
NUMER 18 (3) MAJ 2016 | "HERA, KOKA, HASZ..."
Dosyć mitów na temat psychotropów! Mit numer 1: Antydepresanty uzależniają. Prawda: cukier uzależnia bardziej. Mit numer 2: Antydepresanty powodują tycie. Prawda: Eee tam. Nie tak bardzo. Ja przytyłem zaledwie 10 kilo.
Mimo że piszę te zdania trzymając w lewej dłoni spałaszowany już w połowie orzechowy rogalik (jeden z trzech; dwa pozostałe mam odłożone w plecaku „na pokrzepienie” podczas pracy) i zamiast uprawiać jogging czy inne zapewniające powodzenie w życiu towarzyskim i zawodowym sporty, tak jak inni goście Parku Krakowskiego, siedzę na ławeczce podziwiając pełnię wiosny, nie mam specjalnych wyrzutów sumienia wobec swojego organizmu. Uważam się za jednostkę w pełni sił i zdrowia, a jak na swój chrystusowy wiek wcale nie tak bardzo steraną życiem. Są przecież bardziej szkodliwe substancje niż węglowodany złożone, drożdże, karmelizowane prażone orzeszki włoskie oraz dziesięć miligramów przekaźnika serotoniny dziennie. Mógłbym przecież nadużywać etanolu w jednej z malowniczych kafejek, wciągać biały kurz ze stolików w rejonach Kazimierza, Podgórza, Zabłocia czy innych słynących z inspiracji, dekadencji i rozpusty dzielnic naszego miasta. A tak trzymam się słodyczy i ogólnie trzymam się nieźle. Żadnych sportów ekstremalnych, żadnych ekscesów, ryzykownych zachowań „pod wpływem” ani zachowań ze zgubnym wpływem na nikogo.
No alarms and no suprises. Nic a nic. Tylko słodycze.
Mówię wam, to wcale nie antydepresanty uzależniają. Uzależnia cukier. To zupełnie tak jak z papierosami i piwem. Mam znajomego, który od dziesięciu lat nie pije ani nie pali. Nie pije, bo gdy pije, to pali. Nie pali zaś dlatego, że gdy pali, to pije. Z premedytacją unika palaczy i piwoszy, więc nie chadza też do pubów ani kawiarń, w których mógłby spotkać towarzystwo ludzi pijących lub palących albo, co gorsza, ludzi wykonujących obie te czynności równocześnie. Bardzo dobrze rozumiem mojego znajomego i jego krzyżowe uzależnienia. Poza okresami terapii farmakologicznej mam wręcz ostrą awersję do słodkości. Nie słodzę nawet kawy ani herbaty. Ciastka są mi obrzydliwe, a nawet pomarańcze wydają mi się za słodkie i z cytrusów spożywam tylko niedojrzałe grejpfruty. No ale kiedy przyjmuję psychotropy, to pożeram już cały inwentarz wyrobów cukierniczych.
Tak, przyznaję się: zajadam prozak cukrem. Złożonym i prostym, rafinowanym, nierafinowanym, trzcinowym, buraczanym, chemicznym czy organicznym – wszystko jedno. Wszystko, by zniwelować mdłość życia na antydepresancie. Chociaż prozak ogólnie jest super. Zwłaszcza gdy potrzebujesz szybko wykrzesać z siebie trochę mocy witalnych w okresie od listopada do kwietnia. Idziesz do świrologa, dostajesz receptę, łykasz pigułę i po dwóch tygodniach masz już absolutnie wybimbane na wszystko. Tak, prozak jest zacny. Tylko trochę usypia. Nie na tyle, by padać twarzą na klawiaturę, ale jednak nie daje kopa. Wręcz przeciwnie: hibernuje. Constans. Co cię nie zabije, to cię nie ożywi. Po miesiącu nic cię już specjalnie nie przeraża, ale też nic specjalnie nie podnieca. No to przecież bez kawy i drożdżówki z rana ani rusz! Potrzebujesz paliwa!
No i tu, moi drodzy, zaczynają się schody. Wcinasz lek, żeby osiągnąć stan uśmiechniętego zombie na wakacjach w Splicie. Jesteś radosny, pogodny, wychilloutowany, ale musisz jednak iść do pracy. Żeby zebrać się w sobie co rano sięgasz po dopalacz w postaci węglowodanów i tłuszczy. Błędne koło się zamyka. Już tak łatwo się z niego nie wydostaniesz. Ale, ale, nie jest przecież tak źle. W końcu jesteś na prozaku, zatem „masz wybimbane”! Czy ważysz 80, 100 czy 200 kilo, stajesz przed lustrem i czujesz się świetnie!
To słodkie kłamstwo antydepresantu ma niestety bardzo długie nogi. Zdejmuje z ciebie odpowiedzialność, podsuwając całą garść dobrych wymówek w stylu: „to nie kilogramy, to nerwy”, „to nie ja, to depresja”, „tyję przez leki”. Choć akurat ta ostatnia wymówka jest nie do zbicia. Tak, to wszystko przez leki. Leki, na które się godzisz. Bierzesz, więc jesteś ok. Bierzesz, czyli dbasz o swoje zdrowie psychiczne coraz bardziej olewając fizyczne. Wcinasz masę kakaową, popijasz kawą, zapominasz o zrównoważeniu diety, bo przecież na to przyjdzie czas „po terapii”. Może i na własne życzenie doprowadzasz się do kamicy woreczka żółciowego i cotygodniowych wizyt na SORze, ale co tam. „Dbasz o siebie”, przecież regularnie przyjmujesz lek.
Ale żeby nie było, że potępiam farmakologię w czambuł. Nic z tych rzeczy. Wręcz polecam. Wszystko jest dla ludzi: leczenie, uzależnienie, odstawienie, branie, ćpanie, umieranie. Byle tylko świadomie. Byle tylko z pełną powagą i pełną konsekwencją. Ludzie średniowiecza wymyślili ars moriendi, czyli sztukę świadomego odwalania kity. Nikt wówczas nie chciał umierać w wypadku samochodowym, katastrofie lotniczej, tracić przytomności ot tak i schodzić ze sceny. Największą trwogę wzbudzała śmierć nagła. Prawdziwą zgrozą było walnąć w kalendarz, nie pojednawszy się z Bogiem, nie rozliczywszy żywota i nie pożegnawszy się z tym łez padołem przy pełnym żałobnym ceremoniale. Może czas powrócić do tej tradycji? Jeśli się zabijać, to świadomie. Równie świadomie leczyć i brać psychotropy. Świadomie się zatruwać i otumaniać lub świadomie powiedzieć: dość, już wystarczy.
To jest ta cienka linia między prośbą o pomoc a cackaniem się ze sobą. A ja się ze sobą cackam notorycznie. Wiem, bardzo dobrze wiem, że strach już minął i że czas zacząć stawiać pewne kroki w świecie, od którego uciekłem w tabletki. A skoro wiem, to czemu nadal głaszczę się po główce i oblewam słodkim syropem? Czy to strach przed światem bez cukru, czy strach przed wysiłkiem?
Więc ok. Jeszcze miesiąc, jeszcze tylko miesiąc i odstawiam. Po miesiącu jest to samo. Targowanie się nie ma końca. Podobno „każdy normalny człowiek potrzebuje jeszcze 5 minut żeby się wyspać”. Każdy prozakowiec potrzebuje jeszcze kwartału na proszkach. Ostatecznie mija rok, dwa lata i nagle przyłapujesz się na tych momentach emocjonalnej nieobecności w swoim własnym życiu. I to też wcale nie przeraża. Wytłumienie reakcji na wszystko zaczyna po prostu naprawdę męczyć. Książka nie interesuje, film nie emocjonuje, seks nuży, kawa nie podnosi ciśnienia, papieros nie rozluźnia. Czas przelatuje przez palce. Pozostaje głód. Odruch wchłaniania, obrastania tłuszczem jak bezpiecznym kokonem. Zapchać kichę pizzą, cukrem zasypać wyrzuty sumienia. ,,Napchać się strudla i umrzeć”, jak pisał Singer.
Zadok Halperin wpatrywał się w mały kawałek strudla: czy mam go zjeść? Czy może mi zaszkodzić? Bez względu na to, czy go zjem, czy nie, moje arterie pozostaną zatkane. I tak nigdy nie uda mi się zrzucić tych dziesięciu kilogramów. Szczupli ludzie również umierają. Wszystkie te statystyki są diabła warte.
Chwycił pospiesznie kawałek strudla i włożył go do ust. Zgarnął zręcznie językiem okruszek, który zaplątał mu się w brodę. Nasunęła mu się myśl: a może taki właśnie będzie kres tego wszystkiego? Napchać się strudla i umrzeć. Co za bezsensowna ambicja…
No właśnie – po co ambicja? Po co pośpiech i dyktatura życiowego sukcesu? Wyluzuj. Daj sobie jeszcze tydzień cukru i prozaku. Przecież ogólnie jest spoko. Tak, spoko. Tylko trochę za bardzo jak w Chandelier:
Party girls don't get hurt
Can't feel anything
Nie, nie, nie… nie będziemy nic odstawiać, choć pan doktor zalecał, żeby już się usamodzielnić. Nie, nie, ta słodka impreza jest zbyt dobra, by wyjść przed północą. Nie chcę schodzić z żyrandola. Będę się na nim huśtać, póki nie zamkną ostatniej apteki.
Apteka czeka na słabego człowieka – śpiewał pan Maleńczuk.
One, two, three
One, two, three, drink – śpiewa SIA.
Zamień “drink” na “pill” i dośpiewaj sobie resztę zdań.
Huśtu, huśtu, jeszcze tylko trochę cukru… jeszcze troszkę. Nie chcę opuszczać karuzeli, nie chcę widzieć, jak świat wygląda naprawdę ani tym bardziej jak JA wyglądam naprawdę. Bez słodyczy.
I'm gonna swing from the chandelier
From the chandelier
I'm gonna live like tomorrow doesn't exist
Like it doesn't exist
I'm gonna fly like a bird through the night
Feel my tears as they dry
I'm gonna swing from the chandelier
From the chandelier
A co jeśli… Co jeśli cała moja siła jest sztuczna i kupna?
Pierwszy sprawdzian: lustro.
Egzamin z Lacana. Znów jestem dzieckiem. Patrzę w swój pysk po raz pierwszy. Abiekt Kristevej: podmiot i wymiot. Raz dwa trzy, palce w gardło. Raz dwa trzy i raz dwa trzy.
Sun is up, I'm a mess
Gotta get out now
Gotta run from this
Here comes the shame, here comes the shame
Nie, jeszcze nie.
Jeszcze miesiąc, jeszcze jeden tydzień.
Ale wierzę, wierzcie mi. Wierzę, że w końcu to zrobię.
Przestanę słodzić.
Seriously.
P.S.
Następne felietony sponsorują producenci insuliny i gabinety diabetologiczne.![]()
![]()
JAKUB WYDRZYŃSKI
Kulturoznawca, wieczny student, człowiek wielu zawodów. Pisał dla Ha!artu, ale stracił wenę i motywację. Wcześniej popełnił trochę prozy w „Odrze”, „Akcencie” i „Pograniczach”. Według niektórych umie też zrobić dobrą kawę.
KATARZYNA DOMŻALSKA
Absolwentka kierunku Projektowanie Graficzne na ASP we Wrocławiu (2012). Na co dzień zajmuje się projektowaniem graficznym, ilustracją oraz animacją. Laureatka licznych konkursów. Obecnie freelancer.