DO GÓRY

 

kotlet_cover.jpg

 

MOJE MIEJSCE NA ZIEMI

MATEUSZ "KOTLET" KOTLARSKI
kreska.jpg

Dwóch Bu­ria­tów o mon­gol­skich twa­rzach je­cha­ło do­kład­nie w mo­ją stro­nę przez ja­kieś 100 km. Prak­tycz­nie nic nie ro­zu­mia­łem, dla mnie ich dia­lekt brzmiał jak mon­gol­ski. Oczy­wi­ście wte­dy jesz­cze nie sły­sza­łem mon­gol­skiego, ale dał­bym so­bie gło­wę uciąć, że tak wła­śnie brzmi.

Gdy prze­jeż­dża­li­śmy obok ka­pli­czek bud­dyj­skich, pa­dłem ofia­rą ry­tu­ałów. Je­den z pa­nów miał za za­da­nie skro­pić wo­dą naj­pierw sa­mo­chód, póź­niej i mnie, a na koń­cu sa­me­go sie­bie. Ja­ko że wo­dy aku­rat nie by­ło, uży­wał pi­wa, któ­re so­bie po­pi­jał. Po­wo­li się ściem­nia­ło, więc ka­za­łem się wy­sa­dzić przed ja­kąś wio­ską (chcia­łem wcze­śniej, ale orze­kli że za du­żo niedź­wie­dzi – le­piej bli­żej wio­ski) i szyb­ko roz­bi­łem tym­cza­so­wy obóz. Miej­sce by­ło wy­ma­rzo­ne.

W no­cy by­ło zim­no, w do­dat­ku coś krę­ci­ło się ko­ło na­mio­tu. Usną­łem po­rząd­nie do­pie­ro nad ra­nem, a gdy się obu­dzi­łem, by­ło pra­wie po­łu­dnie. Zno­wu krót­ki trans­port i dłu­gie cze­ka­nie w na­stęp­nej wsi. Sa­mo­cho­dów jak na le­kar­stwo, wię­cej sie­dze­nia na ple­ca­ku niż ma­cha­nia. Wresz­cie je­cha­ła mar­szrut­ka. A co mi tam, wy­sta­wi­łem kciuk. „Mo­gę z wa­mi nad Baj­kał? Tyl­ko od ra­zu mó­wię, że nie mam pie­nię­dzy na trans­por­t” – wszy­scy pa­sa­że­ro­wie wy­buch­nę­li ser­decz­nym śmie­chem. Kie­row­ca się za­wa­hał, ale w koń­cu po­wie­dział tyl­ko „Do­bra, wsia­daj!”. Je­cha­łem ze zlep­kiem róż­nych tu­ry­stów, wszy­scy je­cha­li na Ol­chon. Ka­wa­łek da­lej kie­row­ca zgar­nął ko­lej­ne dwie au­to­sto­po­wicz­ki, któ­re oka­za­ły się Pol­ka­mi! Po prze­pły­nię­ciu pro­mem i je­ździe dro­gą, któ­ra ni­gdy nie wi­dzia­ła as­fal­tu, do­tar­li­śmy wresz­cie do jed­nej z wio­sek na Ol­cho­nie.

Wspól­nie z dziew­czy­na­mi z Pol­ski po­ła­zi­li­śmy po oko­li­cy, od­kry­wa­jąc, że jed­nak ist­nie­ją jesz­cze miej­sca, gdzie lu­dzie nie zna­ją bru­ko­wa­nych ulic, nie ma­ją bie­żą­cej wo­dy, ka­na­li­za­cji, a je­dzą głów­nie to, co sa­mi wy­ho­du­ją. W wio­sce by­ło bar­dzo du­żo po­zo­sta­ło­ści sza­ma­ni­zmu: ka­plicz­ki, świę­te ska­ły i ja­ski­nie. Zresz­tą do te­raz sza­ma­ni dzia­ła­ją na tych te­re­nach. Ca­ła dro­ga przez wy­spę cią­gnie się wzdłuż jed­ne­go brze­gu. Dru­gi brzeg jest cał­kiem dzi­ki. Dziew­czy­ny po­wie­dzia­ły mi, że spo­tka­ły lu­dzi, któ­rzy chcie­li przejść ją w po­przek, ale po dwóch dniach błą­dze­nia w le­sie za­wró­ci­li. Wy­zwa­nie przy­ję­te! Mia­łem ocho­tę zo­stać kil­ka dni na miej­scu ze spo­tka­ny­mi dziew­czy­na­mi, ale osta­tecz­nie chęć przy­go­dy wy­gra­ła. Na śred­niej ja­ko­ści ma­pie zna­la­złem ma­łą ścież­kę pro­wa­dzą­cą z po­bli­skiej wio­ski pra­wie przez ca­łą wy­spę. Po­że­gna­łem się więc i wbrew wszel­kim dro­go­wska­zom ru­szy­łem w taj­gę.

20141006_101400.jpg

Ol­chon nie jest ma­łą wy­spą – ma 80 km dłu­go­ści i 25 sze­ro­ko­ści. To tak jak­by zro­bić wy­spę od Kra­ko­wa do No­we­go Tar­gu o sze­ro­ko­ści jak do My­śle­nic. Po przej­ściu kil­ku go­dzin roz­bi­łem obo­zo­wi­sko, my­śląc o tym, że jak do­brze pój­dzie, na­stęp­ne­go dnia zo­ba­czę Baj­kał w ca­łej swo­jej po­tę­dze. Z sa­me­go ra­na ru­szy­łem, brnąc w piasz­czy­stym podło­żu. Zau­wa­ży­łem dwa śla­dy stóp wio­dą­ce w dwie róż­ne stro­ny. Mo­że to ci lu­dzie, o któ­rych mó­wi­ły dziew­czy­ny? Od­tąd sze­dłem ich tro­pem w le­śnej gę­stwi­nie. A ście­żek by­ło mul­tum: do­cho­dzi­ły, za­czy­na­ły się, koń­czy­ły. Wie­dzio­ny GPS-em i ma­lut­ką kre­ską na nim, zde­cy­do­wa­nie wy­bie­ra­łem ko­lej­ne skrę­ty. Pra­wo, le­wo, zno­wu pra­wo, a te­raz po ma­łym łu­ku pod gó­rę i ostro w le­wo. Za­wa­ha­łem się w mo­men­cie, kie­dy śla­dy mo­ich po­przed­ni­ków od­bi­ja­ły w bok. Choć mi­ło szło się po czy­ichś śla­dach, po­że­gna­łem się z nie­wi­dzial­ny­mi przy­ja­ciół­mi i ru­szy­łem w swo­ją stro­nę. By­łem już na­praw­dę zmę­czo­ny i mia­łem na­dzie­ję, że to już tuż-tuż, ale mi­ja­ły ko­lej­ne ki­lo­me­try. Na­gle ścież­ka zwy­czaj­nie skoń­czy­ła się. Zwy­kli­na­łem ją w my­ślach, ale mi­mo to nie po­ja­wi­ła się w ma­gicz­ny spo­sób.

Mo­głem za­wró­cić, jed­nak mia­łem tyl­ko pół bu­tel­ki wo­dy (opty­mi­stycz­nie wzią­łem za­pas na dro­gę w jed­ną stro­nę, li­cząc na Baj­kał. W koń­cu znaj­du­je się tam 20% ca­łej słod­kiej wo­dy na świe­cie, więc bu­tel­kę – my­śla­łem – chy­ba na­peł­nię...). Op­cja dru­ga to ru­szyć na prze­łaj przez las. Op­cja do­syć ra­dy­kal­na, ale we­dług GPS-a do Baj­kału mia­łem ty­ko ja­kieś 2, mo­że 3 km. Za­ry­zy­ko­wa­łem, choć ba­łem się wę­ży, któ­rych po­dob­no by­ło spo­ro w tych oko­li­cach. In­ży­nier­skie roz­wią­za­nie: wzią­łem dwu­me­tro­wy kij i ude­rza­łem nim przed so­bą. Czu­łem się jak śle­piec i tra­ci­łem spo­ro ener­gii, ale li­czy­łem, że w ra­zie cze­go wąż uciek­nie. W pew­nym mo­men­cie sta­ną­łem oko w oko z ło­siem. Był chy­ba dwa ra­zy więk­szy ode mnie, ale na szczę­ście się spło­szył i uciekł. Ja za to brną­łem da­lej i w pew­nym mo­men­cie zda­łem so­bie spra­wę, że ca­ły czas idę pod gó­rę! Na­dal się wspi­nam, więc cho­ciaż­by nie wia­do­mo co, nie wyj­dę na pięk­ną pla­żę na po­zio­mie Baj­kału. W koń­cu do­tar­łem do koń­ca la­su. Ze szczy­tu roz­po­starł się nie­sa­mo­wi­ty wi­dok: bez­kre­sny Baj­kał, ogrom­ne fa­le i gó­ru­ją­ce nad ni­mi słoń­ce. Czu­łem się jak Ma­gel­lan i Ko­lumb ra­zem wzię­ci.

Mój en­tu­zjazm przy­gasł, kie­dy spoj­rza­łem w dół. Zej­ście kil­kaset me­trów w dół by­ło strasz­li­wie ostre, a spra­wy nie uła­twiał cięż­ki ple­cak. Dro­ga by­ła skraj­nie trud­na. Gó­ra i dół, ko­lej­na gó­ra i zno­wu dół, a po nich dla od­mia­ny gó­ra i zno­wu dół! Tra­ci­łem si­ły, szu­ka­jąc ła­god­niej­sze­go zej­ścia. Za każ­dym ra­zem cze­ka­ło mnie jed­nak roz­cza­ro­wa­nie. Prze­sze­dłem w ten spo­sób kil­ka, a mo­że kil­kanaście kilome­trów. Skoń­czy­ła mi się wo­da, ze­ro za­się­gu, a je­dy­ną oso­bą, któ­ra wie­dzia­ła, że zmie­ni­łem pla­ny z Li­stwian­ki na Ol­chon, był Ko­stek, któ­ry ra­czej ni­ko­go nie za­wia­do­mi. „De­bil! Błąd no­wi­cju­sza, po­tkniesz się tu, zła­miesz no­gę i w naj­lep­szym wy­pad­ku znaj­dą cię na wio­snę...”.

W koń­cu tra­fi­łem na mi­ni­mal­nie ła­god­niej­szą do­li­nę. Za­czą­łem po­wol­ne zej­ście. Mo­gę bez za­wa­ha­nia po­wie­dzieć, że po go­dzi­nie scgodzenia by­łem naj­bar­dziej zmę­czo­ny fi­zycz­nie w ca­łym mo­im do­tych­cza­so­wym ży­ciu, a nie je­stem ty­pem czło­wie­ka przed­te­le­wi­zo­ro­we­go. Co chwi­lę śli­zga­łem się, zjeż­dża­łem cza­sa­mi kil­ka me­trów, a no­gi ugi­na­ły mi się bez­wład­nie. Do­dat­ko­wo krę­go­słup trzesz­czał pod cię­ża­rem 30-ki­lo­gra­mo­we­go ple­ca­ka. Po­nad­to wszę­dzie wi­dzia­łem ogrom­ną ilość śla­dów zwie­rząt, któ­re praw­do­po­dob­nie też uzna­ły tę do­li­nę za je­dy­ną dro­gę do wo­dy. Ich wiel­kość wska­zy­wa­ła na prze­krój od za­ją­ca do niedź­wie­dzia. „Nie­dź­wie­dzie są z nie­wia­do­mych przy­czyn nad Baj­ka­łem bar­dzo agre­syw­ne. Ofia­ra­mi pa­da­ją jed­nak naj­czę­ściej sa­mot­ni wę­drow­cy” – dziw­nym tra­fem aku­rat te­raz przy­po­mnia­ło mi się to zda­nie z prze­wod­ni­ka. W do­dat­ku na myśl, że na do­le mo­że jed­nak nie być doj­ścia do wo­dy i ja­kimś cu­dem bę­dę mu­siał wejść tą sa­mą dro­gą z po­wro­tem na szczyt, strach urósł do roz­mia­rów po­two­ra.

20141006_134518.jpgPi­szę to kil­ka dni póź­niej. Je­stem wy­po­czę­ty, na­je­dzo­ny i szczę­śli­wy. Pa­trzę na bez­kres Baj­ka­łu i słu­cham szu­mu fal. Mi­mo to gi­gan­tycz­na gó­ra za ple­ca­mi nie po­zwa­la za­po­mnieć mi o wal­ce, któ­rą sto­czy­łem. Ale nie tyl­ko z jej po­wo­du zo­stał­bym nad je­zio­rem dłu­żej. Naj­chęt­niej jesz­cze mie­siąc, rok, a mo­że i na za­wsze.

My­śla­łem, że coś, co wy­da­rzy­ło się po tam­tym zej­ściu, jest moż­li­we tyl­ko w fil­mach al­bo książ­kach. Przy brze­gu ła­god­nie opa­da­ją­cym do je­zio­ra zo­ba­czy­łem czyjś daw­ny obóz. Dwa zbi­te z pa­ty­ków sto­li­ki, ła­wecz­ka, miej­sce na ogni­sko i wy­rów­na­ny ka­wa­łek te­re­nu pod na­miot. Zej­ście do wo­dy po schod­kach z ka­mie­ni i wła­sna pla­ża. Do te­go cał­ko­wi­te od­lu­dzie i śla­dy obo­zo­wa­nia, któ­re mia­ły przy­naj­mniej kil­ka lat. Trud­no opisać ra­dość, ja­ką wte­dy od­czu­wa­łem.

Pierw­szy dzień w Mo­im Miej­scu Na Zie­mi spę­dzi­łem na urzą­dze­niu się. Ro­zbi­łem na­miot, roz­ło­ży­łem tro­chę rze­czy, na­zbie­ra­łem drew­na, a na­stęp­nie usku­tecz­ni­łem wy­ma­rzo­ną od kil­ku dni ką­piel w Baj­ka­le. W cza­sie po­sił­ku ko­lej­ny raz uświa­do­mi­łem so­bie, że pol­ski i ro­syj­ski są po­dob­ne tyl­ko w teo­rii. Za­ku­pio­na w Ir­kuc­ku „Pie­czeń z dor­sza” oka­za­ła się wą­tro­bą. Choć nie wie­dzia­łem, że dorsz w ogó­le ma wą­tro­bę, a i jej smak nie za­chę­cał, nie mo­głem po­zwo­lić so­bie na mar­no­traw­stwo. Wy­ło­ży­łem za­war­tość na chleb, po­sy­pa­łem so­lą, pie­przem i cur­ry w ilo­ściach hur­to­wych, na to po­kro­iłem czo­snek w gru­be pla­stry i ca­łość ja­koś sma­ko­wa­ła. W każ­dym ra­zie za­bi­łem smak wą­tro­by. Póź­niej zro­bi­ło mi się tro­chę żal, że tak po­trak­to­wa­łem miej­sco­wy przy­smak, więc po­pi­łem tro­chę so­su z pusz­ki. Żal szyb­ko mi­nął.

Resz­tę dnia spę­dzi­łem po­dzi­wia­jąc to miej­sce. Wie­czo­rem nie­bo za­szło chmu­ra­mi, a w no­cy la­ło. Obu­dził mnie ogrom­ny szum fal. Czu­łem się po­wier­ni­kiem te­go miej­sca, więc wy­gra­mo­li­łem się ze śpi­wo­ra i wy­sze­dłem zo­ba­czyć, co jest gra­ne. Sz­torm na je­zio­rze to chy­ba rzad­ki wi­dok i na­praw­dę ro­bi wra­że­nie. Zresz­tą kie­dy ko­lej­ny dzień prze­zna­czy­łem na eks­plo­ra­cję oko­lic w po­szu­ki­wa­niu ja­kiejś lep­szej dro­gi po­wrot­nej, nie na­po­tka­łem ży­wej du­szy. Na­pot­ka­łem za to wi­do­ki nie do opi­sa­nia. Od­kry­łem też w mia­rę wi­docz­ną ścież­kę w głąb wy­spy – ulży­ło mi, że nie bę­dę mu­siał wra­cać dro­ga, któ­rą tu do­tar­łem.

Nie był to ko­niec nie­spo­dzia­nek te­go dnia. Po dro­dze w krza­kach zna­la­złem za­rdze­wia­łą kon­struk­cję, któ­ra przy­po­mi­na­ła piec. Przy­tar­ga­łem ją do Miej­sca i za­aran­żo­wa­łem ma­łą kuch­nię. Test przy go­to­wa­niu ziem­nia­ków z wo­ło­wi­ną z pusz­ki prze­szła zna­ko­mi­cie!

Po obie­dzie od­da­łem się cał­ko­wi­tej la­bie. Czy­ta­łem książ­kę, ła­zi­łem po pla­ży i po­pi­ja­łem her­ba­tę pa­rzo­ną w mo­jej no­wej kuch­ni. Przy­po­mnia­łem so­bie tak­że o wę­żach i niedź­wie­dziach. Na wę­że nie ma ra­dy – trze­ba by­ło pa­trzeć pod no­gi i do­kład­nie za­my­kać na­miot. Na niedź­wie­dzia na­to­miast mój gaz pie­przo­wy mógł­by nie za­dzia­łać, po­sta­no­wi­łem się więc le­piej przy­go­to­wać. Za­ostrzy­łem pół­to­ra­me­tro­wy kij i wy­pa­li­łem w ogni­sku, że­by za­wsze moż­na go szyb­ko za­pa­lić. Choć praw­do­po­dob­nie kom­plet­nie nic by mi nie dał w star­ciu z mi­siem, pew­ność sie­bie mi­ni­mal­nie wzro­sła. Dru­gie na­rzę­dzie zna­la­złem na brze­gu Baj­ka­łu. Du­ży ce­dzak praw­do­po­dob­nie słu­żył jesz­cze ar­mii Sta­li­na, ja jed­nak prze­zna­czy­łem go na wal­kę z mniej­szą zwie­rzy­ną. Wie­czo­rem po­sie­dzia­łem przy ogni­sku i cie­szy­łem oczy peł­nią księ­ży­ca. A kie­dy ca­ły las za­czął wyć i uja­dać, do­rzu­ci­łem do ognia i przy­cią­gną­łem bli­żej mój Kij Na Nie­dź­wie­dzie oraz Ce­dzak Na Mniej­szą Zwie­rzy­nę.

Na­stęp­ne­go dnia zi­ści­ło się mo­je ko­lej­ne ma­rze­nie. W Baj­ka­le ży­je do­syć spo­ra po­pu­la­cja fok zwa­nych ner­pa­mi. Nikt nie wie, skąd się tu wzię­ły, sko­ro naj­bliż­sze mo­rze jest kil­ka ty­się­cy ki­lo­me­trów stąd, jed­nak ży­ją, mi­mo dzia­łal­no­ści kłu­sow­ni­ków. Choć ge­ne­ral­nie stro­nią od lu­dzi, mia­łem na­dzie­ję, że sko­ro by­łem je­dy­ny w pro­mie­niu iluś­tam ki­lo­me­trów, to mo­że mnie prze­oczą i się zja­wią. No i z sa­me­go ra­na ma­rze­nie się speł­ni­ło! Naj­pierw my­śla­łem, że to du­ży ptak, ale nie, pły­wa ewi­dent­nie, wiel­ka gło­wa na po­wierzch­ni, ciel­sko w wo­dzie. Pierw­sza myśl – po­twór z Loch Ness. Dru­ga – toż to mo­je fo­ki! Po­bie­głem jak sza­lo­ny do na­mio­tu po apa­rat. Za­nim wró­ci­łem by­ło ich już pięć, sześć, nie! sie­dem. Co praw­da pły­wa­ły do­syć da­le­ko w głąb je­zio­ra, ale i tak by­łem wnie­bo­wzię­ty. Przez go­dzi­nę czu­łem się jak fo­ko­log – li­czy­łem je, ob­ser­wo­wa­łem, jak nur­ku­ją, i cy­ka­łem fot­ki bez opa­mię­ta­nia. Na więk­szo­ści wi­dać tyl­ko czar­ny punkt, ale ja wiem – to mo­je fo­ki!

Wy­pra­wa w dru­gą stro­nę od Mo­je­go Miej­sca skoń­czy­ła się szyb­ciej. Brzeg sta­wał się bar­dzo ostry, więc nie ry­zy­ko­wa­łem. Zna­la­złem za to ko­lej­ne po­zo­sta­ło­ści ja­kie­goś obo­zu ry­ba­ków, a w nim reszt­ki za­pa­sów. Od­grze­ba­łem pół pacz­ki ma­ka­ro­nu. Przy zbiór­kach żyw­no­ści za­wsze mó­wią o nim „żyw­ność tr­wa­ła” – jak tr­wa­ła, to tr­wa­ła, na obiad bę­dzie jak zna­lazł. Że­by nie mieć wy­rzu­tów su­mie­nia, zo­sta­wi­łem na je­go miej­scu kil­ka ru­bli. Ma­ka­ron z pusz­ko­wa­ną fa­so­lą i czosn­kiem prze­wyż­szał ir­kuc­kie ryb­ne spe­cja­ły.

20141005_160558.jpgPod ko­niec ko­lej­ne­go dnia uzna­łem, że po­wo­li trze­ba my­śleć o po­wro­cie. Koń­czy­ły mi się nie tyl­ko za­pa­sy, ale i wi­za ro­syj­ska. Z tej oka­zji umy­łem się w Baj­ka­le i ogo­li­łem. Sko­ro mia­łem na­stęp­ne­go dnia ła­pać sto­pa, to nie mo­gę wy­glą­dać jak czło­wiek z la­su, na­wet je­śli by­ło w tym du­żo praw­dy. Wie­czo­rem na­to­miast po­my­śla­łem, że faj­nie by by­ło mieć ja­kąś pa­miąt­kę. Sko­ro wszyst­kie sprze­da­wa­ne w Ir­kuc­ku są chiń­skie, to uzna­łem, że wy­rę­czę ma­łe chiń­skie rącz­ki i pa­miąt­kę zro­bię so­bie sam. Po­sie­dzia­łem przy ogni­sku, po­stru­ga­łem i go­to­we! Mo­że cu­dów nie by­ło, ale za to na pew­no nikt in­ny ta­kiej pa­miąt­ki nie miał.

Cie­ka­we jak czło­wiek szyb­ko przy­zwy­cza­ja się do miej­sca. Sz­cze­gól­nie, gdy ma wszyst­ko, cze­go mu po­trze­ba. Za­do­mo­wi­łem się, więc pa­ko­wa­nie za­ję­ło mi dłuższą chwi­lę. Po­że­gna­łem się z Mo­im Miej­scem Na Zie­mi, na­stęp­nie od­pra­wi­łem ry­tu­ał po­dzię­ko­wa­nia dla Baj­ka­łu, po­zna­ny swe­go cza­su na in­nym je­go brze­gu, i ru­szy­łem w dłu­gą dro­gę po­wrot­ną z tyl­ko jed­ną my­ślą: „Mam na­dzie­ję, że kie­dyś tu wró­cę”.

Czło­wie­ko­wi chy­ba na­praw­dę nie­wie­le po­trze­ba do peł­ni szczę­ścia. Nie po­da­łem żad­nych nazw wio­sek ani szcze­gó­łów, w ja­ki spo­sób do­tar­łem do Miej­sca, nie dla­te­go, że­by za­chłan­nie ni­ko­mu nie po­ka­zać, gdzie to jest. Po pro­stu chcę, że­by zgod­nie z na­zwą po­zo­sta­ło to Mo­im Miej­scem, na­wet je­śli bę­dzie tak tyl­ko w mo­jej wy­obraź­ni. Jed­nak przy­go­da ta by­ła tyl­ko uryw­kiem bar­dzo dłu­giej po­dró­ży, któ­ra tak na­praw­dę ca­ły czas tr­wa i na ra­zie nie za­po­wia­da się na jej ko­niec – być mo­że znaj­dę ko­lej­ne Mo­je Miej­sce?musująca tabletka.png

 

kreska.jpg

MATEUSZ "KOTLET" KOTLARSKI
Kotlet pewnego dnia postanowił skręcić w innym kierunku. Spakował się na wynos, wyruszył w podróż i jest mu z tym dobrze. Jeśli to się zmieni, to wróci. Wię­cej o je­go przy­go­dach mo­że­cie prze­czy­tać na www.ko­tlet­na­wy­nos.blog­spot.com

Leave a Reply



(Your email will not be publicly displayed.)


Captcha Code

Click the image to see another captcha.


Ta strona korzysta z plików cookie.