DO GÓRY

 

fuss_prozak_i_cukier_domzalska_cover.jpg

NUMER 18 (3) MAJ 2016 | "HERA, KOKA, HASZ..."


PROZAK I CUKIER

JAKUB WYDRZYŃSKI | KATARZYNA DOMŻALSKA

Dosyć mitów na temat psy­cho­tro­pów! Mit numer 1: Anty­de­pre­santy uza­leż­niają. Prawda: cukier uza­leż­nia bar­dziej. Mit numer 2: Anty­de­pre­santy powo­dują tycie. Prawda: Eee tam. Nie tak bar­dzo. Ja przy­ty­łem zale­d­wie 10 kilo.

Mimo że piszę te zda­nia trzy­ma­jąc w lewej dłoni spa­ła­szo­wany już w poło­wie orze­chowy roga­lik (jeden z trzech; dwa pozo­stałe mam odło­żone w ple­caku „na pokrze­pie­nie” pod­czas pracy) i zamiast upra­wiać jog­ging czy inne zapew­nia­jące powo­dze­nie w życiu towa­rzy­skim i zawo­do­wym sporty, tak jak inni goście Parku Kra­kow­skiego, sie­dzę na ławeczce podzi­wia­jąc peł­nię wio­sny, nie mam spe­cjal­nych wyrzu­tów sumie­nia wobec swo­jego orga­ni­zmu. Uwa­żam się za jed­nostkę w pełni sił i zdro­wia, a jak na swój chry­stu­sowy wiek wcale nie tak bar­dzo ste­raną życiem. Są prze­cież bar­dziej szko­dliwe sub­stan­cje niż węglo­wo­dany zło­żone, droż­dże, kar­me­li­zo­wane pra­żone orzeszki wło­skie oraz dzie­sięć mili­gra­mów prze­kaź­nika sero­to­niny dzien­nie. Mógł­bym prze­cież nad­uży­wać eta­nolu w jed­nej z malow­ni­czych kafe­jek, wcią­gać biały kurz ze sto­li­ków w rejo­nach Kazi­mie­rza, Pod­gó­rza, Zabło­cia czy innych sły­ną­cych z inspi­ra­cji, deka­den­cji i roz­pu­sty dziel­nic naszego mia­sta. A tak trzy­mam się sło­dy­czy i ogól­nie trzy­mam się nie­źle. Żad­nych spor­tów eks­tre­mal­nych, żad­nych eks­ce­sów, ryzy­kow­nych zacho­wań „pod wpły­wem” ani zacho­wań ze zgub­nym wpły­wem na nikogo.

No alarms and no supri­ses. Nic a nic. Tylko sło­dy­cze.

Mówię wam, to wcale nie anty­de­pre­santy uza­leż­niają. Uza­leż­nia cukier. To zupeł­nie tak jak z papie­rosami i piwem. Mam zna­jo­mego, który od dzie­się­ciu lat nie pije ani nie pali. Nie pije, bo gdy pije, to pali. Nie pali zaś dla­tego, że gdy pali, to pije. Z pre­me­dy­ta­cją unika pala­czy i piwo­szy, więc nie cha­dza też do pubów ani kawiarń, w któ­rych mógłby spo­tkać towa­rzy­stwo ludzi piją­cych lub palą­cych albo, co gor­sza, ludzi wyko­nu­ją­cych obie te czyn­no­ści rów­no­cze­śnie. Bar­dzo dobrze rozu­miem mojego zna­jo­mego i jego krzy­żowe uza­leż­nie­nia. Poza okre­sami tera­pii far­ma­ko­lo­gicz­nej mam wręcz ostrą awer­sję do słod­ko­ści. Nie sło­dzę nawet kawy ani her­baty. Ciastka są mi obrzy­dliwe, a nawet poma­rań­cze wydają mi się za słod­kie i z cytru­sów spo­ży­wam tylko nie­doj­rzałe grejp­fruty. No ale kiedy przyj­muję psy­cho­tropy, to poże­ram już cały inwen­tarz wyro­bów cukier­ni­czych.

Tak, przy­znaję się: zaja­dam pro­zak cukrem. Zło­żo­nym i pro­stym, rafi­no­wa­nym, nie­ra­fi­no­wa­nym, trzci­no­wym, bura­cza­nym, che­micz­nym czy orga­nicz­nym – wszystko jedno. Wszystko, by zni­we­lo­wać mdłość życia na anty­de­pre­san­cie. Cho­ciaż pro­zak ogól­nie jest super. Zwłasz­cza gdy potrze­bujesz szybko wykrze­sać z sie­bie tro­chę mocy wital­nych w okre­sie od listo­pada do kwiet­nia. Idziesz do świ­ro­loga, dosta­jesz receptę, łykasz pigułę i po dwóch tygo­dniach masz już abso­lut­nie wybim­bane na wszystko. Tak, pro­zak jest zacny. Tylko tro­chę usy­pia. Nie na tyle, by padać twa­rzą na kla­wia­turę, ale jed­nak nie daje kopa. Wręcz prze­ciw­nie: hiber­nuje. Con­stans. Co cię nie zabije, to cię nie ożywi. Po mie­siącu nic cię już spe­cjal­nie nie prze­raża, ale też nic spe­cjal­nie nie podnieca. No to prze­cież bez kawy i droż­dżówki z rana ani rusz! Potrze­bu­jesz paliwa!

No i tu, moi dro­dzy, zaczy­nają się schody. Wci­nasz lek, żeby osią­gnąć stan uśmiech­nię­tego zom­bie na waka­cjach w Spli­cie. Jesteś rado­sny, pogodny, wychil­lo­uto­wany, ale musisz jed­nak iść do pracy. Żeby zebrać się w sobie co rano się­gasz po dopa­lacz w postaci węglo­wo­da­nów i tłusz­czy. Błędne koło się zamyka. Już tak łatwo się z niego nie wydo­sta­niesz. Ale, ale, nie jest prze­cież tak źle. W końcu jesteś na pro­zaku, zatem „masz wybim­bane”! Czy ważysz 80, 100 czy 200 kilo, sta­jesz przed lustrem i czu­jesz się świet­nie!

To słod­kie kłam­stwo anty­de­pre­santu ma nie­stety bar­dzo dłu­gie nogi. Zdej­muje z cie­bie odpo­wie­dzial­ność, pod­su­wa­jąc całą garść dobrych wymó­wek w stylu: „to nie kilo­gramy, to nerwy”, „to nie ja, to depre­sja”, „tyję przez leki”. Choć aku­rat ta ostat­nia wymówka jest nie do zbi­cia. Tak, to wszystko przez leki. Leki, na które się godzisz. Bie­rzesz, więc jesteś ok. Bie­rzesz, czyli dbasz o swoje zdro­wie psy­chiczne coraz bar­dziej ole­wa­jąc fizyczne. Wci­nasz masę kaka­ową, popi­jasz kawą, zapo­mi­nasz o zrów­no­wa­że­niu diety, bo prze­cież na to przyj­dzie czas „po tera­pii”. Może i na wła­sne życze­nie dopro­wa­dzasz się do kamicy woreczka żół­cio­wego i coty­go­dnio­wych wizyt na SORze, ale co tam. „Dbasz o sie­bie”, prze­cież regu­lar­nie przyj­mu­jesz lek.

Ale żeby nie było, że potę­piam far­ma­ko­lo­gię w czam­buł. Nic z tych rze­czy. Wręcz pole­cam. Wszystko jest dla ludzi: lecze­nie, uza­leż­nie­nie, odsta­wie­nie, bra­nie, ćpa­nie, umie­ra­nie. Byle tylko świa­do­mie. Byle tylko z pełną powagą i pełną kon­se­kwen­cją. Ludzie śre­dnio­wie­cza wymy­ślili ars moriendi, czyli sztukę świa­do­mego odwa­la­nia kity. Nikt wów­czas nie chciał umie­rać w wypadku samo­cho­do­wym, kata­stro­fie lot­ni­czej, tra­cić przy­tom­no­ści ot tak i scho­dzić ze sceny. Naj­więk­szą trwogę wzbu­dzała śmierć nagła. Praw­dziwą zgrozą było wal­nąć w kalen­darz, nie pojed­naw­szy się z Bogiem, nie roz­li­czyw­szy żywota i nie poże­gnaw­szy się z tym łez pado­łem przy peł­nym żałob­nym cere­mo­niale. Może czas powró­cić do tej tra­dy­cji? Jeśli się zabi­jać, to świa­do­mie. Rów­nie świa­do­mie leczyć i brać psy­cho­tropy. Świa­do­mie się zatru­wać i otu­ma­niać lub świa­do­mie powie­dzieć: dość, już wystar­czy.

To jest ta cienka linia mię­dzy prośbą o pomoc a cac­ka­niem się ze sobą. A ja się ze sobą cac­kam noto­rycz­nie. Wiem, bar­dzo dobrze wiem, że strach już minął i że czas zacząć sta­wiać pewne kroki w świe­cie, od któ­rego ucie­kłem w tabletki. A skoro wiem, to czemu na­dal głasz­czę się po główce i oble­wam słod­kim syro­pem? Czy to strach przed świa­tem bez cukru, czy strach przed wysił­kiem?

Więc ok. Jesz­cze mie­siąc, jesz­cze tylko mie­siąc i odsta­wiam. Po mie­siącu jest to samo. Tar­go­wa­nie się nie ma końca. Podobno „każdy nor­malny czło­wiek potrze­buje jesz­cze 5 minut żeby się wyspać”. Każdy pro­zakowiec potrze­buje jesz­cze kwar­tału na prosz­kach. Osta­tecz­nie mija rok, dwa lata i nagle przy­ła­pu­jesz się na tych momen­tach emo­cjo­nal­nej nie­obec­no­ści w swoim wła­snym życiu. I to też wcale nie prze­raża. Wytłu­mie­nie reak­cji na wszystko zaczyna po pro­stu naprawdę męczyć. Książka nie inte­re­suje, film nie emo­cjo­nuje, seks nuży, kawa nie podnosi ciśnie­nia, papie­ros nie roz­luź­nia. Czas prze­la­tuje przez palce. Pozo­staje głód. Odruch wch­ła­nia­nia, obra­sta­nia tłusz­czem jak bez­piecz­nym koko­nem. Zap­chać kichę pizzą, cukrem zasy­pać wyrzuty sumie­nia. ,,Nap­chać się stru­dla i umrzeć”, jak pisał Sin­ger.

fuss_prozak_i_cukier_domzalska.jpgZadok Hal­pe­rin wpa­try­wał się w mały kawa­łek stru­dla: czy mam go zjeść? Czy może mi zaszko­dzić? Bez względu na to, czy go zjem, czy nie, moje arte­rie pozo­staną zatkane. I tak ni­gdy nie uda mi się zrzu­cić tych dzie­się­ciu kilo­gra­mów. Szczu­pli ludzie rów­nież umie­rają. Wszyst­kie te sta­ty­styki są dia­bła warte.

Chwy­cił pospiesz­nie kawa­łek stru­dla i wło­żył go do ust. Zgar­nął zręcz­nie języ­kiem okru­szek, który zaplą­tał mu się w brodę. Nasu­nęła mu się myśl: a może taki wła­śnie będzie kres tego wszyst­kiego? Nap­chać się stru­dla i umrzeć. Co za bez­sen­sowna ambi­cja…

No wła­śnie – po co ambi­cja? Po co pośpiech i dyk­ta­tura życio­wego suk­cesu? Wylu­zuj. Daj sobie jesz­cze tydzień cukru i pro­zaku. Prze­cież ogól­nie jest spoko. Tak, spoko. Tylko tro­chę za bar­dzo jak w Chan­de­lier:

Party girls don't get hurt
Can't feel any­thing

Nie, nie, nie… nie będziemy nic odsta­wiać, choć pan dok­tor zale­cał, żeby już się usa­mo­dziel­nić. Nie, nie, ta słodka impreza jest zbyt dobra, by wyjść przed pół­nocą. Nie chcę scho­dzić z żyran­dola. Będę się na nim huś­tać, póki nie zamkną ostat­niej apteki.

Apteka czeka na sła­bego czło­wieka – śpie­wał pan Maleń­czuk.

One, two, three
One, two, three, drink – śpiewa SIA.

Zamień “drink” na “pill” i dośpie­waj sobie resztę zdań.

Huśtu, huśtu, jesz­cze tylko tro­chę cukru… jesz­cze troszkę. Nie chcę opusz­czać karu­zeli, nie chcę widzieć, jak świat wygląda naprawdę ani tym bar­dziej jak JA wyglą­dam naprawdę. Bez sło­dy­czy.

I'm gonna swing from the chan­de­lier
From the chan­de­lier
I'm gonna live like tomor­row doesn't exist
Like it doesn't exist
I'm gonna fly like a bird thro­ugh the night
Feel my tears as they dry
I'm gonna swing from the chan­de­lier
From the chan­de­lier

A co jeśli… Co jeśli cała moja siła jest sztuczna i kupna?

Pierw­szy spraw­dzian: lustro.

Egza­min z Lacana. Znów jestem dziec­kiem. Patrzę w swój pysk po raz pierw­szy. Abiekt Kri­ste­vej: podmiot i wymiot. Raz dwa trzy, palce w gar­dło. Raz dwa trzy i raz dwa trzy.

Sun is up, I'm a mess
Gotta get out now
Gotta run from this
Here comes the shame, here comes the shame

Nie, jesz­cze nie.

Jesz­cze mie­siąc, jesz­cze jeden tydzień.

Ale wie­rzę, wierz­cie mi. Wie­rzę, że w końcu to zro­bię.

Prze­stanę sło­dzić.

Serio­usly.

P.S.
Następne felie­tony spon­so­rują pro­du­cenci insu­liny i gabi­nety dia­be­to­lo­giczne.musująca tabletka.png

kreska.jpg

JAKUB WYDRZYŃSKI
Kul­tu­ro­znawca, wieczny stu­dent, czło­wiek wielu zawo­dów. Pisał dla Ha!artu, ale stra­cił wenę i moty­wa­cję. Wcze­śniej popeł­nił tro­chę prozy w „Odrze”, Akcen­ciePogra­ni­czach. Według nie­któ­rych umie też zro­bić dobrą kawę.

KATARZYNA DOMŻALSKA
Absolwentka kierunku Projektowanie Graficzne na ASP we Wrocławiu (2012). Na co dzień zajmuje się projektowaniem graficznym, ilustracją oraz animacją. Laureatka licznych konkursów. Obecnie freelancer.

Ta strona korzysta z plików cookie.