora (1954) zainicjował serię horrorów oscylujących wokół zagadnienia tajemniczych sił. Wykorzystał tym samym trend lat 50. na horrory SF, opowiadające o inwazjach z kosmosu i niezwykłych istotach. Lęk przed nieznanym wybrzmiał u niego jednak w skrajnie kampowej formie. Zarówno Narzeczona potwora, jak i kolejny „hit”, Noc upiorów (1959), podejmują uwielbiany przez Wooda wątek szalonych naukowców i eksperymentów na ludziach. Twórca w ten sposób podejmuje się próby autorskiej reinterpretacji tematyki cielesności, która w horrorze odgrywa niebagatelną rolę (czego dowód stanowi doprowadzony do perfekcji przez Davida Cronenberga body horror). Boimy się okaleczeń czy chorób, a lęki te w horrorze ubrane zostają w formułę gatunkową.
Narzeczona potwora opowiada o próbach stworzenia za pomocą energii atomowej nadludzi, natomiast Noc upiorów to historia o przywracaniu do życia umarłych. W Narzeczonej… ponownie widzimy Belę Lugosiego w roli reprezentanta świata nauki. Tym razem jest on doktorem Vornoffem, który wraz ze swym asystentem zamierza przeprowadzić eksperyment na porwanych osobach. Obaj bohaterowie uosabiają fascynację Wooda postępem naukowo-technicznym. Powiązanie nowych medycznych wynalazków z estetyką horroru zaowocowało dziełem nieco archaicznym, w którym aura tajemnicy blednie w połączeniu z niewprawnym warsztatem reżyserskim. Diagnozując dynamiczny rozwój technologii, Wood interpretuje jednak otaczającą go rzeczywistość. To właśnie dzięki temu jego dzieła pozostają dziś nie tylko uroczymi koszmarkami, które oglądamy na alkoholowych posiadówach z grupą znajomych, ale również pewnym oknem na świat lat 50.
Noc upiorów z kolei jest filmem, który udowadnia, że Edward D. Wood Jr. interesował się nie tylko zachodzącymi na jego oczach zmianami społecznymi, ale i szeroko pojętym światem materii oraz duchowości. Niestety w obliczu braku reżyserskiego drygu i skrajnie ograniczonego budżetu, nawet najlepsze zamiary musiały spełznąć na niczym. Fabuła oscyluje wokół tematyki spirytystycznej. Dr Acula (aż żal, że tym razem w tej roli nie zobaczyliśmy Lugosiego) mieszka w domu na odludziu, gdzie trudni się wywoływaniem duchów. W rzeczywistości jest zwykłym oszustem, wykorzystującym cierpienie innych oraz ich tęsknotę za bliskimi. Pewnego dnia doktorowi udaje się jednak wskrzesić prawdziwych zmarłych, co ostatecznie obraca się przeciwko niemu. Woodowi po raz kolejny nie można odmówić przenikliwości. Premiera Nocy upiorów pokryła się w czasie z coraz śmielej wkraczającą na salony rewolucją obyczajową z jej newage’owymi zainteresowaniami. Zainteresowanie sprawami ducha stało się normą. Twórca wchodzi ze swoim filmem w nową erę, w której człowiek przestaje się skupiać jedynie na tym, co materialne. Szkoda tylko, że jak to w przypadku Wooda bywa, interesujący pomysł rozbija się o wykonanie. Reżyser nie uczył się na błędach, które stawały się przysłowiowym gwoździem do trumny. Dodatkowo na niekorzyść Nocy… przemawiał brak aktorów pokroju Beli Lugosiego, którzy mogliby swoją charyzmą udźwignąć wątłą intrygę ukutą przez Wooda, nadając jej nieco blasku.
Rzecz miała ulec zmianie jeszcze w tym samym roku. Plan dziewięć z kosmosu idealnie wpisywał się w klimat schyłku lat 50., który zdominowany został przez zainteresowanie podróżami kosmicznymi. Premiera Planu… to 1959 rok, jednakże już dwa lata wcześniej (od momentu wystrzelenia w przestrzeń kosmiczną sowieckiego Sputnika 1) między Stanami Zjednoczonymi a ZSRR rozpoczął się prawdziwy wyścig o to, kto szybciej osiągnie jak najwięcej na polu eksplorowania przestrzeni międzyplanetarnej.
Fascynacja ta przyjmuje typową dla Wooda formę. Oto małe miasteczko coraz częściej nawiedzane jest przez UFO. Zaciekawieni mieszkańcy postanawiają wybrać się na miejsce ich lądowania, którym jest… cmentarz! Tam okazuje się, że kosmici przybyli na Ziemię po to, aby wskrzeszać umarłych i zapanować nad ich umysłami. Dalekosiężnym planem przybyszów z kosmosu jest zaś pozbycie się wszystkich mieszkańców Ziemi. Dla dobra galaktyki.

Wood większą sympatię zdaje się żywić do kosmitów, do spółki z zombie, a nawet wampirami, próbującymi zawładnąć Ziemianami – którzy w prawdziwym świecie próbowali zawładnąć nimi. W jednej z ról mieliśmy tutaj ponownie zobaczyć Belę Lugosiego, jednak aktor zmarł po czterech dniach zdjęciowych. Zaangażowanie do kolejnych etapów produkcji prawie o głowę wyższego zastępcy jest doskonałym przykładem artyzmu Wooda. Sam film jest dziś uznawany za najbardziej znane dzieło twórcy, przypieczętowujące jego sławę najgorszego reżysera wszech czasów.
Czy zasłużenie? Ed Wood udowodnił banalną prawdę, że jeżeli czegoś bardzo chcemy, to w końcu to osiągniemy. Od najmłodszych lat będąc wielkim miłośnikiem X muzy, marzył o tym, aby dostać się do Hollywood. Pełen pasji i chęci tworzył jeden film za drugim, aby znaleźć się kiedyś w panteonie sław obok swojego mistrza – Orsona Wellesa, do którego zresztą lubił się porównywać. Paradoksalnie swój cel osiągnął, chociaż historia zapamiętała go w nieco inny sposób, niż pragnął.
Wood to dzisiaj symbol urokliwego retrokiczu, autor filmów, które oglądamy po to, aby pośmiać się z ich niedoskonałości i spojrzeć na ówczesny świat z nieco mniej znanej perspektywy. Otacza je nostalgia z powodu końca pewnej ery w kinematografii, co potęguje obecność Beli Lugosiego. Aktor będący kiedyś gwiazdą wielkiego formatu, występującą w dziełach, o których stworzeniu autor Planu dziewięć z kosmosu mógł tylko pomarzyć, zakończył swój artystyczny żywot w podrzędnych historyjkach swojego przyjaciela, będących przystanią dla jego podupadającej kariery. Ceną za możliwość grania, której nie chciał mu dać już nikt inny, stało się parodiowanie własnego wizerunku. Jest w historii tych mężczyzn smutna zależność, która tak świetnie wybrzmiała w biograficznym filmie Tima Burtona (Ed Wood, 1994 roku). Obydwaj oddali magii kina całe serce, choć ich uczucie zostało ostatecznie zdradzone. Bela Lugosi zmarł na planie filmowym, a życzenie, aby pochować go w stroju Draculi, wydaje się ostatnim krzykiem zza grobu, prośbą o to, by pamiętać o legendzie. Ed Wood do śmierci w 1978 roku zajmował się produkcją filmów pornograficznych i pisaniem do tanich czasopism publikujących opowiastki kryminalne i horrory. Jego prawdziwa kariera rozpoczęła się dwa lata później, kiedy to otrzymał Nagrodę Złotego Indyka dla najgorszego reżysera wszech czasów. Opinia ta ciągnie się za Woodem po dziś dzień, podtrzymując jego niesłabnącą popularność. Jak się okazuje, popkultura potrzebuje różnych bohaterów. Przede wszystkim takich, którzy na przekór wszystkim spełniali swoje marzenia.![]()
![]()
MARTA PŁAZA
Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa. Pasjonatka horrorów, od klasycznych po te dziwniejsze. Miłośniczka gór i kociego futra. Po godzinach marzy o podróży po Nowej Zelandii śladem Drużyny Pierścienia i wyjeździe do Nowego Jorku na festiwal filmów Tromy.
KATARZYNA DOMŻALSKA
Absolwentka kierunku Projektowanie Graficzne na ASP we Wrocławiu (2012). Na co dzień zajmuję się projektowaniem graficznym, ilustracją oraz animacją. Laureatka licznych konkursów. Obecnie freelancer.