
NUMER 12 (3) MAJ 2015 | "SPOŁEM"
JULIA CYDEJKO | AGATA TRYBUS![]()
Jednym z probierzy życiowego sukcesu jest gotowość podejmowania wyzwań, zmagania się z samym sobą i nieustannego samodoskonalenia – czyli cnoty sportowców. Prowadzi to niemal nieuchronnie do treningu fizycznego. Kultura fitness, moda na zdrowy styl życia i sport zataczają szerokie kręgi nie tylko wśród ludzi wykształconych, mieszkańców wielkich miast czy zamożnych pracowników korporacji. Jest to zjawisko, którego najistotniejszą cechą jest inkluzywność, dostępność i powszechność.
Żaden sport nie miałby racji bytu, gdyby nie był praktykowany lub przynajmniej celebrowany w grupie. Nawet gdy ćwiczymy samotnie, zakładamy widoczne rezultaty ćwiczeń, które zobaczą inni. Ten typ współdoświadczania w ciekawy sposób formułuje Maurice Blanchot. W swoim The Unavoable Community pisze on: „doświadczenie nie mogłoby zaistnieć dla odseparowanej jednostki, bo jego specyfika polega właśnie na przełamaniu pojedynczości pojedynczego człowieka i wyeksponowaniu go na kogoś drugiego; a zatem doświadczenie z gruntu istnieje dla innego”.
Każdy wysiłek fizyczny jest doświadczeniem głęboko społecznym. Wciąż śmiejemy się ze stereotypowego podziału i gry słów kulturoznawca–kulturysta, a tymczasem wyrastające jak grzyby po deszczu siłownie tworzą to, co w tym kontekście wielu boi się nazwać po imieniu: wspólnotę. Kluczem do zrozumienia kulturotwórczego wymiaru siłowni jest uczestnictwo ucieleśnione – współbycie w ciele. Członkami takiej wspólnoty jesteśmy tylko wtedy, kiedy w niej cieleśnie przebywamy. Mechanizm ten w szczególny sposób wiąże się z typem przestrzeni.
Przestrzeń siłowni można by nazwać „trzecim miejscem”. Pojęcie to stworzył Ray Oldenburg, amerykański socjolog, który w swoich badaniach poszukiwał miejsca społecznej integracji, balansowania stresu codziennego życia, nawiązywania i pielęgnowania przyjaźni. „Trzecie miejsce” funkcjonuje pomiędzy tym, co publiczne, a tym, co prywatne, w odróżnieniu od „pierwszego” i „drugiego miejsca”, którymi według Oldenburga są odpowiednio dom i praca. Dom nie może spełniać funkcji socjalizującej, bo jest przestrzenią zbyt prywatną i zamkniętą, praca natomiast jest miejscem powierzchownych interakcji, obciążonych przymusem oficjalności i norm. Dopiero w trzecim miejscu czujemy się komfortowo i swobodnie; jesteśmy otwarci na ludzi przebywających w pobliżu i łatwiej nawiązujemy z nimi kontakt. Takie miejsca to na przykład kawiarnia, restauracja, park, bar, bulwar czy biblioteka. Ale także siłownia – przestrzeń wspólna i inkluzywna, której użytkownicy są otwarci na nawiązywanie rozmów albo mają wrażenie, że się znają, nawet jeśli nigdy nie zamienili ze sobą słowa.
Przestrzeń siłowni pomyślana jest tak, aby była wystarczająco dospołeczna dla ludzi poszukujących interakcji, ale jednocześnie na tyle odspołeczna, by nie powodować dyskomfortu u tych, którzy wolą ćwiczyć samotnie. Niektóre elementy przestrzeni wyraźnie sprzyjają nawiązywaniu kontaktów – na przykład kanapy i pufy, na których można odpocząć w przerwie od ćwiczeń, urządzenia ustawione tak, by dwie osoby mogły swobodnie rozmawiać i patrzeć na siebie podczas treningu czy alejki, w których łatwo się minąć i przywitać albo wymienić parę słów. Oprócz tego można zaobserwować czynniki utrudniające interakcję: wiele urządzeń ustawionych jest równolegle albo w taki sposób, że ćwiczący twarzą zwraca się do ściany. Nad urządzeniami wiszą telewizory z kanałami informacyjnymi, sportowymi lub o tematyce fitness. Od dualizmu tego wolne są szatnie – z zasady miejsca zakulisowe, wygodniejsze, gdzie atakuje nas mniej spojrzeń i możemy pozwolić sobie na większą naturalność. Porównanie przestrzeni do ćwiczeń z szatniami pokazuje, jak silnie grają napięcia między kobietami a mężczyznami. Jedni i drudzy muszą dostosowywać swoje zachowania do specyficznego mikroklimatu norm kulturowych w tej półintymnej sytuacji treningu.
Żaden sport nie miałby racji bytu, gdyby nie był praktykowany lub przynajmniej celebrowany w grupie. Nawet gdy ćwiczymy samotnie, zakładamy widoczne rezultaty ćwiczeń, które zobaczą inni.
Wyraźnie widać, jak rozplanowanie przestrzeni wpływa na kształtowanie się stosunków między ćwiczącymi. Zbalansowanie elementów do- i odspołecznych, tworzenie miejsc sprzyjających komunikacji i zapewnianie swobodnej atmosfery leży w dobrze pojętym interesie każdego klubu, ponieważ biznes ten kręci się tym lepiej, im bardziej komfortowo czują się klienci. Dotyczy to szczególnie placówek nowszych, bo chociaż ćwiczący w piwnicach także tworzą swoją wspólnotę, często ma ona inny charakter – bardziej ścisły, oparty na rywalizacji, mniej płynny i inkluzywny.
Nowsze siłownie kierują swoją ofertę do szerszego odbiorcy: młodzieży i osób starszych, kobiet i mężczyzn, ludzi zamożniejszych i mniej, o różnych potrzebach treningowych. Tym, co zapewnia ćwiczącym największy komfort, jest swego rodzaju anonimowość – przyzwolenie na bycie kimś innym niż jest się poza siłownią. Najjaskrawiej widać to w zwyczaju mówienia sobie na „ty” – zarówno między ćwiczącymi, jak i w kontaktach z personelem. Zasada obowiązuje także w przypadku, gdy nie wiemy o danej osobie kompletnie nic – nie znamy nawet jej imienia. Wielu klubowiczów porzuca ją jednak w momencie opuszczenia siłowni – podczas treningu przybijają spoconą piątkę, ale na ulicy zachowują dystans. Miejsce ćwiczeń fizycznych tworzy enklawę, gdzie mimo małej zażyłości i niepogłębionych relacji dozwolone są bardziej bezpośrednie interakcje.

W trakcie treningu intensywnie manifestuje się cielesność nieujarzmiona, fizjologiczna, na co dzień ukryta. Zjawisko to jest na siłowni tyleż pożądane, co wypierane. Wprawdzie obraz spoconego, zmęczonego człowieka wciąż kojarzy się z wytrwałością i zwycięstwem, jednak w nowszych siłowniach do głosu dochodzi wiele czynników, które dopiero zebrane razem decydują o sposobie postrzegania ciała trenującego. Dzikie okrzyki w trakcie trudnego ćwiczenia czy widoczne, duże plamy potu na ubraniu budzą szacunek i podziw innych. Zarazem jednak panuje tendencja do utrzymywania czystości i higieny. Na urządzeniach umieszcza się prośby „Połóż na mnie ręcznik”, co ma zminimalizować ryzyko pomieszania się potu różnych osób. W sali pracuje sprzątaczka, która systematycznie dezynfekuje wszystko, co narażone na kontakt z ciałem. Jest to wyraz dążności do maksymalnego odseparowania obcych sobie ciał oraz stworzenia iluzji sterylności narzędzi, do których one – ciała – zbliżają się, symbolicznie „odsłonięte”, a zatem również bardziej „narażone” na niepożądany kontakt. Mimo że klubowicze czerpią motywację z obecności innych osób, nie chcą się dotykać. Choć wspólnota trenujących funkcjonuje jako współbycie w ciele, bardzo uważa na utrzymanie optymalnego fizycznego dystansu. Nasuwa się tutaj skojarzenie z takimi praktykami jak na przykład modlitwa – czynność ucieleśniona (szczególnie u muzułmanów, którzy angażują do modlitwy całe ciało), która jest tym bardziej skuteczna, im więcej ludzi modli się razem. Kontakt fizyczny we wspólnocie modlitewnej zwykle jest ograniczony do minimum.
Innym elementem, który potęguje funkcjonujące na siłowni napięcia i jak gdyby ujmuje je w ramy, jest lustro. Pomaga ono przyjąć odpowiednią pozycję do każdego ćwiczenia – na przykład sprawdzić, czy kolano jest ustawione pod właściwym kątem. Jest przy tym także narzędziem kontaktu z innymi. W lustrze widzimy obraz wszystkich ćwiczących i całej sali. Popularność luster w siłowniach nie wynika wcale z funkcjonalności, ale z potrzeby umacniania poczucia wspólnoty. Niezależnie od tego, czy w lustrze patrzymy na innych z sympatią, zainteresowaniem czy zazdrością, niezależnie, czy „obecność” innych w lustrze jest dla nas przyjemna czy stresująca, to ono nas wśród nich sytuuje i zapewnia nam miejsce w tymczasowej wspólnocie ćwiczących. Dzięki niemu nawet jeśli jesteśmy naprawdę skoncentrowani na treningu, mamy poczucie, że nie jesteśmy sami – jesteśmy częścią większego obrazka i możemy na niego zerknąć. Lustra są w siłowni nie mniej konieczne niż szatnie: potrzebna jest równowaga między uszanowaniem prywatności, intymności i wstydu a udostępnieniem przestrzeni do współbycia, do współdzielenia jednego treningu, który może dla każdego wyglądać inaczej, ale dzięki wspólnej przestrzeni jednoczy wszystkich.
Popularność luster w siłowniach nie wynika wcale z funkcjonalności, ale z potrzeby umacniania poczucia wspólnoty.
Wachlarz motywacji klubowiczów jest zaskakująco szeroki. Okazuje się, że ludzie przychodzą na siłownię przede wszystkim po to, żeby przyjemnie spędzić tam czas, a chęć wypracowania lub utrzymania kondycji fizycznej jest tylko pretekstem. Siłownie pełne są młodych matek, które szukają odskoczni od domowych obowiązków; emerytów i emerytek, którzy chcą pogawędzić z trenerami i znajomymi; biznesmenów, którzy nawiązują korporacyjne kontakty przydatne w interesach; przyjezdnych studentów, którzy szukają znajomości w nowym mieście; sfrustrowanych pracowników, którzy przychodzą rozładować napięcie; starszych osób, których interesują nowinki o zdrowiu i diecie puszczane w telewizorach; koleżanek, kolegów i po prostu nieznajomych ludzi. Siłownia sprzyja rozmowom – nie trzeba być cicho, a nawet można pozwolić sobie na luźniejszą wymianę zdań. Jest to miejsce, gdzie zawsze można przyjść i się „pokolegować”, ale nie trzeba nawiązywać przyjaźni. Siłownia stanowi przedłużenie relacji sąsiedzkich – jest prawie zawsze miejscem lokalnym, osiedlowym, bliskim, więc pomaga zintegrować wspólnotę sąsiedzką, która – zwłaszcza teraz, w epoce strzeżonych osiedli i odspołecznego „nowego budownictwa” – zna się słabo. Niektórzy klubowicze poszukują tu partnerów seksualnych, inni chcą wyżalić się trenerowi z życiowych problemów. Skład tej wspólnoty nieustannie się zmienia; napływają nowe osoby, a odchodzą inne. Dopóki jednak wszyscy czują, że atmosfera jest swobodna i odpowiada ich oczekiwaniom, będą przyczyniać się do jej kształtowania, tworząc luźną grupę prawie-że-znajomych, którzy mogą bez skrępowania przybić piątkę albo pogawędzić.
Ludzie potrzebują takich miejsc żeby rozładować stres, skorzystać z możliwości wejścia w niezobowiązującą relację z innymi czy po prostu ruszyć się z domu. To są właśnie cechy Oldenburgowskiego trzeciego miejsca. Dobrze jest stwarzać przestrzenie, gdzie ludzie mogą zająć się czymś, co ich interesuje i integruje. W tym celu dotuje się domy kultury, wzbogaca zasoby bibliotek i animuje kulturę – i słusznie. Warto jednak zwracać uwagę także na inne miejsca, które są użyteczne i przyjazne małym społecznościom, odpowiadają na ich potrzeby i odciągają od telewizorów. Wydawałoby się, że siłownia to instytucja prywatna i komercyjna, jako miejsce związane z działalnością prospołeczną mało obiecująca. Sport ma jednak moc łączenia ludzi i łagodzenia obyczajów, a jego magiczne oddziaływanie nie ogranicza się do gorączki igrzysk olimpijskich. Wprost przeciwnie: dzieje się każdego dnia.![]()
![]()
JULIA CYDEJKO
Niedoszła kulturoznawczyni i raczkująca tłumaczka na naukowym rozdrożu. Usiłuje zadomowić się we własnym kraju. Frustracja rośnie razem ze stosem przeczytanych książek. Robi, co może, żeby nie palić papierosów.
AGATA TRYBUS
Magister form przemysłowych, studentka architektury wnętrz. Projektantka, z zamiłowania instruktorka fitness i zumby.