DO GÓRY

 

fuss_łowcy_tygrysów_bocheńska_cover.jpg

NUMER 13 (4) SIERPIEŃ 2015 | "FOLWARK ZWIERZĘCY"


ŁOWCY TYGRYSÓW

AMIRA BOCHEŃSKA
kreska.jpg

Bie­gnę w klap­kach po bło­cie, pot leje się z czoła. W poran­nych ciem­no­ściach szu­kam swo­jego celu, zba­wien­nego ustro­nia. Byle zdą­żyć. Ścieżka stroma, klapki roz­je­dżają się na błot­ni­stej mazi. Bio­lo­gia rząda ulgi. Bie­gnę, cała drżę. Dopa­dam do wychodka. Ach, co za ulga!

W takich chwi­lach doce­niam wygody cywi­li­za­cji rodzi­mej Europy: wspa­niałą kana­li­za­cję, spłuczki w ubi­ka­cjach, cie­płą wodę pod prysz­ni­cem. Hołd oddaję Impie­rium Rzym­skiemu i twór­com akwe­duk­tów oraz wszyst­kim tym, co swoje życie poświę­cili ulep­sza­niu toa­let.

ZAGROŻENIA WSPÓŁCZESNOŚCI

Gdy tak się roz­ma­rzy­łam, nagle ogłu­szona zosta­łam trzesz­czącą melo­dią. W taj­skim mon­su­no­wym buszu ryczą gło­śniki. Kiep­ska wer­sja Ody do rado­ści­ podnosi na bacz­ność tych, któ­rych kon­cert kogu­tów nie zdo­łał jesz­cze roz­bu­dzić. Jest piąta nad ranem. Wolna od uci­sku trzewi wycho­dzę z wychodka i obser­wuję poranne życie wio­ski. Leniwe zamie­sza­nie. Męż­czyźni przy­go­to­wują się do wyj­ścia w pole, gdzie do wie­czora będą upra­wiać kawę, kwiaty i warzywa. Jesz­cze nie tak dawno temu bogac­two zamiesz­ka­łych tu gór­skich ple­mion zale­żało wyłącz­nie od uprawy opium. Pola zasiane bia­łymi, fio­le­to­wymi i czer­wo­nym makami znik­nęły. Rząd Taj­lan­dii jed­nym dekre­tem zamie­nił nar­ko­ty­kowe wzgó­rza i doliny w życio­dajne pola i kwiet­niki do ozdoby posąż­ków Buddy.

fuss_łowcy_tygrysów_bocheńska4.jpgKo­biety roz­pa­lają ogień w domo­stwach. Nowo­rodki swoim zwy­cza­jem popła­kują, ale star­sze dzieci z nie­ty­po­wym pod­eks­cy­to­wa­niem ubie­rają się w mun­durki, pakują ple­caki. Nikt z ich rodzin nie uczęsz­czał wcze­śniej do szkoły. Nikt nie potrafi tu czy­tać ani pisać. Mało kto w wio­sce poro­zu­miewa się po taj­sku. Te sied­mio­latki na zawsze odmie­nią losy wio­ski ple­mie­nia Lahu. Może zagubi się gdzieś toż­sa­mość dzi­siej­szej gene­ra­cji. Zmie­nią się oby­czaje i obrządki. Magię i demony zasta­pią sate­li­tarne pro­gnozy pogody, lek­cje che­mii i fizyki. Świat sta­nie się mniej­szy, dostępny. Dotych­czas był nie­koń­czącą się opo­wie­ścią, rzą­dziły nim prawa natury, wie­rze­nia i oby­czaj, nie urzędy. Odkąd wędrow­ni­cze ple­mię utknęło w Zło­tym Trój­ką­cie, pomię­dzy narzu­co­nymi po II woj­nie świa­to­wej gra­ni­cami, wszystko tu się zmie­nia.

WĘDRÓWKI LUDÓW

Póki co toż­sa­mość ple­mie­nia jest wyra­zi­sta. Tajo­wie mówią o Lahu, że to Chiń­czycy, jed­nak jest to uprosz­cze­nie.

Lahu to nie­za­leżny naród. W dokład­nym tłu­ma­cze­niu la­hu­ ozna­cza “łowcy tygry­sów”. Obec­nie ist­nieje auto­no­miczne pań­stwo Lahu. Utwo­rzono je w pół­nocno-zachod­niej pro­win­cji Chin, Yun­nan, w 1953 roku. Dawni przod­ko­wie łow­ców zamiesz­ki­wali jed­nak rejony Tybe­tań­skich Wzgórz, po czym prze­mie­ścili się w głąb Chin, głów­nie w rejon Qin­ghai. Ich pie­śni i mity mówią o tej pro­win­cji. Na bazie mitów zba­dano szlaki migra­cji ludu, ale czas zro­bił swoje i bez doku­men­ta­cji trudno jest dzi­siaj usta­lić ich dokładne pocho­dze­nie. Pomię­dzy IV a XIX wie­kiem zamiesz­ki­wali tereny Chin. Mieli swo­ich przy­wód­ców mocno sta­wia­ją­cych opór dyna­sti Han i Tai. Jed­nakże gdy ich siły zma­lały, ple­mię ruszyło w drogę. Rozeszli się w róż­nych kie­run­kach. Więk­szość zamiesz­kała w połu­dniowo-zachod­nich Chi­nach, inni na tere­nach Laosu, Burmy (Myan­mar) czy Wiet­namu.

Ple­mię Lahu zamiesz­ku­jące rejony Taj­lan­dii opu­ściło Yun­nan ponad 200 lat temu. Ucie­kali przed wojną i prze­mocą w trudno dostępne, nie­za­miesz­kane tereny gór­skie i izo­lo­wali się od swo­ich i obcych, na trwałe pozo­sta­jąc zwią­zani z tra­dy­cjami i mitami. Dla­tego zawę­dro­wa­łam tu w poszu­ku­wa­niu źró­deł wie­dzy medycz­nej.

ZA WZGÓRZAMI

Je­stem na wzgó­rzach pół­noc­nej Taj­lan­dii, około dwóch godzin drogi od Chiang Mai. Nie­da­leko mojej wio­ski kwit­nie naj­więk­sze i naj­waż­niej­sze mia­sto pół­noc­nej Taj­lan­dii. Jest waż­nym cen­trum kul­tu­ral­nym i reli­gij­nym. Tam docie­rają Euro­pej­czycy, aby nauczyć się taj­skiego masażu, kick-boxingu czy goto­wa­nia, poznać pod­stawy bud­dy­zmu lub zwie­dzić jedną z trzy­stu świa­tyń: Wat Phra Singh, Wat Phra­that Doi Suthep albo Wat Chedi Luang.

Miesz­kańcy ple­mie­nia Lahu, wśród któ­rych spę­dzę kilka tygo­dni, swoją przy­na­leż­ność do reli­gii i języka okre­ślają kolo­rem codzien­nych stro­jów: Czarni Lahu, Czer­woni Lahu, Żółci Lahu, Nie­bie­scy Lahu itd. Mimo iż podzie­liły ich losy, dia­lekty, wpływy chrze­ści­jań­stwa i bud­dy­zmu – sta­no­wią wspól­notę.

Kil­ku­set­let­nia wędrówka nie znisz­czyła poczu­cia ple­mien­nej toż­sa­mo­ści. Bada­nia gene­tyczne potwier­dzają, że nie mie­szali się z popu­la­cją zamiesz­ku­jacą miej­sce tym­cza­so­wego osie­dle­nia. Oczy­wi­ście zda­rzały się wyjątki. Spo­tkać wsród nich można Azjatkę o sko­śnych, błę­kit­nych oczach i pie­gach pokry­wa­ją­cych całe ciało. Na chwilę można się zauro­czyć, czar jed­nak pry­ska, gdy miej­scowa pięk­ność na przy­ja­ciel­ską zaczepkę odpo­wie coś w swoim języku i splu­nie ci tyto­niem pod nogi, nim odej­dzie w swoją stronę.

fuss_łowcy_tygrysów_bocheńska2.jpgW małej wio­sce oto­czo­nej górami, gdzie mam miesz­kać, żyją tubylcy w nie­bie­skich spód­nico-spodniach, tak zwa­nych Lahu-por­t­kach (ang. Lahu pant­s). Nie­bie­scy Lahu ubie­rają się bar­dzo tra­dy­cyj­nie. Ich stroje z pew­no­ścią zachwy­ci­łyby pary­skie salony mody. Wyra­zi­ste kolory, wzory pełne kwia­tów i motyli, piękne hafty, prze­pa­ski na nogach i rękach, spodnie, spód­nice, pasy, wiel­kie żakiety z dłu­gimi ręka­wami, a wszy­sto to z bar­dzo deli­kat­nej tka­niny. Udało mi się wytar­go­wać parę z tych wspa­nia­łych ubrań. Han­del był wymienny. W zamian za latarkę, klapki i śpi­wór otrzy­ma­łam stroje. Wspa­niała trans­ak­cja. Jed­nak nie wiem, czy star­czy mi odwagi, by kie­dy­kol­wiek poka­zać się w taj­skim stroju na gali w mojej Euro­pie.

Za­sta­na­wia­łam się, skąd ta jaskra­wość ubrań. Może pomaga im odna­leźć się we mgle? W cza­sie pory desz­czo­wej przez więk­szość dnia trudno coko­lo­wiek dostrzec. Gęsta mgła niczym pie­rzyna pokrywa wzgó­rza, gdzie­nie­gdzie widać wysoko poło­żone na palach bam­bu­sowe domki. Jed­nak tubylcy mają wyostrzony wzrok, mgła im nie prze­szka­dza. Zapewne przy­sto­so­wali się, mają roz­wi­nięte zmy­sły i potra­fią prze­miesz­czać się bez żad­nych pro­ble­mów. Dla mnie alar­mowy bieg do wychodka był nie lada wyczy­nem, jed­nak Lahu prze­miesz­czają się boso po błot­ni­stych dróż­kach bez żad­nego pro­blemu.

My – Euro­pej­czycy – odziani w mar­kowe buty, ludzie przy­zwy­cza­jeni do pro­stych chod­ni­ków, pre­zen­tu­jemy się świet­nie, ale mimo naszego "Ce costume a une belle allure", do tej pory nie do końca udaje nam się dosto­so­wać do miej­skiego oto­cze­nia. Nasza fizjo­lo­gia pew­nie potrze­buje wię­cej czasu, żeby się przy­sto­so­wać. Jed­nym z głów­nych powo­dów bolą­cych ple­ców jest nasze obu­wie, że nie wspo­mnę o obca­sach. Nasze wycią­gnięte szyje do moni­to­rów, prze­krzy­wione ramiona od pod­trzy­my­wa­nia tele­fonu, osła­bione mię­śnie brzu­cha od sie­dze­nia w biu­rze – to dole­gli­wo­ści miesz­czu­chów. Wła­śnie one zapro­wa­dzily mnie do wio­ski ple­mie­nia Lahu, by stu­dio­wać tech­niki taj­skiego masażu. Chcąc pomóc miesz­czu­chom zachod­niego świata w odna­le­zie­niu wła­ści­wej postawy i pozba­wie­niu ich fizycz­nego bólu, trzeba szu­kać wie­dzy u źró­deł. W sta­rych szko­łach i prze­ka­zach.

fuss_łowcy_tygrysów_bocheńska6.jpgASOKANANDA I MASAŻ TAJSKI

Tech­niki masażu taj­skiego się­gają cza­sów wiel­kich migra­cji idei i ludzi przez tereny Taj­lan­dii. Pamię­tają czasy Szlaku Jedwab­nego, który cią­gnął się od Pań­stwa Środka poprzez Indie aż do Morza Śró­dziem­nego.

Jak do tego doszło, że w wio­sce ubo­giego ple­mie­nia Lahu, któ­rego bogac­two wyzna­cza ilość czar­nych świń w gospo­darce, a nie “pi­sate” i “czy­tate”, pro­wa­dzona jest mię­dzy­na­ro­dowa szkoła masażu? Wieść nie­sie, że pew­nego mgli­stego poranka prze­cho­dził tymi wzgó­rzami nie­miecki nauczy­ciel i myśli­ciel. Dotarł on do tutej­szej wio­ski. Wśród miesz­kań­ców napo­tkał chorą kobietę, któ­rej zde­cy­do­wał się pomóc. Wędro­wiec zwał się Aso­ka­nanda, takie imię nadane mu zostało przez bud­dy­stów. Aso­ka­nanda zabrał kobietę na lecze­nie do szpi­tala w mie­ście. Kiedy wyzdro­wiała, wró­cił z nią na wzgó­rza do koczu­ją­cego ple­mie­nia. Pomimo języ­ko­wej bariery, zaprzy­jaź­nili się. Zdaje się, że poro­zu­miewali się dosko­nale, skoro doszło do tego, że wspól­nie wypili rytu­alną her­batę. Nie było to jed­nak zwy­czajne angiel­skie tea time­, u ple­mie­nia Lahu wspólna her­bata ozna­cza cere­mo­nię ślubną. Od tego czasu Aso­ka­nanda i kobieta, zwana przez swo­ich Wielką Mamuśką, zostali mężem i żoną. Zgod­nie z tra­dy­cją ple­mienną pan młody po wypi­ciu her­batki musi na parę lat zamiesz­kać z rodziną panny mło­dej. Tak też się stało. Wielka Mamuśka uro­dziła przy­by­szowi dwóch synów i nie­miecki wędro­wiec posta­no­wił pozo­stać na miej­scu.


Aso­ka­nanda miał sporo wie­dzy, którą lubił się dzie­lić. To on jest auto­rem zna­nej przez tera­peu­tow "czer­wo­nej ksią­żeczki" o tech­ni­kach tra­dy­cyj­nego taj­skiego masażu, wyda­nej w 1990 roku. To jedna z pierw­szych infor­ma­cji o orien­tal­nej medy­cy­nie, masażu taj­skim i jodze, prze­tłu­ma­czona na języki świata zachod­niego. Wydał rów­nież wiele innych ksią­żek wta­jem­ni­cza­ją­cych w świat medy­ta­cji i medy­cyny Dale­kiego Wschodu, jed­nak jego naj­więk­szym osią­gnię­ciem było stwo­rze­nie szkoły masażu taj­skiego, wła­śnie tu, w głębi lasów Taj­lan­dii. Dziś szkoła zwana Sun­shine Network ma sie­dziby na całym świe­cie, jed­nak jej ser­cem pozo­staje wio­ska ple­mie­nia Lahu.

Od lat przy­jeż­dżają tu stu­denci tacy jak ja, aby uczyć się, zwol­nić i zmie­nić tempo swo­jego życia, poznać inne światy. Pomimo najaz­dów grup mło­dzieży z innych kon­ty­nen­tów, wio­ska i oby­czaje nie zmie­niły się dra­stycz­nie. Wydaje się, że tubylcy żyli i żyją w rów­no­le­głym do naszego świe­cie. I cho­ciaż nie mogą nas kom­plet­nie zigno­ro­wać, nasza obec­ność nie wytrąca ich z wła­snego rytmu.

fuss_łowcy_tygrysów_bocheńska1.jpgW WIOSCE

Z gło­śni­ków ponow­nie wydo­bywa się trzesz­cząca muzyka. Tym razem przy­po­mina to melo­dię Chim Chim Cher-ee z filmu o Mary Pop­pins. Będzie ją sły­chać co godzinę. To sygnał dla rol­ni­ków. Zapo­wiada też porę posił­ków i koniec pracy, godzinę powrotu do domu.

Ich domy stoją na palach. Wyglą­dają mało sta­bil­nie, jed­nakże wytrzy­mały nie­jedną ostrą, dra­ma­tyczną burzę, budząc sza­cu­nek dla dzieła archi­tekta i wyko­nawcy. Zazwy­czaj bam­bu­sowe domo­stwa pokryte są liśćmi. Wew­nątrz domu można roz­pa­lić ogni­sko, by przy­go­to­wać wie­cze­rzę. Ponoć to od nas, podróż­nych, nauczyli się goto­wać w domach. Cho­ciaż daw­niej głów­nie żywili się upo­lo­waną zwie­rzyną i ptac­twem – dzi­siaj są spe­cja­li­stami wegań­skich potraw. Nie muszą też polo­wać. Wokół domów bie­gają świ­nie, kury i psy. Świ­nie świn­tu­szą od bia­łego rana, chrum­kają i barasz­kują tak gło­śno, że trudno o spo­kojny sen. Pobudki dla wszyst­kich żyją­cych w wio­sce są bar­dzo wcze­sne, ale i noc zapada tu nagle i szybko. W "magicz­nym roku" 1994 zain­sta­lo­wano w wio­sce elek­trycz­ność, nie­wielu z niej jed­nak korzy­sta. Około dzie­wią­tej wie­czo­rem pogrą­żona w ciem­no­ściach wio­ska śpi.

Trudno tu o pry­wat­ność w naszym rozu­mie­niu. Każdy nazbyt hała­śliwy dźwięk, kich­nię­cie, nie mówiąc już o impre­zach, powo­duje wibra­cje domku na palach i cał­ko­wi­cie burzy spo­kój sąsiada.

Jest we wsi miej­sce dla zabawy, muzyki i tańca – to plac. Miesz­kańcy wio­ski gro­ma­dzą się tutaj przy szcze­gól­nych oka­zjach. Ponoć gdy cere­mo­nia kon­cen­truje się wokół wyż­szej sprawy, cza­sami oddaje się w ofie­rze koguta. Zaba­wie towa­rzy­szy muzyka grana na spe­cy­ficz­nych instru­men­tach, takich jak lusheng (rury z trzciny) bądź trzy­stru­nowa gitara. Tań­czą w kole, przy­tu­pu­jąc mocno i pod­śpie­wu­jąc. Zda­rza się, że przy oka­zji ślubu, roz­wodu czy uro­dzin taka cere­mo­nia trwa parę dni. Cza­sami także w trak­cie rytu­al­nego wypę­dza­nia demo­nów.

De­mo­nów jest sporo, głów­nie powią­za­nych z naturą. Zasie­dlają wzgó­rza, stru­mie­nie, przy­by­wają ze słońca, świa­tła i tęczy. Są demony przy­ja­zne, ale i takie, które zdolne są zaata­ko­wać ciało i umysł. Wtedy trzeba je prze­bła­gać. Opiekę nad Lahu spra­wują przod­ko­wie, któ­rzy prze­szli poko­jowo do kra­iny zmar­łych. Ci, którym się to nie udało, mogą pocią­gnąć za sobą innych i dopro­wa­dzić do kolej­nej tra­gi­czej śmierci.

fuss_łowcy_tygrysów_bocheńska3.jpg

Wie­dzą to znawcy demo­nów, któ­rzy po spo­ży­ciu opium kon­tak­tują się z nad­przy­ro­dzo­nym świa­tem. Liczne raporty mówią, iż mistrzo­wie wio­ski są od opium uza­leż­nieni. To oni na placu spo­tkań roz­wią­zują pro­blemy rodu. Byłam świad­kiem takiego nadzwy­czajnego spo­tka­nia, kiedy człon­ko­wie rodziny zebrali się z mistrzem wio­ski, aby wypę­dzić złe moce z męż­czy­zny, który wpadł w nie­po­ha­mo­waną złość po alko­holu. Po takim wspól­no­to­wym spo­tka­niu, życie miesz­kań­ców toczy się dalej natu­ral­nym ryt­mem.

Ży­cie z ple­mie­niem Lahu jest fascy­nu­jące, jed­nak po dwóch tygo­dniach zaczę­łam tęsk­nić za swo­imi nawy­kami. Namó­wi­łam kole­gów na wspólne bie­ga­nie. Rano, po sesji medy­ta­cji i jogi, wyru­szy­li­śmy przed lek­cjami w trasę. To był nie lada wyczyn, ponie­waż wzgó­rza potra­fią być strome, a powie­trze gęste. Tubylcy patrzyli na nas jak na waria­tów! Bo i po co tak się męczyć? Chyba nie będą się na nas wzo­ro­wać.

Zda­rzyły mi się jesz­cze inne tęsk­noty, że wspo­mnę tylko sma­kowe pra­gnie­nie. Marzy­łam o zim­nym piwie. Jak wia­domo, marze­nia się speł­niają. Kole­dzy stu­denci potra­fią wszystko zor­ga­ni­zo­wać. Nigdy wcze­śniej piwo nie sma­ko­wało mi tak bar­dzo! Wie­czo­rem jed­nak zachcianka stała się moim prze­kleń­stwem, a wędrówka do wychodka spraw­dzia­nem kon­dy­cji i cha­rak­teru. Niektó­rzy tubylcy radzą sobie z potrze­bami dużo pro­ściej. Kucają na środku drogi, gdzie zała­twiają swoje bio­lo­giczne potrzeby bez żad­nego zaże­no­wa­nia. Wedle oby­czaju, zna­nego i powszech­nego w sta­rych i dzi­siej­szych Chi­nach, kuca­jący w potrze­bie jest nie­wi­doczny. To ich zwy­czaje, nic mi do tego. Dla euro­pej­skiego wędrowca na Jedwab­nym Szlaku wszystko może być nie­znane!musująca tabletka.png

 

kreska.jpg

AMIRA BOCHEŃSKA

Fo­to­grafka, doku­men­ta­listka. Ukoń­czyła Lon­don Col­lege of Com­mu­ni­ca­tion w Lon­dy­nie, wydział foto­gra­ficzny. Od 2001 roku mieszka poza Pol­ską, obec­nie w Anglii. W 2010 (Costa Rica) zre­ali­zo­wała pro­jekt „Jed­ność w Róż­no­rod­no­ści” we współ­pracy z Fun­da­cją Ciało i Umysł. Autor­ski film Go zain­au­gu­ro­wał Mię­dzy­na­ro­dowy Kon­gres Tańca w War­sza­wie. Od maja 2011 (Hisz­pa­nia) uczest­ni­czyła w wyda­rze­niach ruchu spo­łecz­nego 15M, doku­men­tu­jąc fil­mowo jego prze­bieg. W 2012 roku zre­ali­zo­wała peł­no­me­tra­żowy film doku­men­talny Marsz Obu­rzo­nych. Publi­ka­cje tek­stu i zdjęć: Ele­wa­tor, Kry­tyka Poli­tyczna, NaTe­mat, R/e­vo­lu­tions, Maga­zyn Sztuki.

Ta strona korzysta z plików cookie.