
NUMER 20 (5) LISTOPAD 2016| "100% NATURAL"
Burning Man to festiwal sztuki, który balansuje na granicy absurdu, odrealnienia, zabawy i naturalnego piękna. Pod koniec sierpnia pustynia Black Rock w stanie Nevada przekształca się w dom dla 70 tysięcy ludzi. Zbudowany na planie koła w centralnym punkcie playi, wyschniętego dna jeziora, stoi drewniany Man, który w sobotę wieczorem zostanie spalony.
Na cały tydzień tworzy się wokół tej kukły tymczasowa społeczność, która funkcjonuje wedle 10 zasad. Najważniejsza z nich to szacunek dla innych i akceptacja. Fundamentem dobrego współżycia między burnerami, czyli uczestnikami imprezy, jest obopólna zgoda – nie robimy nic wbrew cudzej woli i wyraźnie wypowiedzianego „tak”.
Burnerzy wyrażają siebie w ekstremalny sposób. Na playi panuje postapokaliptyczna lub steampunkowa moda. Czasami na rowerze ktoś przejedzie nago lub w stroju błyszczącego jednorożca. Oprócz strojów ważny jest wehikuł, którym się poruszamy. Zwykłe samochody są zabronione. Za to „mutanty” – mile widziane. To jeżdżące absurdalne struktury pokroju mechanicznego byka, do którego odbytu możemy sobie wejść. A wszystko przy dźwiękach muzyki ryczącej z głośników i płomieniach buchających z miotaczy ognia. Przychodzi na myśl klimat najnowszego Mad Maxa (2015, George Miller), do którego dodane jest trochę tęczowej fantazji i nagości.
Burning Man obfituje w niesamowitą ilość zajęć. Czy to joga o wschodzie słońca, medytacja, warsztaty rozwoju osobistego, czy lekcje rzeźbiarstwa – wszystko odbywa się w ciągu dnia, a w nocy rozpoczynają się koncerty, które trwają do świtu i dłużej.
Jednakże nierzeczywistość Burning Mana, jego tempo i skala po kilku dniach mogą być przytłaczające i dziwne.
MIGAWKI Z BURNA
Do Black Rock City mam z Szymonem 7 godzin jazdy. Z trzema rowerami na dachu i samochodem zapakowanym do granic możliwości jedziemy drogą numer 447, która prowadzi w samo epicentrum festiwalu. Już z Gerlach, ostatnim miasteczku na trasie, widzimy wzbijające się wysoko na 100 metrów białe tumany kurzu.
- To na pewno tam – mówi Szymon.
Zjeżdżamy z asfaltowej drogi na białą, alkaliczną powierzchnię pustyni.

INTRO
Podjeżdżamy do metalowych budek przypominających przejście graniczne. Wychodzą nam naprzeciw greetersi, czyli wolontariusze odpowiedzialni za serdeczne przywitanie uczestników. To dwóch facetów w średnim wieku. Jeden z nich ma na sobie tylko srebrzyste majtałaski, żółte gogle i różową chustkę owiniętą wokół szyi, a drugi to rycerz ciemności w czarnym stroju i arafatce otulającej całą głowę, widać jedynie oczy.
- Welcome home – mówi facet w żółtych goglach, jednocześnie nas obejmując. – Byliście już na Burning Manie?
- Nie, to nasz pierwszy raz – mówi Szymon. Jesteśmy burnowymi dziewicami, więc przed nami rytuał przejścia.
- W takim razie robisz aniołka na piasku.
Szymon zdejmuje koszulkę i tarza się w białym pyle.
- A ty? – facet patrzy się na mnie. Wymijająco kręcę głową. – W porządku. Jak nie chcesz, nie ma problemu.
Pierwsza zasada Burning Mana. Jeżeli nie masz na coś ochoty, nikt cię do niczego nie zmusi.
- To teraz musicie uderzyć w gong i coś powiedzieć, np. „Jestem jeszcze dziewicą” – nakazuje czarny rycerz.
Mierzę małe metalowe kółko okiem. Biorę drąg do rąk i uderzam w gong krzycząc: „Za pierwszy rok w Stanach!”. Panowie obejmują nas po raz kolejny.
- Welcome home, it’s going to be great.
Wsiadamy do samochodu, biały kurz osadza się na fotelach i desce rozdzielczej.
Na parkingu stoją samochody przyprószone warstwą pyłu. To playa dust, czyli pył alkaliczny, który obejmuje władzę nad każdym ciałem i rzeczą na Black Rock. Wchodzi w każdy zakamarek. Dust – to słowo będziemy słyszeć jeszcze wielokrotnie w trakcie najbliższego tygodnia.
DZIEŃ
W wianku i na przystrojonym lampkami rowerze jestem gotowa na eksplorację playi, czyli centralnej części festiwalu, gdzie stoi Man, rzeźby i sceny koncertowe.
- Poczekajcie chwilę. Mam coś dla was – mówi Tyler, nasz współlokator na czas Burning Mana. – Zamknijcie oczy i nie podglądajcie – kładzie coś przed nami. – Gotowe.
Na podłodze leżą trzy maski wykonane z maleńkich lustrzanych szkiełek. Idealne na taki wypad. Są trochę przerażające, zwłaszcza gdy wszyscy na raz je ubieramy.
The playa will provide, plaża dostarczy ci wszystko – kolejne motto festiwalu oraz pierwszy przykład kultury bezinteresownego obdarowywania.
NOC
Fluorescencyjne kolory zalewają playę. Ludzie, rzeźby i jeżdżące „mutanty” mienią się światłem. Z oddali do uszu dochodzi dudnienie elektronicznej muzyki. Rowery to kolorowe okręgi lub chaotyczne linie, przesuwające się po czarnej plamie pustyni.
Koncert. Scenę rozjaśniają żółte, różowe i niebieskie kolory. Zakładamy lustrzane maski. Światło rozszczepia się w każdą stronę. Stajemy się absurdalną częścią playi. Obok nas tańczy człowiek-zebra.
- Nice costume – mówi nasz znajomy.
Człowiek-zebra wierzga kopytem z aprobatą. Skaczemy w rytm muzyki. Czas nie istnieje.
8:00, chłopaki dopiero wracają z koncertów do kampera, w którym mieszkamy.
- Aniu, obudź mnie o 13:00 – mówi jeden z nich.
DZIEŃ
O 11:00 wychodzimy na dalszą eksplorację playi. Biel bije po oczach. Zasłaniam twarz ręką i po omacku sięgam po okulary słoneczne. Z Szymonem kierujemy się do centrum, czyli do Center Camp Playa.
To cyrkowy namiot. Na jego środku zorganizowana jest arena wyłożona patchworkowymi kocami. Jest odgrodzona od reszty przestrzeni wysokimi ławkami. Opierają się o nie widzowie, którzy wkrótce przesuwają się na środek, stając się uczestnikami zabawy.
Na kocach w tanecznym wirze oddziałują na siebie pary. Ktoś tańczy jazz, ktoś ćwiczy aero jogę. W transie, nie zauważają innych ludzi. Nie możemy oderwać od nich wzroku. Energia eksploduje.
Jedyne, co słychać, to wykład faceta na temat podejmowania decyzji w życiu. Oklaski aprobaty rozlewają się po namiocie.
100 metrów od głównego namiotu stoi rzeźba wieloryba w jego naturalnej skali. Wykonana z wielobarwnych szkieł, skrzy się na tle bezbarwnej pustyni.
DZIEŃ
Jedziemy w głąb playi. Mijamy rzeźby plastikowych muchomorów, goryli, pytajników. Wyblakłe zlewają się z bielą pyłu. Słońce operuje, wysuszając nam usta.
Podjeżdżamy pod świątynię po drugiej stronie playi. Drewniana, w stylu azjatycki ma być miejscem, w którym ludzie ostatecznie radzą sobie ze swoją stratą lub problemami. Od reszty playi świątynię odgradza metrowy płot. Gdy tylko wchodzimy na jej teren, uderza nas cisza przerywana przez szloch i zanoszenie się zgromadzonych ludzi.
Na ścianach wiszą fotografie bliskich zmarłych. Nie palą się żadne znicze. Nie są odprawiane żadne obrządki. Muszę wyjść. Powietrze gęste jest od smutku.

NOC
Na drodze dojazdowej do playi stoi mniejsza scena. Występuje na niej grupa taneczno-akrobacyjna STAR STAR. Gęsto od ludzi, widzę jedynie plecy osób przede mną. Wycofujemy się z tłumu, wchodzimy na metalowy maszt po drugiej stronie ulicy. Tuż nad ziemią tancerka wije się na szarfie.
Na playi pali się rzeźba. Siedzimy po turecku kilka metrów od niej. Płomienie ogrzewają policzki. Ogień hipnotyzuje. Z tyłu leci muzyka z jednego z „mutantów”.
DZIEŃ
Na Esplanade, czyli bulwarze wokół playi, koleś w słomkowym kapeluszu wydziera się przez megafon do przechodniów:
- Fuck you man! And you! And you too!
Wkurza się jeszcze bardziej i bluzga jeszcze więcej. Przechodnie i rowerzyści udają, że nie słyszą. W końcu ktoś podchodzi do niego z butelką wody i mówi:
- Powinieneś już zejść ze słońca. Masz tutaj wody, napij się – nerwus schyla potulnie głowę i wchodzi do namiotu.
Słońce praży. Białe podłoże playi zlewa się gdzieś z horyzontem, na płaskiej przestrzeni wystają tylko rzeźby i pogorzeliska z wczorajszego palenia. Pot spływa nam po plecach. Dojeżdżamy do centrum uwalniania kreatywności. Z daleka słychać rytmiczny dźwięk bębnów. Wchodzimy do środka. Półnadzy ludzie ustawieni w kole podrygują, prowadząca osoba śpiewa, reszta nuci do taktu.
Słońce już zaszło, niebo przybiera kolor pudrowego różu. Stoimy pod trzema pochylonymi, drewnianymi wieżami. Wzmaga się wiatr. Odwracam się w prawo i widzę nadciągającą ścianę pyłu. Zakładam gogle i maskę. Przestaję widzieć ludzi naokoło mnie. Nie wiem, gdzie jest dół, a gdzie góra. Widzę jedynie swoją dłoń. Czuję zapach pyłu. Czekam.
NOC
3:00 rano. Moje dłonie kostnieją od lodowatego wiatru. Przy silniejszym podmuchu, pył osadza się na moich ustach. Siadamy z Szymonem na pokładzie jednego z mutantów. Chcemy odpocząć. Wyciągamy wodę i słoną przekąskę, gdy podchodzi do nas facet w stroju à la Mad Max.
- Are you guys ok? Water? Food? – pyta.
- We’re good, thanks a lot.
Na playi nie dadzą ci zginąć.
EXODUS
Jest 6:00 rano. Godzinę wcześniej kładłam się spać po nocy pełnej surrealistycznych koncertów. Niby już dzień, a dla mnie ciągle noc.
Wsiadamy do samochodu, odpalam silnik. Zimno. Nastawiam radio na festiwalową rozgłośnię. Z głośników rozbrzmiewają niskie tony elektronicznej muzyki. Ostatnie podrygi Burning Mana.
Wyjeżdżam ze strefy dla kamperów na drogę dojazdową, wprost na otwartą przestrzeń pustyni. Od prawej w samochód uderza wiatr. Znosi mnie. Przede mną wznosi się gęsty biały kurz. Widzę jedynie czerwone światła kampera przede mną.
Po kilku minutach wiatr cichnie, pył opada. Dopiero zauważam brunatne kilkutysięczniki nad playą, ponad którymi kłębią się granatowe chmury. Z lewej strony słupy światła pieszczą miękki pył pustyni. Odpuszczam. Poddaję się pięknu pustyni, natura wygrała.
DEKOMPRESJA
W ciągu kilku dni byliśmy odcięci od realnego świata, a wszystko, co nas otaczało, było nie z tej ziemi. Byliśmy zmęczeni, przytłoczeni wszystkim, co się działo. Dzień i noc nie miały ani początku, ani końca, zlewały się w jedno. Trudne warunki na pustyni podkręcały nasze reakcje. To miejsce przeraża i zachwyca jednocześnie. Dlatego na festiwal należy przyjechać z otwartym sercem, bo każdy wyciąga z festiwalu tyle, ile chce. Burning Man może zmienić życie.![]()
![]()
ANNA SOBCZAK
Autorka bloga www.coralnotes.com, w którym opisuje wyprawy po Stanach Zjednoczonych, a zwłaszcza po Kalifornii, gdzie mieszka na stałe.
ANNA KRZTOŃ
Zajmuje się komiksem i ilustracją. Absolwentka ASP Katowice. Bawi ją rysowanie niestworzonych historii, które dotychczas publikowała w antologiach, magazynach i zinach w Polsce, Szwecji, Finlandii, Belgii, Estonii, na Litwie, Słowenii i w USA. Współpracuje jako ilustratorka z Popmoderną, Kulturą Liberalną i Magazynem Kontakt. Jej komiksy można przeczytać na stronie Menażeri i PROwincji.