
NUMER 17 (8) KWIECIEŃ 2016 | "MAKE SOME NOISE"
Pamiętaj, Kasia, my nie słuchamy takiej muzyki. Idziemy na ten koncert tylko dlatego, że mamy darmowe wejściówki. Mirza jest tam gitarzystą. Normalnie gra rocka, ale dorabia jako muzyk w zespole popowym. Będzie masa piszczących lasek, koncert jest w dużym teherańskim studiu koncertowym. My naprawdę nie słuchamy takiej muzyki – od miesiąca słucham tych wyjaśnień i spodziewam się absolutnej chały.
1.
Stoimy przed studiem koncertowym. Czekamy na dwójkę znajomych, którzy utknęli w korku. Cudem znaleźliśmy miejsce parkingowe. Mijają nas dziewczyny na wysokich obcasach, z ostrym makijażem, z powiewającymi wokół szyi apaszkami w panterkę. Na co dzień mają mocny makijaż, więc może z okazji koncertu dodały nieco pudru. My stoimy wokół tego wszystkiego w nieco wytartych dżinsach, parkach i adidasach. Kiedy jesteśmy już w komplecie, idziemy odebrać nasze wejściówki, na których napisana jest oficjalna cena za wstęp – w przeliczeniu 80 zł. Moi znajomi dziwią się, że ktokolwiek z własnej woli tyle zapłacił za ten bilet. W dalszym ciągu spodziewam się najbardziej tandetnego popu, jaki można sobie wyobrazić.
Wchodzimy do środka. Korytarze są nieco zaciemnione, wszędzie widać błękitną poświatę. Dostaję od obsługi jakby styropianową pałkę z czarnym napisem po persku: „Kocham życie”. Kiedy wyciągam z otworu na dole kawałek papieru, kijek zapala się na niebiesko. Jeszcze nie wiem, że ten napis to cytat z największego hitu Sirvana Khosravi, irańskiej gwiazdy pop, autora trzech albumów, niespełnionej miłości setek młodych Iranek. Na wstępie dostaję też przypinkę z uśmiechniętym piosenkarzem – jakby smutny symbol wszystkiego tego, co w Iranie zakazane.
Siadamy na miejscach VIP, zarezerwowanych dla rodziny i przyjaciół artysty. Wbrew moim oczekiwaniom muzyka okazała się nie najgorsza – na dyskotece z pewnością wyrwałaby ludzi na parkiet, ale koncert w wydaniu irańskim odbywa się na siedząco. W tym kraju strażników moralności i obyczajów co parę rzędów w korytarzu pomiędzy sektorami spaceruje ochrona. Sprawdza, czy chłopaki nie łapią dziewczyny za ręce i czy dziewczyny na pewno w szale muzyki nie odsłaniają za dużo włosów. Czasem popatrzy groźnie czy zwróci uwagę. Wszyscy czekają na hit Dust doram zendegi ro!, czyli „Kocham życie!”. W końcu rozbrzmiewa tysiącem gardeł. Tysiącem gardeł, które rwą się, by wyskoczyć z foteli, na których siedzą. Tysiącem gardeł, które jeszcze bardziej kochałyby życie, gdyby mogły po prostu potańczyć.
Przypinkę z uśmiechniętym Sirvanem mam do dzisiaj.

2.
W Teheranie sztuka mieszka w każdym mieszkaniu. Kiedy siedem lat temu po raz pierwszy przyjechałam do Iranu, mieszkanie, w którym byliśmy goszczeni, było jednocześnie salą prób dla trupy teatralnej. Niedawno tę ekipę widziałam na deskach jednego z głównych teatrów teherańskich. Jeśli nie teatr, to fotografia. Prawie co drugi poznany młody Teherańczyk jest fotografem. Chodzimy na wystawy do prywatnych mieszkań, do galerii pochowanych w wynajętych anonimowo salach, przeglądamy zdjęcia konkursowe, wpadamy przypadkiem na wernisaże, gdzie częstują daktylami i herbatą.
Na imprezach poznajemy muzyków z zespołów rockowych i popowych, oficjalnych i undergroundowych. Życie tych drugich może przypominać film nakręcony w 2009 roku przez Bahmana Ghobadiego, Nikt nie rozumie perskich kotów. To historia muzyków, którzy chcą wyjechać z kraju – ukazywana z perspektywy młodych ludzi, z dobrą muzyką w tle, ulicami Teheranu i realiami życia w Iranie. Film – wyróżniony w Cannes w sekcji Un Certain Regard – przedstawia dobrze życie irańskich muzyków. Koncerty odbywają się w podziemiach albo na dachach, zazwyczaj akustycznie. Próby przez jakiś czas mają miejsce w stodole na odludziu. Życie muzyków rockowych w republice islamskiej nie jest bowiem proste – miejscowa scena muzyczna jest tak silnie zależna od Ministerstwa Kultury, że artyści w dużej mierze decydują się zejść do podziemia. Zespoły mogą oficjalnie grać koncerty i nagrywać płyty tylko jeśli śpiewają po persku i po wcześniejszym zaakceptowaniu tekstów przez ministerstwo. Kobiece głosy nie mają szans, wokalistami mogą być jedynie mężczyźni. W Iranie nie obowiązują poza tym żadne prawa autorskie. Kopie filmów i płyt można kupić na każdym rogu, lecz artyści nie mają nic z tej ulicznej popularności. Najbezpieczniejsza w Iranie jest muzyka ludowa i jazz. Mimo że ten drugi przyjechał z oficjalnie nielubianego Zachodu, to jednak ma swoje przywileje. W końcu przy jazzie nogi nie rwą się do tańca.
3.
Anahid ma modnie wygolony bok głowy, kolczyk w nosie, gustuje w mrocznym makijażu. W młodości słuchała Sepultury i Metalliki, została aresztowana z powodu swojej punkowej fryzury. Jest wokalistką w Master of Persia, irańskim zespole deathmetalowym. Razem z nią w zespole gra Meraj – aresztowany w przeszłości za słuchanie heavy metalu. Oboje od kilku lat mieszkają w Turcji, by móc spokojnie poświęcić się muzyce. To także pomysłodawcy Persian Rock Metal Festival, którego ostatnia edycja odbyła się w 2015 roku. Do współpracy oprócz zespołów metalowych zaproszeni byli także artyści z innych nurtów, m.in Erfan, znany irański raper. Festiwal odbywał się poza Iranem – w Turcji, a także w Gruzji i Armenii.
Master of Persia to jeden z kilku przykładów, że emigrują nie tylko rodziny, małżeństwa czy samotnicy, ale artyści, którzy za granicą szukają swobody twórczej. Inne znane irańskie kapele to Kiosk, jeden z pierwszych zespołów rockowych, został założony w Teheranie w 2003 roku – muzycy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych; Hypernova – powstał w Teheranie, żyje w Nowym Jorku; duet Take It Easy Hospital: Teheran – Londyn; The Yellow Dogs: Teheran – Nowy Jork.
Ostatni z wymienionych pojawił się na ścieżce dźwiękowej do filmu Ghobadiego. Zawiesił jednak działalność w 2013 roku po tragicznym wypadku, kiedy to będący braćmi gitarzysta i perkusista zostali zastrzeleni w Brooklynie przez przyjaciela zespołu, który następnie popełnił samobójstwo. I kto tu zrozumie perskie koty?![]()
![]()
KATARZYNA RODACKA
Twórczyni dokumentalnej inicjatywy TRAWERS (trawerswpolske.pl). Podróżuje i potem pisze, uwielbia miejsca nieoczywiste. Fotografuje głównie analogowo. Z pasji do lokalności robi festiwal o Polsce. Z wykształcenia iranistka, w wolnych chwilach organizuje koncerty na własnym balkonie.
BEATA ŻURAWSKA
Absolwentka Wydziału Artystycznego UMCS w Lublinie. Laureatka wielu nagród i wyróżnień za ilustracje i komiksy. Na co dzień zajmuje się ilustracją i projektowaniem graficznym.