DO GÓRY

 

fuss__balkon_czernek_cover.jpg

NUMER 22 (2) MARZEC 2017 | "OLD BUT GOLD"


DER BALKON

WOJCIECH PANASIUK | KAMILLA CZERNEK

Bal­kon. Der Bal­kon. Intu­icja. Die Intu­ition. Odwaga. Der Mut. I histo­ria – die Geschichte.

Kiedy ma się kilka lat, zadaje się dużo pytań i ocze­kuje jasnych odpo­wie­dzi. Naj­le­piej krót­kich i pasu­ją­cych do wyobra­żeń o świe­cie, które się wtedy ma. Potem sprawy się kom­pli­kują, traci się zaufa­nie do swo­ich sądów, widzi się więk­szy hory­zont i czło­wiek zaczyna rozu­mieć, że za tym hory­zontem pew­nie jest kolejny, a za nim być może następny. Mijają lata i przy­cho­dzi czas, w któ­rym intu­icja i wyobraź­nia odzy­skują utra­cone w mło­do­ści zna­cze­nie. A że kolejne hory­zonty oka­zują się dość prze­wi­dy­walne, coraz czę­ściej ma się ochotę przy­sta­nąć, by spoj­rzeć wstecz.

Pamię­tam, jak intry­go­wały mnie obrazy świę­tych w domu babci, ponie­miec­kiej kamie­nicy przy ulicy Świer­czew­skiego. A gdzie jest ten raj? – prze­rwa­łem barwną opo­wieść babci o meta­fi­zycz­nej struk­tu­rze świata. Odpowie­działa, że w nie­bie. Wysze­dłem na bal­kon. To było moje ulu­bione miej­sce w jej domu. Było bar­dzo wysoko. Podwórko na dnie otch­łani. Widziane z góry korony drzew. Prze­paść, od któ­rej przy­jem­nie krę­ciło się w gło­wie. Ale gdzie w nie­bie? Rozglą­da­łem się po błę­kit­nej, bez­chmur­nej prze­strzeni, nie­da­ją­cej się ani dotknąć, ani zro­zu­mieć, choć prze­cież byłem tak wysoko. Miękki, roz­pro­szony błę­kit był jed­nak o niebo mniej groźny niż stroma cze­luść pod 5-let­nimi nóż­kami, które wysu­wa­łem przez balu­stradę. Tam w dole, na placku beto­no­wej wylewki, par­ko­wały cza­sem War­szawy lub Syreny, przy­po­mi­na­jące z tej wyso­ko­ści spo­ty­kane na waka­cjach nad morzem żuki. Bal­kon nie wycho­dził z pokoju, ale z obszer­nej kuchni z podłogą z lastriko, zdaje się poma­lo­waną w jakieś wzory, więc gdy patrzy­łem na lśniące w słońcu sta­lowe pan­ce­rze, dola­ty­wały do mnie zapa­chy potraw, które przy­go­to­wy­wała dla mnie bab­cia. Pała­szo­wa­łem je cięż­kimi sztuć­cami przy stole obi­tym ceratą na taler­zach ozdo­bio­nych brzmią­cymi tajem­ni­czo i groź­nie sen­ten­cjami: „Beim Früh­stück, thee und essen sol­lst du Käse nicht ver­ges­sen”. Kil­ka­na­ście lat póź­niej pisa­łem o tej cera­cie jakieś chu­jowe wier­sze. Ale na razie jestem na bal­konie i drę­czy mnie pyta­nie: „Gdzie w nie­bie?”

Z okna pokoju wujka, naj­młod­szego z trójki rodzeń­stwa, do bal­konu było bli­sko, może metr. Fascy­no­wała mnie opo­wieść o kocie, który wiele razy prze­ska­ki­wał stam­tąd na bal­kon, aż kie­dyś runął w dół i prze­żył ten upa­dek. Ten bro­daty wujek miał sty­lowy, cią­gle zepsuty sku­ter, słu­chał big-bitu z trzesz­czą­cych płyt i czę­sto mył włosy w ema­lio­wa­nej mied­nicy. Z tych mokrych, namy­dlo­nych wło­sów lepił rogi i gonił mnie przez całe miesz­ka­nie. Naj­pierw długi kory­tarz, z któ­rego można było wejść zarówno do kuchni, jak i pach­ną­cej suszo­nymi owo­cami spi­żarni, potem dwa połą­czone w amfi­la­dzie pokoje i znowu przez kory­tarz. Pamię­tam skrzy­pie­nie podłogi w cza­sie tej galo­pady. Śmia­łem się i dar­łem wnie­bo­głosy. Byłem rów­nie roz­ba­wiony, co auten­tycz­nie prze­ra­żony. Każdy by się darł, gdyby gonił go dia­beł. No wła­śnie, „dia­beł”, ale gdzie jest raj? Olśnie­nie. No prze­cież w środku Słońca! Bab­ciu, raj jest w środku Słońca! To jedyne miej­sce, gdzie Bóg mógłby go ukryć! Tak myślisz? – uśmiech­nęła się bab­cia. Ale ci doro­śli są głupi. Tyle lat żyją i nie potra­fili się domy­ślić.

Bab­cia, która była przy­by­szem ze Wschodu, jak pra­wie wszy­scy w tym kar­ko­no­skim kuror­cie w dru­giej poło­wie lat 40., śpie­wała mi różne wiej­sko-podmiej­skie pio­senki. Naj­bar­dziej podo­bała mi się ta o Julku i Mańce, spa­ce­ru­ją­cych w cza­sie desz­czu po parku. „Co oni tam robili, że się nawet nie zmo­czyli?” Kolejne głu­pie pyta­nie doro­słych. No prze­cież scho­wali się pod ławką! Tak też powie­działem pani w przed­szkolu, która, gdy usły­szała z moich ust tę wesołą pieśń, zapro­wa­dziła mnie do dyrek­torki. Jakiś czas póź­niej tę samą panią zno­kau­to­wała moja mama. Pani dała mi klapsa albo pocią­gnęła za ucho, a ja nie­opatrz­nie wspo­mnia­łem o tym mamie. Potem pani była przez jakiś czas nie­obecna. Pew­nie leczyła śliwkę. Wtedy zrozumia­łem: światu trzeba sta­wiać opór, ina­czej wch­ło­nie nas, strawi, zabie­rze to, co ważne. Na przy­kład wol­ność śpie­wa­nia ulu­bio­nych pio­se­nek.

W domu babci było super. W miesz­ka­niu obok stry­chu miesz­kała „pani Kowal­ska”, u któ­rej mama zała­twiła mi kore­pe­ty­cje z nie­miec­kiego w poło­wie pod­sta­wówki. „Pani Kowal­ska” była pocho­dzącą z Bre­slau Niemką, żoną nie­miec­kiego ofi­cera, który zgi­nął na wschod­nim fron­cie. Po woj­nie nie wró­ciła do Nie­miec, przy­jęła pol­skie nazwi­sko i posłała córkę do pol­skiej szkoły. Nie nauczyła mnie nie­miec­kiego, ale faj­nie było po lek­cji pójść na dół do babci, sie­dzieć z nią przy piecu i słu­chać, jak śpie­wała, że „z popiel­nika na Woj­tu­sia iskie­reczka mruga”. Na popiel­niku strze­lały iskry spa­da­jące z pło­ną­cego na rusz­cie ognia. Poma­lo­wane na bor­dowo deski podłogi obok pieca obite były bla­chą. Byłem senny, roz­grzany, scho­dził ze mnie stres po tych wszyst­kich „der-die-das”. Ta magiczna koin­cy­den­cja czasu, sytu­acji i boha­tera gorąco zapew­niała: „Świat został stwo­rzony dla cie­bie, to jedyny sens jego ist­nie­nia!” No oczy­wi­ście, że w to wie­rzy­łem.

Wciąż zawra­ca­łem doro­słym głowę, żeby zapro­wa­dzili mnie na strych. To było miej­sce nie­zwy­kłe, dzia­ła­jące na zmy­sły i wyobraź­nię. Poczer­niałe, drew­niane belki, epic­kie paję­czyny, zasty­gły czas, przedmioty i zapa­chy po ludziach z obcego kraju, któ­rzy kie­dyś tam miesz­kali. Pamię­tam album z Afryką. Nie­mieckie dziecko wkle­jało tam obrazki z przed­sta­wie­niami afry­kań­skich zwie­rząt, murzyń­skich wojow­ni­ków, sza­ma­nów, zagu­bio­nych w buszu wio­sek. Obrazki, powkle­jane w ozna­czone ram­kami miej­sca na tle mono­ch­ro­ma­tycz­nych, afry­kań­skich pej­zaży, były barwne, wyglą­dały na ręcz­nie kolo­ro­wane (na pewno nie były). Strony roz­dzie­lały cien­kie jak mgła bibuł­kowe prze­kładki. Te albumy były pew­nie roz­da­wane przez jakąś przed­wo­jenną fabrykę sło­dy­czy, a obrazki dzieci znaj­do­wały pod sre­ber­kami cze­ko­la­dek. Jedyna podobna sytu­acja, do któ­rej mogłem to wtedy porów­nać, to „histo­ryjki” z disne­jow­skimi posta­ciami znaj­dy­wane w gumach Donald. Mia­łem ich tylko kilka i bar­dzo zazdro­ści­łem star­szemu kole­dze z podwórka, dum­nemu posia­da­czowi ich słodko pach­ną­cego, gru­bego pliku spię­tego recep­turką.

fuss__balkon_czernek.jpg„Afry­kań­ski” album na stry­chu to nie wszystko. Takiej nie­miec­kiej egzo­tyki w domu babci było wię­cej. Pamię­tam efek­towne poroże wiszące na ścia­nie, bawoła, a może barana. W każ­dym razie nie była to czaszka euro­pej­skiego zwie­rzę­cia. Wiele lat póź­niej dowie­działem się, skąd się tam wzięła. Kiedy w ’45, póź­nym latem, rodzina babci przy­je­chała na „zie­mie odzy­skane” z oko­lic Zamo­ścia, wujek, naj­star­szy z rodzeń­stwa mamy, wtedy 6-letni, włó­czył się z kole­gami po czę­ściowo opusz­czo­nym przez Niem­ców Hir­sh­bergu (akcja prze­sie­dleń­cza trwała jesz­cze co naj­mniej dwa lata; mia­sto ofi­cjal­nie zyskało pol­ską nazwę dopiero rok póź­niej). Nie­da­leko ich pierw­szego miej­sca zamiesz­ka­nia, czyli w oko­licach rynku – a raczej „Placu Ratu­szo­wego”, bo choć tablica Rathau­splatz została szybko zdjęta, jej dosłowne tłu­ma­cze­nie zostało w języku do dzi­siaj – tra­fili, a wła­ści­wie wpa­dli przez źle zało­żoną kratę nad oknem do wsy­py­wa­nia węgla do piw­nicy, która oka­zała się maga­zy­nem róż­nych skar­bów. Wujek prze­szło 70 lat póź­niej wspo­mi­nał, że były tam dwa rodzaje przedmio­tów: ogromna ilość czar­nych, szcze­rzą­cych pożół­kłe zęby kla­wia­tur kas skle­po­wych oraz poroża i wypchane tru­chła zwie­rząt z całego świata, głów­nie z Afryki. Te lepiej lub gorzej zama­sko­wane skrytki, które ludzie odnaj­dy­wali jesz­cze wiele lat po woj­nie, spra­wiały, że stra­sze­nie przez nową wła­dzę nie­miec­kim rewan­ży­zmem odno­siło w moich stro­nach pożą­dany efekt („oni” naprawdę zamie­rzali wró­cić!). Wujek te bawole rogi przy­tar­gał do domu. Jego rodzice, moi dziad­ko­wie, nie byli z tego powodu zachwy­ceni, ale doszli do wnio­sku, że odnie­sie­nie zna­le­zi­ska wią­za­łoby się z jakimś ryzy­kiem, więc zostały (w prze­ci­wień­stwie do wujka, który póź­niej pry­snął do Sta­nów).

Ten „ame­ry­kań­ski” wujek to w ogóle było nie­złe ziółko. Nie miał jesz­cze dwu­dzie­stu lat, gdy nakrę­cony prozą Hła­ski, posta­no­wił zara­biać jako kie­rowca cię­ża­ro­wego ZiŁa (pod­czas wojny na podwo­ziach poprzed­niczki tej pie­kiel­nej, radziec­kiej maszyny insta­lo­wano Katiu­sze). Jeździł w dale­kie trasy, głów­nie do Gdań­ska i War­szawy, jako „drugi kie­rowca”. W prak­tyce to on pro­wa­dził więk­szość czasu, bo pierw­szy kie­rowca był wsta­wiony już po pierw­szym postoju. Wujek był szczę­śliwy, wielka ebo­ni­towa kie­row­nica, wyso­kie sie­dze­nie, wijąca się droga i przy­zwo­ity zaro­bek na prze­wo­żo­nym na lewo towa­rze. Stać go było na adap­ter i gło­śne imprezy w miesz­ka­niu rodzi­ców pod­czas ich let­nich wyjaz­dów w rodzinne strony, prze­waż­nie w celu pomocy rodzi­nie przy żni­wach. Imprezy były gło­śne nie tylko dzięki połą­czo­nej sile kilku radziec­kich radio­od­bior­ni­ków, ale także bizan­tyj­skiemu roz­ma­chowi tych har­ców. O dzi­kich wybry­kach, ogłu­sza­ją­cym jaz­zie i nagich dziew­czę­tach palą­cych papie­rosy w wyso­kich oknach na ostat­nim pię­trze kamie­nicy przy Świer­czew­skiego napi­sała raz nawet lokalna gazeta. Wujek przed przy­jaz­dem rodzi­ców wyku­pił cały jej nakład, żeby ich nie mar­twić.

Dziad­ko­wie nie przy­je­chali na Dolny Śląsk razem. Zaraz po kapi­tu­la­cji Nie­miec, czyli późną wio­sną lub w począt­kach lata ’45, dzia­dek, który nie cierpiał pracy na roli (jego ojciec, mój pra­dzia­dek, był kowa­lem, więc jego syn dosko­nale wie­dział, że na świe­cie bywają cie­kaw­sze zaję­cia niż grze­ba­nie w ziemi), wyru­szył na wybrzeże w poszu­ki­wa­niu lep­szego losu. W Gdań­sku mu nie wyszło, dla­tego poje­chał na połu­dnie, do Wro­cła­wia, do któ­rego w końcu nie dotarł. Ktoś mu pora­dził, żeby zamiast pchać się do tego wiel­kiego, znisz­czo­nego mia­sta, poszu­kać cze­goś bar­dziej kame­ral­nego na zachód od Odry. Po przy­je­ździe na miej­sce dzia­dek zatrzy­mał się w Hotelu Europa (histo­ria tego ist­nie­ją­cego do dzi­siaj przy­bytku robi wra­że­nie, bo już w XIII wieku ist­niała tam karczma, udzie­la­jąca gościny tym, któ­rzy nie zdą­żyli prze­kro­czyć bram mia­sta przed ich zamknię­ciem) i przez jakiś czas pro­wa­dził inten­sywne poszu­ki­wa­nia domu i pracy. Bab­cia była nie w cie­mię bita i dosko­nale wie­działa, co to za „poszu­ki­wa­nia”. Pew­nego dnia napi­sała mu krótko, że wła­śnie się pakuje i za 2-3 dni przy­jeż­dża z dziećmi, więc lepiej, żeby miesz­ka­nie już na nich cze­kało.

Cze­kało. Po przy­je­ździe mama nie miała jesz­cze trzech lat, a że jej rodzice byli dia­blo zajęci orga­ni­zo­wa­niem sobie nowego życia w obcym miej­scu, i ona spę­dzała dni na wędrów­kach po jej nowym, wiel­kim podwórku oto­czo­nym arka­dami. Mówię o nie­spełna 3-let­niej dziew­czynce, która przy­je­chała z zamoj­skiej wsi, gdzie były pola, krowy i kryte strze­chą cha­łupy, do euro­pej­skiego, nowo­cze­snego mia­sta, onie­śmie­la­ją­cego nawet doro­słych osad­ni­ków. Z dnia na dzień przy­chodźcy zna­leźli się w świe­cie obcym, jesz­cze nie­dawno nale­żą­cym do innej kul­tury. Przy­byli do miej­sca, które w odróż­nie­niu od naj­bliż­szej metro­po­lii, Wro­cła­wia, czyli mia­sta-twier­dzy Bre­slau, szczę­śli­wie omi­nął front, więc mogło pysz­nić się we wrze­śnio­wym słońcu nie­bo­tycz­nymi kościo­łami, impo­nu­ją­cym budyn­kiem teatral­nym, ele­ganc­kimi kamie­ni­cami, błysz­czą­cym po desz­czu rów­nym bru­kiem, baj­ko­wymi przedmie­ściami ze zbu­do­wa­nymi w stylu pała­co­wym, zagu­bio­nymi wśród sta­rych drzew i roman­tycz­nych ogro­dów wil­lami. „Pio­nie­rzy”, jak ich nazwała peere­low­ska pro­pa­ganda, zostali wrzu­ceni w te efek­towne sce­no­gra­fie, gdzie cze­kał na nich nie­źle zorien­to­wany i ide­olo­gicz­nie ukie­run­ko­wany „apa­rat” – urzęd­nicy, mili­cja, woj­sko, ube­cja (a pew­nie i służby Wiel­kiego Brata). Treść, która miała się poja­wić, już w przed­ak­cji zaopa­trzono w jasno okre­ślony wek­tor.

Dzia­dek umarł, gdy mia­łem kilka lat, więc pamię­tam nie­wiele. Spa­cery w „alej­kach”, czyli na jed­nym z głów­nych dep­ta­ków mia­sta, gdzie stał, jak go wtedy nazy­wano, „pomnik minety”, czyli dziew­czynka wrę­cza­jąca „radziec­kiemu wyzwo­li­cie­lowi” kwiaty, z głową na wyso­ko­ści jego penisa. Mama opo­wia­dała, że do dobrego tonu w latach 60. (a może jesz­cze 50.?) nale­żało rzu­ca­nie w pomnik z okien prze­jeż­dża­ją­cego pod nim tram­waju wydmusz­kami jajek napeł­nio­nymi czer­woną farbą. Lokalna opo­zy­cja pró­bo­wała prze­wró­cić pomnik. Pew­nej nocy opa­sano go linami, które przy­mo­co­wano do tram­waju. Ale pomnik „nowych porząd­ków” oka­zał się sil­niej­szy, tram­waj się wyko­leił, a wła­dza na wszelki wypa­dek zli­kwi­do­wała tram­waje w całym mie­ście. Kie­dyś na spa­ce­rze z dziad­kiem pod drze­wem w „alej­kach” pla­sti­kową łopatką wyko­pa­łem z czar­nej ziemi skarb: zie­lo­nego sło­nika na tom­ba­ko­wym łań­cuszku. Dzia­dek był bar­dzo ele­ganc­kim męż­czy­zną, zawsze w płasz­czu i kape­lu­szu. Nie oka­zał emo­cji z powodu tego fan­ta­stycz­nego zna­le­zi­ska, choć mi mało nie wysko­czyło serce z piersi. Dzi­siaj myślę, że pew­nie cze­kał na wie­czór, gdy pój­dzie na wódkę do Teatral­nej. Kil­ka­na­ście lat póź­niej też lubi­łem tam prze­sia­dy­wać. Może dla­tego, że w Teatral­nej, jej wystroju i pro­stym menu z kró­lu­ją­cymi w nim wódką i nóż­kami w gala­re­cie, czas zatrzy­mał się w latach akcji powie­ści Sta­chury, w któ­rych się wtedy zaczy­ty­wa­łem.

Gdy rodzina mamy przepro­wa­dziła się na Świer­czew­skiego, wujek wie­czo­rami wycho­dził do teatru. Nale­ża­łoby raczej powie­dzieć „na teatr”. Po pro­stu wsta­wał od stołu, szedł na strych, wycho­dził na dach, potem szczy­tami wyso­kich kamie­nic prze­mie­rzał kil­ka­set metrów na dach teatru, wkra­dał się na jego pod­da­sze i przez jakąś szparę w sufi­cie oglą­dał przed­sta­wie­nia. 20 parę lat póź­niej też tam spę­dza­łem wie­czory. Kolega znał kogoś z akto­rów, więc gdy jesienne chłody dały się już nam we znaki, kupo­wa­li­śmy kolejne wino i szli­śmy się ogrzać na przed­sta­wie­nie. Zwy­kle były to spek­ta­kle Lupy, które potra­fiły trwać 5-6 godzin. Byli­śmy pod wra­że­niem, choć wtedy nie wie­dzie­li­śmy, że oglą­damy arcy­dzieła i jeste­śmy świad­kami histo­rii. Maciej Kor­bowa i Bel­la­trix, Prag­ma­ty­ści, Nadob­ni­sie i kocz­ko­dany. Chyba miało to jakiś wpływ na moje przy­szłe wybory. Musia­łem tylko tro­chę prze­trzeź­wieć i poko­nać nęka­jące mnie demony.

Pamię­tam opo­wieść mamy o jej pierw­szej przy­go­dzie w nowym miej­scu (wrze­sień lub paździer­nik ‘45), która nawet nie jest aneg­dotą, a tylko poru­szo­nym zdję­ciem, emo­cją tak silną, że została w jej pamięci na zawsze. Zajęta zabawą nie zauwa­żyła szybko nad­cho­dzą­cego zmierz­chu, a ponie­waż były jakieś pro­blemy z prą­dem, latar­nie nie dzia­łały albo ich ele­menty zostały roz­kra­dzione, brama domu, w któ­rym miesz­kała, tonęła w ciem­no­ści. Wyobraź­nia dziecka wpi­sy­wała w tę ciem­ność różne straszne stwory. Mama skryła się w kącie za kamien­nym coko­łem wień­czą­cym obra­mo­wa­nie scho­dów pro­wa­dzą­cych do jed­nych z wrót ratu­sza. Widziała prze­cho­dzą­cych ludzi w cięż­kich butach i woj­skowych szy­ne­lach. Po jej lewej stro­nie, pod arka­dami, znaj­do­wał się jeden jedyny jasny punkt na roz­le­głym pro­sto­ką­cie rynku – rzę­si­ście oświe­tlony sklep z mię­sem. Za jego szklaną witryną poja­wiały się obrazy rów­nie straszne, co w jej wyobraźni, a przy tym okrut­nie wyraźne. Męż­czyźni w brud­nych, bia­łych far­tu­chach prze­no­sili na ple­cach zwie­rzęce tusze, a potem dzie­lili je tasa­kiem na zakrwa­wio­nym pniu. Mama już wie­działa, co to wojna, więc myślała, że to ciała jakichś bied­nych ludzi. Puenty brak. Można się tylko domy­ślić, że po jakimś cza­sie zmar­zła tak, że poko­nała strach i w końcu udało jej się czmych­nąć do domu. Może to, może sze­reg innych tego typu doświad­czeń, o któ­rych nie wiem, dały jej siłę i pew­ność, żeby w latach 70. nie obcyn­da­lać się z jakąś durną przed­szkolanką, gdy jej dziecku działa się krzywda.

Plac Ratu­szowy, który podwór­kiem mamy i wujka był krótko, bo rodzina wkrótce prze­nio­sła się do miesz­ka­nia z owym zawie­szo­nym pod nie­bem bal­konem, za sprawą przy­padku stał się także moim podwór­kiem. Ojciec, świeżo upie­czony inży­nier z Wro­cła­wia, dostał tam w poło­wie lat 60. miesz­ka­nie służ­bowe (30 lat póź­niej, za sprawą innego przy­padku, już jako szef Zakładu Inwe­sty­cji Miej­skich, kie­ro­wał rewi­ta­li­za­cją śród­miej­skich, zabyt­ko­wych ele­wa­cji, w tym także tej kamie­nicy). Miesz­ka­łem tam krótko, ale zdą­ży­łem zostać nie­ro­zu­mie­ją­cym świad­kiem dekon­struk­cji nie­miec­kiego sznytu tego miej­sca. Kiedy mia­łem 4 lata i dosta­łem od ojca pierw­szy rower, wła­dze mia­sta, by nadą­żyć za gier­kow­skim poj­mo­wa­niem „nowo­cze­sno­ści”, posta­no­wiły wymie­nić „na Placu” kamienny bruk na nie­prak­tyczne, ale za to szpetne gra­ni­towe płyty. Na ich śli­skich powierzch­niach pod­czas mroź­nych i dłu­gich zim, będą­cych normą w latach 70., ludzie na potęgę łamali sobie nogi, więc przez wiele mie­sięcy każ­dego roku (aż do póź­nych lat 90.) leżał tam zbry­lony śnieg skąpo przy­sy­pany pia­skiem, two­rząc tym bar­dziej nie­bez­pieczne, śli­skie wyboje. Nawierzch­nię wymie­niano sek­to­rami, odgra­dza­nymi pły­tami z nie­bieskiego pla­stiku. W ten spo­sób pod ratu­szem powstał praw­dziwy labi­rynt, w dodatku o zmie­nia­ją­cej się z bie­giem czasu geo­me­trii, ide­alny tor prze­szkód dla mojego błę­kitnego „Har­leya” (wysoka kie­row­nica, dłu­gie sio­dełko). Upo­jony świeżo nabytą umie­jęt­no­ścią, mogłem brać dzi­kie wiraże i pło­szyć prze­chod­niów, na całe godziny zapo­mi­na­jąc o mojej wtedy naj­więk­szej tro­sce, że gdy lato dobie­gnie końca, pójdę do przed­szkola.

Z bie­giem lat uroda mia­sta pod­upa­dała. Nie­re­mon­to­wane kamie­nice obra­cały się w ruiny. Parki, a wła­ści­wie efek­tow­nie zapla­no­wane ogrody miej­skie z modrze­wio­wymi ale­jami, które już w latach 40. były „pomni­kami przy­rody”, i z alta­nami, w któ­rych przed ‘45 grały orkie­stry, umi­la­jąc sje­stę spa­ce­ro­wi­czom, dzi­czały. To zdzi­cze­nie dla mnie i moich kum­pli miało jed­nak zalety, choć doce­ni­li­śmy je dopiero w wieku nasto­let­nim, gdy zapusz­czone parki stały się wyma­rzo­nymi ple­ne­rami na randki z dziew­czyną, wino z kum­plem i emo­cjo­nu­jące wagary.

Dla odważ­nych były jesz­cze ist­nie­jące do dzi­siaj „lochy” pod Wzgó­rzem Kościuszki, czyli roz­le­głym parkiem, któ­rego czę­ścią był miej­ski cmen­tarz. Jakieś pod­zie­mia w tym miej­scu ist­niały już w XVIII wieku. W zim­nych piw­ni­cach prze­cho­wy­wano żyw­ność i beczki z winem. Gdy w ‘44, w miarę cofa­nia się frontu, powstało zagro­że­nie alianc­kimi nalo­tami, znacz­nie je roz­bu­do­wano (rękami rosyj­skich jeń­ców) z myślą o zapew­nieniu schro­nów dla miesz­kań­ców mia­sta. Pod wzgó­rzem powstały 4 wyso­kie na 8 metrów hale z łuko­wymi skle­pie­niami, połą­czone nie­koń­czą­cymi się kory­tarzami i sztol­niami, zaopa­trzone w wodę, sieć tele­fo­niczną, toa­lety oraz sys­tem wen­ty­la­cyjny i zasi­la­nia awa­ryj­nego. Bez pro­blemu mogły pomie­ścić 6 tysięcy ludzi, ale inwe­sty­cja oka­zała się zbędna, mia­sta nie dosię­gnęły alianc­kie bom­bar­do­wa­nia. Pod koniec pod­sta­wówki był to jeden z ulu­bio­nych celów mojej ówcze­snej paczki. I nie odstra­szały nas histo­rie o dzie­cia­kach, które zabłą­dziły w tune­lach i zja­dły je szczury. Naj­faj­niej było się tam wybrać z histe­ry­zu­ją­cymi dziew­czy­nami – cały czas trzeba było je przy­tu­lać, by ochro­nić przed „złem”. Po poma­lo­wa­nych farbą z fos­fo­rem ścia­nach (kolejne zabez­pie­cze­nie przed utratą zasi­la­nia) pisa­li­śmy latar­kami brzyd­kie wyrazy. Po zga­sze­niu latarki napis długo pło­nął na ścia­nie zie­lo­nym, fos­fo­ry­zu­ją­cym świa­tłem, a oszo­ło­mione dziew­czyny w naszych bar­dzo męskich obję­ciach na prze­mian śmiały się i pisz­czały ze stra­chu.

W listo­pa­dzie ‘84 bab­cia zmarła. Wie­czo­rem mama szyła sukienkę do trumny, w którą rano miała ją ubrać. Mia­łem 16 lat. Klę­cze­li­śmy na dywa­nie z pobli­skich Kowar w modne, geo­me­tryczne wzory. Pró­bo­wa­łem pomóc. Mama cięła mate­riał i fastry­go­wała kawałki. Pamię­tam jej poważne sku­pie­nie. W następ­nym tygo­dniu napisa­łem dla babci pio­senkę. Cho­dzi­łem do szkoły muzycz­nej, gra­łem na gita­rze, od dwóch lat mia­łem kapelę pun­kową. To zresztą chyba był wła­śnie ten moment, kiedy punk mnie znu­dził. Zau­wa­ży­łem, nie bez zdzi­wie­nia, że czę­ściej słu­chałem Gre­chuty niż Joy Divi­sion.

Pew­nie kie­dyś wszy­scy spo­tkamy się w raju w środku Słońca. Będzie tam bab­cia, dzia­dek, kupę faj­nych ludzi, może nawet Niemcy, któ­rzy też na pewno mają mnó­stwo wła­snych bemer­ken­swerte Erri­ner­run­gen, prze­cież nie mniej waż­nych niż nasze, o utra­co­nych mia­stach, kościo­łach, par­kach, miesz­ka­niach (i wszyst­kim, co w nich ukryli, licząc na odmianę losu). Będzie nam cie­pło i dobrze, będziemy machać nogami z nie­bo­tycz­nych bal­konów i gła­skać głu­pie koty, które chciały prze­sko­czyć niebo, gadać o daw­nych cza­sach i roz­le­wać piwo na kwia­cia­stych cera­tach. Ale póki co dzień jak co dzień, pamięć blak­nie jak stare foto­gra­fie i w chwi­lach zwąt­pie­nia przy­cho­dzi myśl, że to, co wyda­rzyło się naprawdę, po latach ma nie­wiele więk­szą war­tość niż fik­cja. Jeżeli coś zostaje, to dzięki intu­icji i odwa­dze, chyba jedy­nych sił mogą­cych prze­zwy­cię­żyć czas, oca­lić w nas dziecko i popro­wa­dzić ku Słońcu. 

Histo­ria. Die Geschichte. Intu­icja – die Intu­ition. Odwaga – der Mut. Und die Sonne: Słońce.musująca tabletka.png

kreska.jpg

WOJCIECH PANASIUK
Teatro­log, absol­went UJ. Autor opo­wia­dań, dra­ma­tów, arty­ku­łów o teatrze i rekla­mie oraz tek­stów pun­ko­wych pio­se­nek. Publi­ko­wał m.in. w Dida­ska­liach, Fra­gile, InterFabu­la­riach. W wol­nych chwi­lach strzela z łuku i wyobraża sobie bóg wie co.

KAMILLA CZERNEK
Art Direc­tor, magi­ster sztuki. Tak samo jak design i rene­san­sowe malar­stwo kocha abs­trak­cyjną duszę kotów. Bywa, że w jej pra­cach dają o sobie znać jej rosyj­skie korze­nie. Rzadko, bo autorka sama nakłada na nie sank­cje.


Ta strona korzysta z plików cookie.