
NUMER 12 (3) MAJ 2015 | "SPOŁEM"
JOANNA KULIK | MAGDALENA ŚLÓSARCZYK![]()
Jak to jest z tą solidarnością, skoro jednocześnie jesteśmy w stanie skrzyknąć się i oprotestować cenzurę w internecie, a zaraz potem utopić sąsiada w łyżce wody?
Pojęcia współpracy czy wspólnoty przywodzą na myśl same pozytywne konotacje tego, jak radośnie jest maszerować wspólnie ku rozwojowi i świetlanej przyszłości. Unia Europejska, stowarzyszenia, organizacje pozarządowe, a nawet portale społecznościowe – wszystkie propagują totalną kooperację w zglobalizowanym świecie indywidualistów. Co ciekawe, idea ta trafia także do Polaków, którzy z tej solidarności przez małe „s” raczej nie słyną. Bo przecież jednoczyć się umiemy i zawsze umieliśmy – w walce o złotą sarmacką wolność, a później niepodległość, w walce z nazistowskim okupantem i radzieckim „przyjacielem” – ale nie poważamy konstruktywnej, harmonijnej współpracy. Solidarność – tak, ale dopiero przeciwko czemuś. Wojenki pomiędzy grupami przestępczymi, klubami piłkarskimi, miastami, osiedlami – to brzydka twarz naszej polskiej solidarności.
Integracja regionalna za Piasta
Zaczęło się tak pięknie, bo od zjednoczenia. Gdzieś w X wieku, kiedy tereny obecnej Polski zamieszkiwały po sąsiedzku różne plemiona słowiańskie, jedno z nich – Polanie, stwierdziło, że chce więcej. Rządzący wówczas ród Piastów zdołał zjednoczyć wokół swojego państewka innych Słowian Zachodnich i w przeciągu 100 lat zbudował mocne państwo z władzą centralną. Polska dołączyła wówczas do szeregu średniowiecznych monarchii europejskich, a odpieranie zakus Cesarstwa Niemieckiego i czeskich Przemyślidów tylko umocniło nasze poczucie odrębności, własności i solidarności. Dobrze było aż do 1. połowy XII wieku, kiedy to miało miejsce znaczące rozbicie państwa na kilka dzielnic – ofiarowanych przez Bolesława Krzywoustego we władanie synom. Rozbicie dzielnicowe trwało aż do 1333 roku. Znowu byliśmy jednością, a do tego bogatszą o tę wiedzę, że rozmienianie się „na drobne” nic dobrego nam jako narodowi przynieść nie może. Później było lepiej – bo unia z Litwą, bo Jagiellonowie, bo sekularyzacja krzyżackich Prus. Jednakże pod fasadą wspólnoty, pięknej szlacheckiej kultury i pieśni o zwycięskich bitwach skóra tej ziemi cierpiała od mikropęknięć. Na zabory zapracowaliśmy sobie sami i to nie samymi tylko wojnami na 3 fronty w XVII wieku czy prywatnymi interesami magnaterii. Pracowaliśmy na nie ciężko od momentu, gdy po raz pierwszy centralny włodarz „sprzedał się” szlachcie w zamian za poparcie prywatnych interesów (przywilej koszycki z 1374 roku). I tak to się kręci (do dzisiaj, tak!), że prywatne interesy nad publicznymi stoją. Ale za wolność, Boga, Polskę to my się potrafimy śpiewająco poświęcić – ileż powstań, jakie piękne Państwo Podziemne. Zasada tej gry jest taka: biją nas „oni” – walczymy ramię w ramię, nikt nas nie bije – bijemy się między sobą, choć niekoniecznie głośno się o tym mówi.
Zraniona duma niewolnika
Zatrzymajmy się przy szkolnych lekturach. Kanon polskiej literatury to oczywiście starannie dobrany zestaw dzieł, który ma za zadanie kształtować nasze spojrzenie na własną historię, kulturę, wartości. Kształtować pod konkretną tezę. Literaturę możemy podzielić na przed- i porozbiorową, które różnią się tym, że jedna jest dobra, a druga be, skażona traumą narodu niegdyś podbitego. Postkolonializm się kłania. Od epoki romantyzmu w literaturze borykamy się z całym tym mesjanizmem, narodem, wolnością, Bogiem, ojczyzną. Wcześniej myśleliśmy jak paniska, później musieliśmy jak niewolnicy. Co tragiczne, ale i znaczące – pierwsze myślenie doprowadziło nas do tej drugiej sytuacji. Wszystkiemu winny upiór sarmatyzmu. Nazywam go upiorem, ale przecież wiadomo, że twórcy nasi filmowi i literaccy upajają się nim od ponad 200 lat. Że kraj był taki wielki (od morza do morza!), że kultura taka bogata (ociekający złotem barok, piękne kobiety, wino i śpiew), że Polacy byli dumni z bycia Polakami (jeśli wywodzili się z wyższych warstw społecznych), no i oczywiście złota szlachecka wolność (politykę załatwialiśmy zrywając sejmy i organizując rokosze, a nie jakąś tam „pedalską” trucizną w kieliszku czy sztyletem pod żebra).
Antybohater ku pokrzepieniu serc
Ten piękny obrazek polskiego sarmatyzmu umocniła Trylogia Henryka Sienkiewicza. Barwne powieści historyczne lały miód na rany narodu zniewolonego najpierw przez zaborców, a później przez Związek Radziecki. Nie bez znaczenia jest ikona Trylogii, obiekt miłości kobiet i podziwu mężczyzn, będący w istocie antybohaterem – Andrzej Kmicic. Rzezimieszek, który po burzliwej przeszłości został wzorem polskiego rycerza. A to, że w szale spalił całą wieś, że był gwałtowny, brutalny i arogancki, jedynie dodało mu uroku, prawda? Ważne, że się nawrócił na patriotyzm i walczył dla narodu, nic innego się nie liczy. Ubóstwiamy też romantycznych bohaterów Mickiewicza – czy raczej jesteśmy wychowywani do tego. Nieco daremny trud w czasach, gdy część młodzieży ma w nosie bohaterów narodowych, a część groteskowo spaczyła pojęcie „patriotyzmu”. Kompleks dobra publicznego zawsze jednak będzie toczył nasze polskie, interesowne serca, które na co dzień raczej zapominają o zwykłej, ludzkiej solidarności, przejawiającej się nie tylko w spektakularnych czynach. Myślimy sobie: „A po co ja mam się z sąsiadami składać na nowy parking pod blokiem? Jaka to solidarność? Solidarny będę, kiedy trzeba będzie oprotestować jakieś ustawy, obniżki płac, cenzurę w internecie. A teraz niech się Nowak z Konarskim składają na ten parking, a ja nie dorzucę ani grosza”. A jak zrobią – to i tak będę korzystał.
Solidarność z chorobą dwubiegunową
Ale przyznam się, że nie tracę optymizmu – bo czy ja nie widzę, jak ludzie zrzeszają się w fundacjach, organizacjach charytatywnych, międzynarodowych programach wymiany? Jak wolontariaty pękają w szwach czy nawet, ot, takie fora? Poza hejtem i trollami znalazłam tam dużo pomocnych informacji i porad. Sama jestem zresztą przykładem na to, ile radości dają wspólne inicjatywy, bo w wielu uczestniczyłam, niejeden wolontariat „zaliczyłam”, a nie odmówiłam też sobie Erasmusa i Work&Travel. Niestety, pozytywne idee nigdy nie będą miały takiej siły rażenia, co negatywne. Media nie interesują się dobrymi wiadomościami, bo tacy solidarni więcej robią niż krzyczą, a ludzie łakną sensacji. Ale na pewno robi się cieplej na sercu, kiedy widzimy, że ludzie chcą działać wspólnie i razem maszerować ku tej wspomnianej na początku świetlanej przyszłości. Jednak taka idea przyświeca również „patriotycznym” marszom, kiedy boję się, że niektórzy mogą zostać uznani za niegodnych bycia Polakami. Dlaczego inicjatywy zbudowane na agresji oraz nietolerancji mają stałe i solidarne grono fanatyków, a tak mało ludzie dają z siebie, kiedy trzeba walczyć o swoje własne prawa?
Przypadek ACTA
W zasadzie znamienny był styczeń 2012 roku, kiedy naród wylęgł na skute lodem ulice (na Podlasiu było wtedy prawie -30 stopni!), aby zaprotestować przeciwko traktatowi ACTA. Niejasne kulisy negocjacji postanowień umowy oraz kontrowersyjne punkty dotyczące ochrony własności intelektualnej sprowokowały ludzi do protestu nie tylko na ulicach, lecz przede wszystkim w internecie, gdzie serwisy zaciemniały swoje witryny, a hakerzy z grupy Anonymous dokonali ataku na kilkadziesiąt rządowych witryn. Piękny przykład solidarności w obronie… seriali i pornografii online. Ale oczywiście to duże uproszczenie, ponieważ ludzie nagle obudzili się i uświadomili sobie, że rządy robią z nimi, co chcą. Powiedzieli „NIE” głośno i wyraźnie. Protestowali wszyscy „millenialsi”, niezależnie od opcji politycznych czy światopoglądu. Można? Można! Dlaczego do tej pory nie powtórzyła się taka sytuacja? Ludziom jest zbyt wygodnie? Kapitalizm usypia czujność? A może ci „normalni” boją się po prostu wyjść przed szereg? Jak wiadomo, bunt mas działa na zasadzie efektu domina – ty się wychylisz, to ja też, ale ty pierwszy. Pomiędzy tym wszystkim na czele idą własne interesy polityczne, ekonomiczne – uniwersalna bolączka każdego ustroju, pomimo pięknych haseł o równości i solidarności.
Możemy pogardzać bandziorami, kibolami, narodowcami itd., ale to właśnie oni współcześnie najchętniej się zrzeszają. Grupa daje im poczucie akceptacji, wsparcia, czasami alternatywną rodzinę i przede wszystkim siłę. Miasto należy do nich. Agresja – zrodzona przez często podrzędną pozycję w społeczeństwie, przez nudę i poczucie beznadziei, a nawet tłumaczona buzującymi hormonami – musi być skierowana przeciwko komuś. Kiedy nie ma wroga, stworzymy go sobie. Zdławmy racjonalne argumenty, że to ludzie tacy jak my. Nie popierają „patriotyzmu” (pamiętaj, to ty tworzysz definicję), ubierają się inaczej lub, co gorsza, kochają „inaczej”? Krzycz, że to „pedalstwo” i wal na oślep. Krzycz, że walczysz o dobro ogółu, o porządek w swoim kraju, a w rzeczywistości zanurz go w chaosie. Bo taka to solidarność po polsku – zazwyczaj wolimy się pokłócić i utopić w tej łyżce wody, niż współdziałać. Solidarność, w której jest miejsce dla wielkich słów, a nie starcza go już dla tych mniejszych.![]()
![]()
JOANNA KULIK
Trochę polonistka, bardziej dziennikarka. Bardzo z Białegostoku, ale trochę też z Poznania. Pisze na długie i krótkie dystanse i uważa, że jeden dobry mem wyraża więcej niż tysiąc słów.
MAGDALENA ŚLÓSARCZYK
Oprócz pracy i obserwowania ludzi, rysuje i zmyśla. Marzy o podróży na Północ, własnej huśtawce i stworzeniu animowanego teledysku.