
NUMER 17 (8) KWIECIEŃ 2016 | "MAKE SOME NOISE"
KLAUDYNA SCHUBERT![]()
Neapol to miasto, które można kochać lub nienawidzić. Które przeraża lub wciąga. Są miasta, które wystarczy odwiedzić raz. I jest Neapol.
ALLEGRETTO
Wychodzę z lotniska Aeroporto Nationali di Napoli w zwykły parkingowy gwar, ruszam w stronę autobusu do centrum, wsiadam. Grupki turystów rozmawiają ze sobą w różnych językach. Jest zwyczajnie, raczej cicho. Odległość z lotniska do centrum jest stosunkowo niewielka i dość szybko „raczej cicho” zmienia się w spontaniczne okrzyki zdziwienia lub zachwytu nieśmiało budzących się do życia turystów. „Zobacz, każde auto jest poobijane!” – słyszę w rodzimym języku, a po chwili już sama palcem pokazuję całej grupie, że właśnie mijamy kamienicę, w której zakupy wciągane są w plastikowym wiaderku na sznurku na ostatnie piętro. Z każdą minutą słychać też coraz więcej klaksonów, które staną się głównym dźwiękiem Neapolu (ten, kto głośniej trąbi, przejeżdża pierwszy). Po chwili kierowca daje nam pokaz prawdziwie włoskiej jazdy, nie zważając na walizy lecące na bok i głośne protesty turystów. Gaz, klakson, hamulec. Gaz, klakson, hamulec. Kilka powtórzeń i zatrzymujemy się na Piazza Garibaldi przed Dworcem Głównym w Neapolu. I w tym momencie rozpoczyna się chaos!
ANDANTE
Piazza Garibaldi jest najbardziej różnorodnym etnicznie miejscem w Neapolu. Ulice pełne są knajpek z szyldami w języku arabskim czy chińskim, a przed każdą z nich stoi „nawoływacz”, który cały czas krzykiem zaprasza do środka. Na każdym kroku mijamy kartonowe stoiska ciemnoskórych sprzedawców ulicznych z podróbkami markowych ubrań, czapek, okularów, torebek, bransoletek... Kawałek dalej otrzymujemy propozycję zakupu iPhone’a 6, który wygląda jakby właśnie 5 minut wcześniej zmienił właściciela. Warczenie i syki silników odjeżdżających autobusów, ryk motorów i wszechobecne klaksony. Mocniej chwytamy bagaże i ruszamy dalej, trafiając na pierwszą przeszkodę – przejście dla pieszych. Ulica jest zakorkowana, zielone światło dla pieszych trwa jakieś 3 sekundy, czerwone jest tylko sugestią dla kierowców. Dalsza droga do naszego mieszkania powoduje, że popadam w lekkie przerażenie – śmieci zalegają na ulicach, a nawet latają w powietrzu. Skutery jeżdżą bez większego zainteresowania, kogo miną (lub nie) na drodze. Szeroka ulica, którą do tej pory szłyśmy, zmienia się w małą, ciemną i krętą uliczkę. W głowie słyszę: „Tylko nie wchodźcie w te, które należą do mafii”.

Przypominam sobie jednak, że przeczytałam przed wyjazdem, że „Neapol się przeżywa, a nie zwiedza”, chowam więc mądry telefon z mapą miasta i zaczynam się rozglądać. I już wiem, że to miasto mnie wciągnie. Ruszamy do Centro Storico. Rozpoczyna się kilkudniowy koncert.
Powoli z wielkiego hałasu i szumu zaczynam wyławiać pojedyncze dźwięki. Silnik motorynki daje lekki podkład, przypominający brzęczenie komara w środku nocy. Klakson. Wszechobecne krzyki to nic innego jak codzienna rozmowa dwójki sąsiadów. Gdzie jedna osoba stoi na ulicy, a druga drze się z samego szczytu wysokiej kamienicy. Klakson. To również uliczni sprzedawcy zachęcający do spróbowania serów, limoncello lub kupna magnesu z papieżem Franciszkiem. Klakson. Nieznośne dla ucha piski, które okazują się odgłosem nienaoliwionej korbki od przeciąganego prania. Klakson. Szelest śliskiego papieru, na którym serwuje się tu podgrzaną pizzę. Klakson. Lokalne kawałki ryczące z radia dochodzące przez lekko uchylone drzwi i okna. Nigdy nie wiesz, czy to mały sklepik, czy korytarz prywatnego mieszkania. Klakson. Idę pod słońce, nawet w marcu już tak ostre, że jestem w stanie patrzeć tylko pod nogi. Na bruku dostrzegam eleganckie, klasyczne skórzane buty. Podnoszę głowę, dostrzegam starszego pana w płaszczu i kapeluszu. Signore chowa się w bramie, by obserwować z boku tętniące życie ulicy. Nim schowa się całkiem w cieniu, spojrzeniem w stronę obiektywu daje przyzwolenie na zrobienie zdjęcia. Klakson.

MODERATO
Zamykam za sobą wielkie drzwi, schodzę w dół, czuję szybko obniżającą się temperaturę i… ciszę. Przyciemnione światło i delikatna wilgoć potęgują atmosferę tajemnicy. Katakumby San Gennaro to chyba jedyne miejsce w Neapolu, w którym zamiera cały zgiełk. Te starożytne podziemne cmentarze to wielopiętrowy system korytarzy z niszami grobowymi, komorami lub kaplicami. Mają posadzkę pokrytą specjalnym materiałem, który ma ułatwić zwiedzanie osobom poruszającym się na wózku inwalidzkim. Efektem ubocznym tego zabiegu jest brak odgłosów stukania butów. Całość tych wrażeń powoduje, że nawet turyści mówią ze sobą tylko szeptem.

Przestrzeń w katakumbach wydaje się być znacznie szersza niż nad ziemią. Jej wielkość i odmienność pobudza wyobraźnię. Zastanawiam się, czy w II wieku, kiedy pierwsi chrześcijanie gromadzili się tu pod ziemią, też panowała taka cisza. A może już wtedy kształtował się tu tak charakterystyczny sposób mówienia: zawsze podniesiony głos z żywą gestykulacją. Sąsiedzi zamiast na ulicy spotykali się tu, pod ziemią, poza murami miasta, by wspominać swoich zmarłych bliskich; może głośno wyrażali swój zachwyt freskami i namalowanymi strojami, które ozdabiały – wyjątkowe w tym regionie – wmurowane w ściany specjalnie spreparowane szkielety zamożnych mieszkańców; może to tutaj przychodzili neapolitańczycy po hucznych agapach, by wychylić kielich wina za duszę bliskiego. W uszach jednak dzwoni cisza. Dziś w katakumbach nie ma już nic poza kamiennymi wnękami. Kości chowanych tu mieszkańców Neapolu zostały przeniesione na cmentarz Fontanelle.

ANDANTE CON MOTTO
Wyjście z katakumb prowadzi przez bazylikę San Gennaro Extra Moenia. Na podwórku między palmami a rzeźbą Matki Boskiej przeraźliwymi miauknięciami zaczepia mnie tłusty, zielonooki kot. Jego wrzaski niosą się echem niczym w studni. Leniwie rusza w stronę miasta, więc ruszam za nim. Po chwili trafiamy do całkowicie lokalnej, nieturystycznej dzielnicy. Robię kilka kroków i zaczepia mnie starszy pan, który każe mi schować aparat. Zastanawiam się, czy to jest to miejsce, gdzie usłyszę "You shoot me, then I shoot you”. Na wszelki wypadek wkładam go do plecaka. Pan uśmiecha się do mnie i zaczyna mi coś opowiadać po włosku. Nie rozumiem ani słowa, więc tylko delektuję się melodyjnym językiem i z wielkim uśmiechem dziękuję za ostrzeżenie przed kradzieżą.
Dzielnica całkowicie pozbawiona turystów zachwyca swoją codziennością. Trwa sjesta, więc wygląda na opuszczoną. Snują się dźwięki radia ze stojącego samotnie kramu z kolorowymi piłkami. Kawałek dalej mijam przechadzającą się pod kościołem grupę żołnierzy. W rękach karabiny, wysokie buty stukają po kocich łbach. Panowie wesoło rozmawiają z kilkoma okolicznymi mieszkańcami. Armia i dodatkowe patrole policji w tym czasie nikogo nie dziwią ze względu na wzmożone ostatnio wojny klanów kamorry. W żaden sposób nie przeszkadza to życiu ulicznemu. Ostatnim celem tej małej wyprawy jest wejście na zamek Sant'Elmo, który stoi na wzgórzu ponad całym Neapolem. Po wejściu długimi, krętymi schodami spoglądam na miasto, myśląc, że zobaczę tylko dachy i wieże licznych kościołów. Okazuje się jednak, że neapolitański gwar słychać również z oddali, tylko nieco przytłumiony. Słyszę całą neapolitańską symfonię dźwięków, po tych kilku dniach już miłą dla ucha. Warkot motorynki, krzyki sąsiadów, trąbki. Klakson.![]()


![]()
KLAUDYNA SCHUBERT
Na co dzień współpracuje jako fotografka z krakowskimi instytucjami kultury i teatrami.