DO GÓRY

 

fuss_paprodziad_teodorczyk_cover.jpg

NUMER 24 (4) WRZESIEŃ 2017 | "ŻYCIE ANIMOWANE"


PO JASNEJ STRONIE MOCY

WERONIKA SRAGA | ANNA TEODORCZYK

Witam poranek w Warszawie na wpół przytomna, bo przecież najlepiej pracuje się w nocy. Na zmianę z przecieraniem oczu wlewam w gardło drugą już dzisiaj filiżankę kawy.

Z wyrzutami sumienia, że nie ma dziś we mnie za grosz naturalnego wdzięku, energii i endorfiny, czekam na Włodka. Jest punktualny, dobry początek. Przyjeżdża oldschoolowym rowerem z wielkim koszem, w hawajskiej koszuli, bez butów na stopach. W przeciwieństwie do pań kelnerek, nie jestem zaskoczona, to przecież Papro.

Udajemy się na Ogródki Działkowe na Żoliborzu. Słońce grzeje coraz mocniej, pogoda jest co najmniej festiwalowa. Z bosą stopą w trawie, niebieskim, pompowanym basenem dziecięcym, zimnym kieliszkiem cydru w ręce siadamy na leżakach i zaczynamy rozmawiać. O energii, muzyce, miłości i zgodzie z samym sobą, czyli tym, co w życiu najważniejsze z Włodkiem "Paprodziadem" Dembowskim rozmawia Weronika Sraga.


Weronika Sraga: Ale pyszny ten cydr!

Włodek Dembowski: Tutaj na Wilsoniaku leją taki z kija.

W.S.: To teraz tym bardziej rozumiem zauroczenie Warszawą (śmiech). A co jest takiego w Kazimierzu Dolnym, że można się w nim zakochać?

W.D.: Na to pytanie będę odpowiadał jakieś 5 godzin, jesteś na to gotowa?

W.S.: Powroty autostopem mam opanowane, dawaj.

W.D.: Mając 4 lata trafiłem do Kazimierza i się po prostu uzależniłem. Pierwszy raz wtedy byłem w kamieniołomach, na zamku, na Górze Trzech Krzyży, w wąwozach. Stwierdziłem, że to jest kraina, w której czuję się jak w bajce. Zwłaszcza że ja się wychowywałem na raczej mało bajkowym blokowisku. Bardzo lubię je i kocham, ale Kazimierz to od zawsze była dla mnie taka równoległa rzeczywistość. Mam wrażenie, że coraz bardziej się nią staje.

Kazimierz to park krajobrazowy, ale też miasteczko, które jest kolonią artystyczną. Mieszka tam ciągle i mieszkało zawsze wielu muzyków i malarzy. To kraina tysiąca wąwozów lessowych, małopolski przełom Wisły z cudownymi ruinami zamków na skarpach, lecz. Przede wszystkim niesamowici ludzie, którzy żyjąc w takich okolicznościach przyrody, mają w sobie taki magiczny pierwiastek bajkowy. Przez to, że Kazimierz jest przesiąknięty tym kaprysem artystycznym, to się udziela wszystkim. Plus te wszystkie krągłe kształty – od kocich łbów począwszy, po te pagóry. To wpływa na to, że się tutaj regenerujesz. Nawet mówią, że feng shui w Kazimierzu jest idealne, zabiera energię i na bieżąco oczyszcza aurę. No podobno jest tam czakra, co mnie nie dziwi.

W.S.: Może to właśnie ten specyficzny duch artystyczny Cię tam trzyma? Taki duch, który trudno znaleźć np. w Warszawie?

W.D.: Trudno znaleźć tak naprawdę wszędzie, bo łączą się na to aż trzy kwestie. I artystyczna, i architektoniczna, i przyrodnicza. I jeszcze czynnik ludzki do tego. I historie! W Kazimierzu Dolnym idziesz do kamieniołomu i możesz znaleźć skamieniałość z muszlą, pozostałość po dawnym morzu. Naprawdę magiczny zakątek.

W.S.: Jak padł pomysł zorganizowania festiwalu, to od razu wiedziałeś, że to musi być Kazimierz Dolny, czy scenariusz przewidywał coś innego?

W.D.: Michał Niewęgłowski, który zaproponował, żebyśmy zrobili razem festiwal, miał już na niego kilka pomysłów i prowadził rozmowy z jakimś miasteczkiem. A jak mu powiedziałem o tym całym pomyśle kazimierskim, no to już nie trzeba było go dłużej przekonywać. Zwłaszcza że spotkaliśmy się wtedy podczas premiery nowej płyty Dziadów Kazimierskich o nazwie Kazimiernikejszyn – i to była taka kropka nad „i”.

paprodziad_artykul.jpg


W.S.: Jedną z części składowych Kazimiernikejszyn są wykłady i panele dyskusyjne z zaproszonymi gośćmi. W tym roku to np. Olga Szwajger i Kasia Miller. Nie jest to raczej szczyt mainstreamu, więc powiedz, czy masz jakieś konkretne kryterium?

W.D.: Głównie chodzi o to, by zapraszać osoby związane z nurtami sprzyjającymi harmonii, otwieraniu się, zwiększaniu świadomości w tematyce zdrowia itd. Według mnie to są ludzie, którzy są w stanie ulepszyć świat. I to nie w sposób, jaki mamy okazję często widzieć w rożnych przekazach głównego nurtu, nie taki po łebkach, tylko gruntowny. Czasem potrafią wyjawić bolesną prawdę, ale to sprawia, że możemy potem złapać powietrze pełną piersią. W czasach kiedy nacisk kładzie się na to, by wszyscy myśleli tak samo, my z tymi naszymi wykładami znajdujemy się na drugim biegunie, jesteśmy jasną stroną mocy.

W.S.: A muzycy? Mam pewne podejrzenia, co do sposobu doboru zespołów.

W.D.: Masz słuszne podejrzenia (śmiech).

W.S.: Mam na myśli energię.

W.D.: Tak, chodzi o energię, o to, żeby był super kontakt z publicznością. Poruszamy się w kręgu znajomych, więc to pozwala się lepiej dogadać i stworzyć klimat rodzinności, który się udziela i jest olbrzymią siłą festiwalu.

W.S.: No tak, bo ma być przecież bez spinki.

W.D.: Nie jest to łatwe, my musimy mieć spinkę i to praktycznie przez cały rok, żeby przynajmniej w Kazimierzu można było odetchnąć.

W.S.: Oprócz koncertów wieczornych i paneli są też niebanalne atrakcje – tworzenie łodzi pychowych z lokalsami, bicie rekordu śmiechu, podróże z Paprodziadem...

W.D.: A doszłaś do rajdu tunelem? Ponad dwieście metrów tunelu, jedziesz rowerem i na głowie masz lampkę czołówkę. Na końcu tunelu stoi kibel i musisz walnąć w klapę, wrócić, a na końcu jest rower do wygrania. Albo biegi w poprzek wąwozów – to jest moja autorska dyscyplina i specjalność. W pierwszych dwóch edycjach zdobyłem pierwsze miejsce, w zeszłym roku już mnie prześcignął jeden chłopaczek, zobaczymy, jak to będzie teraz.

W.S.: Widziałam, że pozwalacie uczestnikom zgłosić swoje propozycje.

W.D.: WIO!, czyli tzw. Wasze Inicjatywy Oddolne, w tym roku pojawiły się po raz pierwszy. Jest bardzo dużo osób aktywnych, chcących coś od siebie wnieść. Stąd pojawią się warsztaty tworzenia bransoletek, wspólne śniadanie, warsztat z budowania rzeźb z piasku. Bardzo ciekawe inicjatywy, myślę, że to się przyjmie.

W.S.: A skąd pomysł na „Katoli bez spinki”? To jakaś próba odbudowania wizerunku Kościoła z waszej strony?

W.D.: Zawsze kiedy Kościół miesza się z polityką, traci na tym, ale nie należy zapominać myśli i filozofii chrześcijańskiej, które sprzyjają człowiekowi. Dlatego warto nie wylewać dziecka z kąpielą.

Parę lat temu powolutku zacząłem się nawracać, m.in. pod wpływem wiedzy z biologii totalnej; zobaczyłem, jak cudowna i boska może być ta wiedza. I choć – nomen omen – jest zakazywana przez Kościół, to nie przeszkadza mi to, żeby próbować w tym duchu szukać tej łączności. Łąki Łan i Kazimiernikejszyn stawiają na łączenie, nie dzielenie – i co by się nie działo, widać to w Kazimierzu Dolnym. Tam przyjeżdżają wszyscy, z lewej i prawej strony, zapominając, że mają ze sobą kosę. Tak samo się śmieją, tak samo cieszą muzyką i przyrodą, lubią zjeść coś dobrego i zdrowego. Mamy różne poglądy, ale to nie znaczy, że musimy toczyć ze sobą wojnę, bo Ziemia kiedyś zrobi „A PSIK!” i poprosi następnych.

W.S.: Jak sobie wyobrażałeś organizację takiego festiwalu, a jak wypadło to w zderzeniu z rzeczywistością?

W.D.: (śmiech) W ogóle sobie nie wyobrażałem, myślałem, że wszystko pójdzie – ot tak i będzie luźno. A tu nagle długi, problemy, broda mi posiwiała w pół roku. Ale przy okazji przestałem palić jointy, rzuciłem melanże i nagle się okazało, że zrobiłem się całkiem ciekawym gościem – stałem się bardziej stabilny emocjonalnie, troszkę zmężniałem. Nawet moja obecna żona stwierdziła, że za mnie wyjdzie.

Ja mam taką filozofię, że wszystkie złe wydarzenia, które nam się przytrafiają, są po to, żeby nas rozwinąć i nauczyć czegoś. Tylko trzeba umieć z tego korzystać.

W.S.: Wrócę do uświadamiania ludzi i rozwoju na Kazimiernikejszyn. W tym roku postawiliście na zwierzęta i powstało „Zwierz się” – opowiesz o tej inicjatywie?

W.D.: Chodzi o to, żeby uświadomić ludziom wszechobecny holokaust zwierząt. Nie mówię już o hodowli zwierząt na jedzenie, bo jedzenie mięsa jest naturalne, ale to, w jakich warunkach są hodowane, to już nie jest normalne. Zwłaszcza zwierzęta trzymane na futra, na skóry lub do testowania kosmetyków, które potem reklamują te subtelne, dobre i ckliwe panie w telewizji. To jest jakaś schizofrenia. I nawet rozumiem to, że ludzkość ze swojej pychy, arogancji i chciwości poszła w tym kierunku; jak ktoś chce, to niech sobie w to brnie i organizuje karmę po swojemu, ale miejmy przynajmniej świadomość tego, co robimy. Jesteśmy jednym wielkim organizmem i nic tutaj nie pozostaje niezauważone. Dlatego warto wciąż podejmować ten temat.

W.S.: Jak ostatnio rozmawialiśmy przez telefon, szedłeś na marsz w obronie Puszczy Białowieskiej.

W.D.: Cieszę się w zasadzie, że pan Szyszko doprowadził do takiej sytuacji, że nagle tyle ludzi zaczęło zwracać uwagę na tak poważny problem, jakim jest brak poszanowania dla przyrody. Staram się widzieć plusy w minusach.

W.S.: Lovelasy są sprzeciwem w tej sprawie?

W.D.: Ta piosenka powstała w Puszczy Białowieskiej w zeszłym roku, jakoś przy okazji koncertu Łąki Łan. To był moment, gdy okazało się, że Lasy Państwowe są zadłużone. Śmiałem się, że w czasach, kiedy trzeba nakręcać rynek, te drzewa tak stoją i nic nie robią, więc nic dziwnego, że mają długi (śmiech).

W.S.: A to nie jest czasem tak, że chciałeś trochę potrząsnąć ludźmi? Myślisz, że taki manifest artystyczny w dzisiejszych czasach ma jakąkolwiek wartość i siłę?

W.D.: Myślę, że jak nazwiemy to manifestem artystycznym, to trochę traci to siłę. Jak nazwiemy to piosenką, to po prostu żyje własnym życiem, trafia do niektórych i zasiewa ziarenko świadomości, które mam nadzieję, kiełkuje. I słowo staje się ciałem.

W.S.: Sam o sobie mówisz, że na scenie jesteś zwierzem. A w życiu prywatnym?

W.D.: O to najlepiej zapytać moją żonę (śmiech). Myślę, że ciągle ma do mnie jakieś zastrzeżenia, za co jej bardzo dziękuję, bo mam jeszcze dużo niedociągnięć. Kiedyś byłem zwierzem i w gorszym tego słowa znaczeniu – dzikusem, ale myślę, że wiedza wsparta uczuciem miłości jest dobrą drogą. Ta filozofia ma coraz większy wpływ na moje życie i otoczenie. Ludzie lubią się ze mną spotykać, przychodzą na koncerty. Jestem spójny i wiarygodny w tematach, o których mówię. Nie wyobrażam sobie, żebym miał inaczej pokierować swoim życiem.

W.S.: W erze wszechobecnego retuszu jesteś trochę freak z tymi swoimi bosymi stopami, dzikimi podróżami i naturalnością. Jak to ludzie odbierają?

W.D.: Wiesz, Wera, co za dużo to i świnia nie zje. Po co jest ten perfekcjonizm i retusz? Po to, żeby nie było widać zepsucia i żeby ukryć prawdę. Temu służą idealne i ładne opakowania. A ludzie tęsknią za prawdą i za naturalnością, bo już widzą, że ta cała era technologii jest zła. Tęsknią za kontaktem z emocjami, naturą, zrozumieniem praw i prawd panujących w przyrodzie, i człowieku.

W.S.: Czy to też recepta na zespół z kilkunastoletnim stażem?

W.D.: Tu podobnie jak w małżeństwie. Jak się nie akceptujecie nawzajem, nie szanujecie, nie rozumiecie i nie potraficie sobie powiedzieć prawdy w oczy, w tym tego, jak bardzo doceniasz drugą osobę, to nic się nie uda. Ani zespół, ani związek. Bez szans.

W.S.: Ostatnia płyta, którą wydaliście z Łąki Łan, czyli Syntonia, bardzo zażarła. Odbiór jest wręcz rewelacyjny. Kombinujecie już coś nowego?

W.D.: Przede wszystkim nigdy nie kombinujemy, zawsze idziemy za głosem serca i tego, co w nas gra. Myślę, że to jest właśnie nasza siła. Nie próbujemy iść za wskazówkami mody, trendów czy publiki, tylko po prostu słuchamy siebie i tego, co z nas wypływa. Może niedługo coś wypłynie.

W.S.: Tą siłą jest też na pewno energia. Mam w głowie bardzo niewiele takich polskich artystów, którzy potrafią wytworzyć niepodrabianą energię w kontakcie z widzem. To umiejętność nabyta czy talent?

W.D.: Myślę, że pół na pół. Jak z talentem – masz go, ale musisz rozwijać. Robimy, co możemy, i jak najwyżej stawiamy sobie poprzeczkę, ale los musi nas wesprzeć. Na razie karma nam sprzyja.

W.S.: Mam nadzieję, że będzie nam sprzyjać i na Kazimiernikejszyn!musująca tabletka.png

 

Włodek Dembowski:

znany również jako Paprodziad. Członek zespołów Łąki Łan, Dziady Kazimierskie, SunnyLand i November Project. Jak sam o sobie mówi, „Fan mchu, paproci i Kazimierza Dolnego”. Wyznaje zasadę „Kto się śmieje, ten się śmieje”. Współorganizator i współtwórca festiwalu Kazimiernikejszyn.

kreska.jpg

WERONIKA SRAGA
Dzien­ni­karka muzyczna, redak­tor naczelna por­talu www.zwy­so­kie­goc.pl. Na mie­ście mówią, że twardo stąpa po ziemi i wie czego chce. Pry­wat­nie uza­leż­niona od picia her­baty, kon­cer­tów jaz­zo­wych i kupo­wa­nia płyt. Prze­ja­wia sła­bość do muzy­ków, co zawsze wpę­dza ją w tara­paty. Kolek­cjo­nerka tatu­aży, fanka nago­ści, inno­ści i spo­rej dawki adre­na­liny.

ANNA TEODORCZYK
Z zawodu ilu­stra­torka, z potrzeby autorka bloga Anna Alter­na­tyw­nie o sztu­kach wizu­al­nych i kul­tu­rze. Namiętny czy­tel­nik lite­ra­tury róż­nej oraz wierny fan gier typu poin­t&click z ambi­cją na zosta­nie twórcą co naj­mniej jed­nej z tych rze­czy.


Ta strona korzysta z plików cookie.