
NUMER 20 (5) LISTOPAD 2016| "100% NATURAL"
„Jeśli znikną pszczoły, człowiekowi zostaną 4 lata życia” – powiedział Albert Einstein. Blisko 100 lat później w Warszawie trwa akcja „Bez bzykania nie ma życia”, a w centrum stolicy pojawia się licznik, który codziennie odnotowuje śmierć kolejnych pszczół.
Mam wtedy niewiele ponad 30 lat i te, jak się okazuje, ważne owady, kojarzą mi się głównie z okrzykiem: „Uważaj, pszczoła!”. Przezornie to robię. Może przecież użądlić. W pamięci mam smutny finał filmu mojego dzieciństwa Moja dziewczyna (1991, Howard Zieff), w którym Macaulay Culkin został zagryziony przez pszczoły. Zgroza! Nie raz widziałam też opętańczy taniec, który wykonuje niemal każda osoba, kiedy tylko w niedalekim sąsiedztwie dostrzega te owady. Cóż to jest za choreografia? Niczym w plemiennym rytuale potencjalne ofiary uchylają się, by uniknąć spotkania z mierzącym niespełna 2 cm potworem.
O co zatem chodzi? Po co nam te pszczoły? Mam niewiele ponad 30 lat i jeszcze tego nie wiem – więc szukam. Odpowiedź jest prosta, wręcz banalna, ale jako adresat polskiego systemu edukacji w systemie ZZZ, zakuć–zdać–zapomnieć, nie potrafię powiązać faktów. Ale akurat ja powinnam umieć to zrobić, bo o spożywanym przeze mnie jedzeniu co bardziej złośliwi mówią, że jest dla królika. Jem głównie rośliny, owocowe, warzywne, bulwiaste, pastewne, a one właśnie z pszczołami mają wiele wspólnego.
Bo co robią pszczoły? Zapylają, gdy na roślinach naprędce przysiadają! Zapylenie owo pozwala wydać roślinie owoc. A co jest owocem? Wiadomo – jabłko, na przykład reneta szara, czy gruszka – odmiana konferencja! Ale owocami, choć warzywami przecież, które rodzą się na skutek tego kwiatowo-pszczelego romansu, są także ziemniaki (jakby nasz naród wyżył bez ziemniaków?), papryki, pomidory i wszelkie roślinne dobra, które z lubością zjadamy.
Eureka! Einstein miał rację. Umrę bez pszczół. Więc zaczynam szukać, rozmawiać, bo, jak wiadomo, warto rozmawiać. A że mam naturę dość niecierpliwą i trochę narwaną, myślę o ulu na balkonie. Pomysł znika tak szybko, jak się pojawia. Mieszkam w bloku, a przepisy nie pozwalają mieć ula w bloku, nie może się on też znajdować w bliskim sąsiedztwie chodników, którymi piesi suną przez miasto. Taki ul to duże utrapienie w mieście, na blokowisku. Widmo pożądlonych sąsiadów, a co gorsza – ich nowo narodzonych dzieci skutecznie każe mi odłożyć posiadanie ula na czas, gdy opływając w forsę, będę kontemplować życie i jego uroki w zacisznej chacie na łonie natury.


Więc co robić? Co robić? Media huczą, że pszczoły giną, że monokultury (wielohektarowe przemysłowe uprawy rolnicze) je niszczą, bo jak ktoś ma 50 hektarów kukurydzy i niezły hajs z tego, to nie bawi się w organiczne nawożenie gnojówką, tylko wali takiej kukurydzy czy innej pszenicy między oczy pestycydami, czyli trucizną na choroby roślin i zwierząt, a zatem pszczół także, ale i nas ludzi przecież. Jestem załamana wizją mojej przyszłości. Wyobrażam sobie, jak zjadam ostatnie w swym życiu jabłko, czereśnię, kalafiora. Powinnam zacząć żegnać się z bliskimi. Ale jak już wspominałam, warto rozmawiać, a że temat pszczół pochłonął mnie całkowicie, zaczynam rozmawiać ze specjalistami, czyli zoologami, a dokładniej mówiąc: entomologami. I co się okazuje? Oprócz niebezpiecznych pszczół miodnych, tych potworów, na które kazano mi uważać, istnieją pszczoły bezpieczne. Wprawdzie miodu nie robią, ale zapylają! Cieszę się jak dziecko i zbieram dane. Pszczoły te to murarki, nazwa gatunkowa Osmia rufa. Zamiast robić miód, żyć w ulu i żądlić, murują. Całe swoje krótkie życie (mniej niż miesiąc) poświęcają na murowanie. Murują swoje domy w cienkich rurkach trzcinowych, w dziurach w cegłach i innych ubytkach budowlanych. W takim zamurowanym domku składają jajka. Przynoszą potem tym jajkom, czyli pszczelim dzieciom, mnóstwo jedzenia i tak zapewniają im bezpieczny byt. Pszczele dzieci wyposażone w wikt i opierunek, zimują zamurowane, a wiosną, jak poczują słońce, wychodzą zza muru i – niczym Niemcy po obaleniu „tego” muru – rzucają się w wir rozpędzonej pszczelej gospodarki. Zapylają!
Na Allegro kupuję rurki trzciny i oglądam tutoriale, żeby wiedzieć, jak zrobić moim pszczołom ciepły dom, a potem zasiedlić go kokonami. Jest późna wiosna, więc kokony trzymam w lodówce, by małe pszczoły przypadkiem się nie wykluły i nie odleciały w siną dal. Funduję im trochę ciążę przenoszoną, ale jak zobaczą swój dom na balkonie, wybaczą mi. Dom ma około 30 pokoi, to nic innego jak związane ze sobą ściśle rurki trzciny (około 30 sztuk), mierzące na oko 20 cm. Żeby były bardziej stabilne umieszczam je w obciętej butelce po mineralnej, a w szczeliny między rurkami wsypuję kokony. Trwa to dłuższą chwilę, więc pszczoły mogą już poczuć, że na zewnątrz jest ciepło. I nagle szok! Kokony zaczynają się ruszać, a za chwilę wychylają się z nich małe puchate główki moich murarek.
Moje murarki, zapewne wszystkie murarki, wyglądają inaczej niż pszczoła miodna. Są o wiele mniejsze, na oko jakieś 1,5-centymetrowe, i nie mają żądła, ich odwłok, czyli brzuszek, jest krótszy, a one same mają raczej powolne, przyjazne usposobienie. Aby sprawdzić ich skuteczność, kupuję na targu sadzonki truskawek i pomidorów. „Zobaczymy, jak będą zapylać” – powtarzam w myślach i obserwuję. Po upływie tygodnia w rurkach pojawiają się pierwsze zbudowane przez pszczoły murki. Takie młode, a już złożyły jaja – natura nie lubi pustych przebiegów. Po dwóch miesiącach na krzaczkach truskawek widzę pierwsze, jeszcze zielone owoce. A jesienią zbieram po kilogramie pomidorów z krzaka. Zapylają! To działa! Nie umrę z głodu.


Eksperyment z pszczołami uwrażliwił moje uszy na temat tych owadów. Dziś jestem nieco starsza, wchodzę w wiek średni, jestem w połowie drogi do 40-tki i wciąż dochodzą mnie niepokojące wieści. W Chinach panuje zapaść i pszczoły sprowadzane są do nich z Europy, ale nie mogą się odnaleźć na obcej ziemi i umierają; jeśli przemysł rolniczy nie przestanie używać w skali makro sztucznych nawozów i oprysków, to w przyszłości jedynym rozwiązaniem będzie ręczne zapylanie roślin przez człowieka, ponoć gdzieś już to się dzieje. Ale przez te kilka lat zmienił się również wizerunek pszczół, które z przeszkadzających i niosących niebezpieczeństwo owadów nagle stały się karmicielkami ludzkości. Wiedzą już o tym wszyscy i wszyscy angażują się w akcje ich ratowania. Isabella Rossellini nagrywa Green Porno i w przebraniu pszczoły uświadamia ludzkość w temacie ekologii, na listę bestsellerów trafia książka Historia pszczół, której osią narracyjną jest życie w ulu, Greenpeace organizuje akcję „Adoptuj pszczołę” i grzmi na alarm, na dachach wielkich wieżowców zakładane są pasieki, a pracownicy korporacji po godzinach przywdziewają kombinezony i doglądają firmowych uli. Temat pszczół trafił pod strzechy. Są na pierwszych stronach gazet, są tematem sympozjów i międzynarodowych akcji, inspiracją dla reżyserów filmowych i autorów książek. Pszczoły są na propsie! I dobrze. Niech się wieść pszczela niesie, niech powstają w miastach ronda, centra handlowe i boiska imienia Pszczoły.![]()
![]()
MAGDALENA ZARĘBSKA - WĘGRZYN
Z wykształcenia teatrolog, z zamiłowania „maker” rzeczy i projektów wszelakich — robi stoły, smaży dżemy, piecze chleby, buduje ekologiczne hodowle pszczół.