DO GÓRY

 

nieznosna_cover.png

 

NIEZNOŚNA
MIEJSKOŚĆ BYTU

JAKUB KUSY KATARZYNA DOMŻALSKA
kreska.jpg

Współ­cze­sne mia­sto wy­wie­ra co­raz więk­szy wpływ na ży­cie prze­cięt­ne­go czło­wie­ka, de­ter­mi­nu­je sta­tus spo­łecz­ny­, wy­zwa­la je­go po­ten­cjał al­bo wy­py­cha go na mar­gi­nes. Czy ho­mo urba­nus ma si­łę, by prze­kształ­cać swo­je oto­cze­nie tak jak ono kształ­tu­je je­go?

MⒶRX NOT DEAD!

We­dług da­nych Ban­ku Świa­to­we­go z 2012 74,1% oby­wa­teli Eu­ro­py sta­no­wi­ło lud­ność miej­ską. To wy­zwa­nie cy­wi­li­za­cyj­ne upo­waż­nia do za­da­nia py­tań, do ko­go mia­sta tak na­praw­dę na­le­żą i kto rze­czy­wi­ście two­rzy ich obraz?

We współ­cze­snym mie­ście ist­nie­ją dwa rów­no­le­głe i – co war­to pod­kre­ślić – asy­me­trycz­ne po­rząd­ki. Po­rzą­dek wła­dzy for­mal­nej, któ­ra wła­dzą jest tyl­ko z na­zwy, po­nie­waż to po­rzą­dek prze­strze­ni de­ter­mi­no­wa­ny jest przez wal­kę o re­al­ną wła­dzę. Z za­ku­rzo­ne­go por­tre­tu pusz­cza do nas oko Ka­rol Marks, gdyż dzi­siej­szy kon­flikt kla­so­wy to­czy się w naj­lep­sze, jed­nak nie o po­sia­da­nie środ­ków pro­duk­cji, a o do­stęp do prze­strze­ni.

Do nie­rów­nej wal­ki sta­ją miesz­kań­cy i ,,si­ły ko­ali­cji", w skład któ­rej wcho­dzą de­we­lo­pe­rzy, urzęd­ni­cy i... ob­cy – tu­ry­ści, stu­den­ci czy (dla war­sza­wo­cen­trycz­nych) "sło­iki".

Sy­no­ni­mem miesz­kań­ca mógł­by być klient lub użyt­kow­nik, gdyż zwrot oby­wa­tel po­brzmie­wa echem pre­hi­sto­rii. U podło­ża kon­flik­tu le­ży jed­na z naj­pry­mi­tyw­niej­szych ludz­kich przy­war – chci­wość.

Ch­ci­wość bę­dą­ca jed­ną z ema­na­cji po­no­wo­cze­snej prze­mia­ny spo­łe­czeństw. Dla wy­ja­śnie­nia.

W pa­ra­dyg­ma­cie post­mo­der­ni­stycz­nym nie wi­dzę by­naj­mniej dzia­ła­nia sił pie­kiel­nych. Wręcz prze­ciw­nie, uwa­żam, że je­śli nie trak­tu­je się go ja­ko zbio­ru prawd ob­ja­wio­nych, przy obec­nym sta­nie na­uk hu­ma­ni­stycz­nych jest naj­bar­dziej uni­wer­sal­nym na­rzę­dziem opi­su rze­czy­wi­sto­ści, pod­czas gdy me­ta­te­orie pły­nąc w męt­nej wo­dzie no­wo­cze­sno­ści raz po raz za­ha­cza­ją o ko­na­ry pa­ra­dok­sów.

Jak jed­nak przed­sta­wia się obraz walk? Prze­de wszyst­kim to woj­na to­czo­na przez wie­le ar­mii na wie­lu fron­tach.


UWIĄD WŁADZY

Jed­ną ze stron kon­flik­tu jest wła­dza, a ra­czej ka­dłu­bek wła­dzy. Skąd jed­nak wy­ni­ka­ją jej ogra­ni­cze­nia?

Od­po­wie­dzią jest wol­ny ry­nek. Współ­cze­sna go­spo­dar­ka, tak­że ta miej­ska, nie mo­że funk­cjo­no­wać w cia­snym gor­se­cie nie­ja­snych pro­ce­dur, zda­na na urzęd­ni­cze wi­dzi­mi­się.

nieznosna2.png

Upraw­nie­nia urzę­dów zo­sta­ły znacz­nie ogra­ni­czo­ne i wszel­kie zna­ki na nie­bie i zie­mi wska­zu­ją na od­da­nie ko­lej­nych pre­ro­ga­tyw mniej­szym ośrod­kom, np. dziel­ni­com.

Nie ma­ją one wpły­wu na re­al­ny obraz mia­sta, co ma za­rów­no swo­je moc­ne, jak i sła­be stro­ny. Obec­nie uzy­ska­nie np. po­zwo­le­nia na bu­do­wę nie jest rów­no­znacz­ne kil­ku­let­nim ocze­ki­wa­niem nie za­wsze zwień­czo­nym suk­ce­sem, z dru­giej jed­nak stro­ny nikt nie mo­że wstrzy­mać bu­do­wy tyl­ko i wy­łącz­nie ze „w­zglę­dów es­te­tycz­ny­ch”. Tym spo­so­bem mia­sta za­ra­sta­ją zie­ją­cą tan­de­tą, par­szy­wej ja­ko­ści ar­chi­tek­tu­rą.

Dziś urzęd­nik wi­nien być „pa­sem trans­mi­syj­ny­m” po­mię­dzy klien­tem a ocze­ki­wa­ną de­cy­zją. Gdy jed­nak wła­dza wy­ka­zu­je się nie­kom­pe­ten­cją, pod­par­tą wia­rą we wła­sną nie­omyl­ność bądź, co gor­sza, nie­go­spo­dar­no­ścią, wów­czas w oczach miesz­kań­ców tra­ci man­dat do rzą­dze­nia i sta­je się punk­tem na „o­si zła.”


PRIVATOPIA

Wg Sharon Zukin indywidualna zachłanność ponowoczesnego człowieka odbija się na krajobrazie miast, z których wycinane są kawałki indywidualnych, quasi-prywatnych przestrzeni. Podział klasowy nie jest bynajmniej ukryty i nie zgadzam się z teorią jego zaostrzania się. To „stalinowskie” podejście (zaostrzanie się konfliktu klasowego wraz z postępem rewolucji) nie znalazło odzwierciedlenia u chociażby neomarksistów. Nasza coraz dalej idąca, a wynikająca ze wspomnianej już ponowoczesnej przemiany społeczeństw, skłonność do indywidualizmu przekłada się bezpośrednio na obraz naszych miast. Coraz to większe kawałki „miejskiego tortu” stanowią zakazane przestrzenie – grodzone osiedla, parki, galerie handlowe projektowane by stwarzać wrażenie ciągłego nadzoru i wykluczenia. W pełni swobodny dostęp ma do nich wyłącznie klasa średnia. W takich przestrzeniach wykluczeniu podlegają odbiegający od standardu – starsi i ubożsi. Dzieje się tak w dwojaki sposób: albo zderzają się z niewidzialnym polem siłowym bezdusznej ekonomii, albo są delikatnie, acz stanowczo wypraszani, by nie psuć dobrego samopoczucia konsumujących.

Deweloperzy niczym demiurdzy nadają realny kształt naszym lękom i obsesjom, pozostawianym hen za murem dobrze strzeżonego, przyjaznego maluchom, singlom, młodym, dobrze wykształconym (niepotrzebne skreślić) osiedla.

Polityce firm budowlanych sprzyjają włodarze miast, którzy nie radząc sobie z przywracaniem do życia zapuszczonych dzielnic, wyprzedają je pod kolejne „lemingrady”, pozbywając się tym samym palącego problemu.

Proces ten najłatwiej zaobserwować w miastach z tradycjami przemysłowymi, gdzie zabytkowe obiekty stanowiące część „oswojonej” przestrzeni w imię rewitalizacji zostają zamieniane w luksusowe lofty, modne galerie i kluby czy wręcz wyburzane, pod masową zabudowę, tworząc kolejne gated communities. Nie dotyka on jednak jedynie dzielnic poprzemysłowych. Także zabytkowe dzielnice, które przedstawiają mniejszą wartość architektoniczną, lecz są atrakcyjnie ulokowane, ulegają takim przekształceniom. Deweloperzy likwidują nie tylko ostatnie skrawki terenów zielonych, z których od lat korzystali autochtoni, ale również ograniczają ich przestrzeń życiową do minimum – do terenów ich własnych kamienic czy jednorodzinnych domów. Dzieje się tak, gdyż rodowici mieszkańcy negatywnie wpływają na krajobraz nowego osiedla, które winno lśnić czystością i pachnieć nowością.

Tym samym demokracja przestrzeni publicznej staje się iluzją, coraz bardziej przypominając „demokrację sterowaną” opartą na segregacji ekonomiczno-kulturowej.

KAWA JAKO NARZĘDZIE PRZEMOCY

Pro­ces za­własz­cza­nia prze­strze­ni świet­nie opi­sa­ła so­cjo­loż­ka Sha­ron Zu­kin, któ­ra uku­ła ter­min „pa­cy­fi­ka­cja przez cap­puc­ci­no”.

W skró­cie po­le­ga ona na prze­ję­ciu kon­tro­li nad pu­blicz­ną prze­strze­nią przez pry­wat­nych za­rząd­ców, któ­rzy re­zer­wu­ją ją na wy­łącz­ność kla­sy śred­niej, bez rzeczywiste­go za­my­ka­nia jej. „Pa­cy­fi­ka­cja przez cap­puc­ci­no” ma swo­je źró­dła w prze­ję­ciu przez kor­po­ra­cję za­rzą­dza­ją­cą nie­ru­cho­mo­ścia­mi funk­cji opie­ku­na no­wo­jor­skie­go Bry­ant Park. Na po­cząt­ku lat 80. XX wie­ku był miej­scem skraj­nie zde­gra­do­wa­nym, opa­no­wa­nym przez pro­sty­tut­ki, di­le­rów i bez­dom­nych. Za­rząd­cy chcie­li z te­go skraj­nie nie­przy­ja­zne­go miej­sca stwo­rzyć bez­piecz­ną prze­strzeń dla „bia­łych koł­nie­rzy­kó­w” wra­ca­ją­cych z kli­ma­ty­zo­wa­nych biur. W tym ce­lu prze­or­ga­ni­zo­wa­no ścież­ki, na­pra­wio­no oświe­tle­nie, wpro­wa­dzo­no sys­tem ka­mer i ochro­nia­rzy in­ter­we­niu­ją­cych przy naj­mniej­szych na­wet pró­bach ła­ma­nia pra­wa (człon­ko­wie fir­my by­li go­rą­cy­mi zwo­len­ni­ka­mi mod­nej wów­czas teo­rii rozbite­go okna Q. Wil­l­so­na i G.L. Kel­lin­ga). Od­no­wio­ny Bry­ant Park stał się ide­al­nym, bez­piecz­nym i wol­nym od ob­cych – kul­tu­ro­wo, et­nicz­nie, od „ć­pu­nó­w” i bez­dom­nych – miej­scem wy­po­czyn­ku dla kla­sy śred­niej pra­gną­cej po pra­cy usiąść na ław­ce, na­pić się do­bre­go cap­puc­ci­no, a w week­end kul­tu­ral­nie spę­dzić czas przy ulicz­nych te­atrach, po­ka­zach mo­dy czy świą­tecz­nych jar­mar­kach.

SPOTKAJMY SIĘ W NIE-MIEJSCU

Ko­lej­nym po­lem bi­twy są tzw. nie-miej­sca. Oj­cem te­go ter­minu jest Marc Au­gé, fran­cu­ski et­no­log i an­tro­po­log kul­tu­ry. Od­no­szą się one do pew­nych bez­oso­bo­wych prze­strze­ni, z któ­ry­mi oso­by je zaj­mu­ją­ce nie wią­żą się emo­cjo­nal­nie, brak tak­że emo­cjo­nal­nej wię­zi mię­dzy ni­mi sa­my­mi.

nieznosna.pngWe­dług Au­gé nie-miej­sca funk­cjo­nu­ją po­za prze­strze­nią i cza­sem, są wszę­dzie – i są wszę­dzie ta­kie sa­me. Współ­cze­sny czło­wiek prze­pły­wa przez ty­sią­ce ta­kich miejsc. Nie przy­wią­zu­je zbyt­niej uwa­gi do lot­nisk, dwor­ców czy wiel­ko­po­wierzch­nio­wych skle­pów, jest świa­dom, że ty­sią­ce ki­lo­me­trów da­lej na­tknie się na iden­tycz­ny punkt od­praw, prze­mie­rzy set­ki mil au­to­stradą nie­róż­nią­cą się od in­nych au­to­strad czy wy­pi­je tak sa­mo obrzy­dli­wie sma­ku­ją­cą ka­wę ze Star­buck­sa, z ta­kie­go sa­me­go wszę­dzie pa­pie­ro­we­go kub­ka.

Cha­rak­ter nie-miejsc ce­chu­je się pew­ną do­zą agre­sji i do­mi­na­cji. Bę­dąc po­chod­ną po­no­wo­cze­snej urba­ni­sty­ki i ar­chi­tek­tu­ry, wy­pie­ra­ją prze­strze­nie „na­tu­ral­ne”, cha­rak­te­ry­stycz­ne dla da­ne­go miej­sca, ce­chu­ją­ce się wła­ści­wą tyl­ko im sym­bo­li­ką. Tym spo­so­bem we­nec­ki Plac św. Mar­ka, pra­skie Hrad­cza­ny czy kra­kow­ski Ry­nek Głów­ny sta­ją się prze­strze­niami wol­nymi od emo­cji, ko­lej­ny­mi punk­ta­mi na ma­pie zglo­ba­li­zo­wa­ne­go świa­ta, któ­re Bau­ma­now­scy tu­ry­ści „od­faj­ko­wu­ją” ni­czym pro­duk­ty na li­ście za­ku­pów.

I znów od­naj­du­je­my w zu­pie włos z bro­dy Ka­ro­la­ Mark­sa, od­kry­wa­jąc bli­skie ana­lo­gie do je­go teo­rii alie­na­cji.­ W przy­pad­ku dzi­siej­szych miast utra­ta przez nie toż­sa­mo­ści i wy­two­rze­nie nie-miejsc pro­wa­dzi do spe­cy­ficz­ne­go od­czu­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści przez miesz­kań­ców: alie­na­cji mia­sta i alie­na­cji w mie­ście. Alie­na­cja mia­sta to nic in­ne­go jak ze­rwa­nie emo­cjo­nal­nej wię­zi mię­dzy miesz­kań­cem a mia­stem, któ­re po­przez swój bez­oso­bo­wy cha­rak­ter sta­je się tyl­ko i wy­łącz­nie prze­strze­nią do ży­cia. Alie­na­cja w mie­ście to pro­ces bar­dziej skom­pli­ko­wa­ny, po­le­gający na co­raz moc­niej­szym od­czu­wa­niu wy­ob­co­wa­nia i sa­motności w od­hu­ma­ni­zo­wa­nych, ki­czo­wa­tych i prze­lud­nio­nych prze­strze­niach.

Tę za­leż­ność od­da­ła Ewa Re­wers w książ­ce Post-po­lis za po­mo­cą jed­ne­go tyl­ko zda­nia: "oby­wa­te­la­mi moż­na na­zwać tych, któ­rzy czu­ją się co­raz bar­dziej ob­co we wła­snym mie­ście".


NEGOCJACJE Z TERRORYSTAMI

W tym doj­mu­ją­cym obra­zie współ­cze­sno­ści moż­na jed­nak od­na­leźć ja­śniej­sze mo­men­ty. Od­dol­ne ini­cja­ty­wy miesz­kań­ców – ogrod­ni­czych par­ty­zan­tów, ro­we­rzy­stów czy prze­ciw­ni­ków za­chwasz­cza­nia prze­strze­ni – co­raz rza­dziej przy­po­mi­na­ją na­pręd­ce skle­co­ną tak­ty­kę. Świa­do­me są te­go wła­dze, któ­re za­czy­na­ją ugi­nać się przed zu­ch­wa­ły­mi po­czy­na­nia­mi „ter­ro­ry­stó­w”, któ­rzy choć na mo­ment odzy­sku­ją swo­je mia­sta.musująca tabletka.png

kreska.jpg

JAKUB KUSY
Formalnie socjolog, z zamiłowania antropolog miasta, w wolnych chwilach dziennikarz.

KATARZYNA DOMŻALSKA
Absolwentka kierunku Projektowanie Graficzne na ASP we Wrocławiu (2012). Na co dzień zajmuję się projektowaniem graficznym, ilustracją oraz animacją. Laureatka licznych konkursów. Obecnie freelancer.

Komentarze






Captcha Code

Click the image to see another captcha.

Ta strona korzysta z plików cookie.