
NUMER 13 (4) SIERPIEŃ 2015 | "FOLWARK ZWIERZĘCY"
Prawa zwierząt na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy wiele razy trafiały na pierwsze strony gazet. Analizę bezprawności wybicia szyby samochodu w celu ratowania psa przed upałem poprzedzała medialna batalia o kształt Prawa łowieckiego. Relacje o coraz częstszych wyrokach bezwzględnego pozbawienia wolności dla dręczycieli zwierząt – wiadomość o uznaniu zakazu uboju rytualnego przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodny z ustawą zasadniczą. I mimo wciąż odczuwalnej przewagi myśliwych czy rolników w procesie stanowienia prawa, ton debaty publicznej wróży zmiany na lepsze.
Rosnąca świadomość problemu ochrony prawnej zwierząt napawa optymizmem. Tej radości powinna jednak towarzyszyć krytyczna refleksja nad przepisami chroniącymi zwierzęta. O ile bowiem można być względnie zadowolonym z przepisów prawa materialnego (norm bezpośrednio kształtujących prawa i obowiązki ludzi w odniesieniu do zwierząt), o tyle warto przyjrzeć się proceduralnym i instytucjonalnym ramom wykonywania tych przepisów.
Już dziś istnieją podstawy do obaw, czy instytucje powołane ustawowo do dbałości w pierwszej kolejności o zdrowie ludzi, wsparte przez słabo zakotwiczone w publicznoprawnym ładzie instytucjonalnym organizacje pozarządowe, są w stanie efektywnie wypełniać trudną misję ochrony dobrostanu milionów żyjących w Polsce zwierząt. Dlatego warto zastanowić się, czy nie potrzebujemy wyspecjalizowanego organu mogącego stale zabierać głos w imieniu tych, którzy głosu nie mają. Najwyższy czas na dyskusję nad powołaniem Rzecznika Praw Zwierząt.
ZDROWIE LUDZI PRZED KRZYWDĄ ZWIERZĄT
Na dzień dzisiejszy podstawy ustrojowego prawa ochrony zwierząt mieszczą się w zasadniczej swojej części w dwóch ustawach: z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt oraz z dnia 15 stycznia 2015 r. o ochronie zwierząt wykorzystywanych do celów naukowych lub edukacyjnych. Na gruncie pierwszej z ustaw ochroną zwierząt zajmują się Inspekcja Weterynaryjna oraz inne właściwe organy administracji rządowej i samorządu terytorialnego, współdziałające z samorządem lekarsko-weterynaryjnym oraz z innymi instytucjami i organizacjami społecznymi, których statutowym celem działania jest ochrona zwierząt. Na gruncie drugiej – Komisja Etyczna do Spraw Doświadczeń na Zwierzętach i komisje lokalne. Z uwagi na stosunkowo wąski (acz niebagatelny) zakres kompetencji tych ostatnich, skupię się na instytucjach powołanych do wykonywania przepisów ustawy o ochronie zwierząt.
Co istotne, ochrona zwierząt jest tylko jednym, stosunkowo marginalnym wycinkiem obowiązków Inspekcji Weterynaryjnej oraz stojącego na jej czele Głównego Lekarza Weterynarii. Ustawodawca chciał uniknąć „mnożenia bytów ponad konieczność”, licząc zapewne, że szerokie uprawnienia kontrolne Inspekcji Weterynaryjnej pozwolą jej efektywnie egzekwować przepisy ustawy o ochronie zwierząt. Jednakże nie można zapomnieć, że art. 3 ustawy z dnia 29 stycznia 2004 r. o Inspekcji Weterynaryjnej stanowi, że realizuje ona zadania z zakresu ochrony zdrowia zwierząt oraz bezpieczeństwa produktów pochodzenia zwierzęcego w celu zapewnienia ochrony zdrowia publicznego. I jakkolwiek w toku prowadzonych czynności Inspekcja ma obowiązek odnotować każde naruszenie ustawy o ochronie zwierząt, należy mieć na uwadze, że wieloletnia praktyka działania tej instytucji podporządkowana jest dbaniu o zdrowie ludzi. Dobro zwierząt – jako cel sam w sobie – schodzi na dalszy plan. Można także zastanawiać się, czy pracownicy instytucji powołanej do kontroli procesu produkcji mięsa, są odpowiednio uwrażliwieni na dostrzeganie krzywdy zwierząt.
To przeczucie potwierdzają wyniki raportu Najwyższej Izby Kontroli z 2013 roku, dotyczącego wykonywania przez gminy zadań z zakresu ochrony zwierząt. Izba stwierdziła w nim, że liczba i zakres kontroli przez Inspekcję Weterynaryjną przytulisk, hoteli dla zwierząt czy podmiotów zajmujących się ich wyłapywaniem – były dalece niewystarczające. W wywiadzie udzielonym I Programowi Polskiego Radia w maju tego roku Prezes NIK posunął się wręcz do stwierdzenia, że „systemu ochrony zwierząt dziś w praktyce nie ma”.
UDZIAŁ SPOŁECZEŃSTWA CZY UMYWANIE RĄK?
Dalej ustawa o ochronie zwierząt stanowi, że organy administracji publicznej powinny współdziałać z organizacjami społecznymi, których statutowym celem jest ochrona zwierząt. Jest to rozwiązanie dobre o tyle, że – przynajmniej w teorii – zapewnia swoisty „balans ideologiczny” między przyzwyczajonymi do warunków hodowli przemysłowej pracownikami Inspekcji Weterynaryjnej a wrażliwymi społecznikami. Ponadto umożliwia udział społeczeństwa w procesie egzekucji przepisów prawa. Niestety organizacje społeczne pozbawione są dwóch rzeczy zapewniających administracji publicznej sprawne funkcjonowanie: kompetencji kontrolnych oraz stałego źródła finansowania z budżetu państwa.
Odnosząc się do problemu pierwszego, należy wskazać na art. 34a ust. 3 ustawy o ochronie zwierząt. Mówi on, że organizacje społeczne, których statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, mogą współdziałać z Inspekcją Weterynaryjną w sprawowaniu nadzoru nad przestrzeganiem przepisów o ochronie zwierząt. Art. 40 stanowi z kolei, że organizacje te mogą współdziałać z właściwymi instytucjami państwowymi i samorządowymi w ujawnianiu oraz ściganiu przestępstw i wykroczeń określonych w ustawie.
Wielu działaczy prozwierzęcych powie w tym momencie, że współpraca z organami nadzoru układa się bardzo różnie. Organizacje społeczne posiadają jednak niezwykle istotne uprawnienie, którego Inspekcja Weterynaryjna jest pozbawiona: możliwość wykonywania praw pokrzywdzonego w sprawach o przestępstwo zabójstwa, uśmiercenia albo uboju zwierzęcia z naruszeniem przepisów oraz przestępstwo znęcania się nad zwierzęciem, a także w spawach o szereg wykroczeń (w tym niedozwolonego handlu zwierzętami czy odławiania zwierząt bez zapewnienia im miejsca w schronisku).
W tym miejscu należy wyjaśnić, że zwierzęta zajmują w procesie karnym dosyć specyficzną pozycję. Z jednej strony przepisy stanowią, że „zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą”, a „człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę”. Z drugiej – ustawodawca nakazuje w sytuacjach nieuregulowanych w ustawie stosować odpowiednio do zwierząt przepisy dotyczące rzeczy.
Konsekwentne nieprzyznanie zwierzętom podmiotowości prawnej skutkuje tym, że pokrzywdzonym przestępstwem popełnionym wobec zwierzęcia – podobnie jak np. pokrzywdzonym kradzieży – jest właściciel. W sytuacji, gdy to właściciel jest sprawcą przemocy wobec zwierzęcia, doszłoby do absurdalnej tożsamości pokrzywdzonego i sprawcy.
Wykonując prawa pokrzywdzonego, organizacja społeczna staje się stroną postępowania przygotowawczego, a na etapie sądowym może zostać oskarżycielem posiłkowym. Tym samym ma możliwość m.in. składania wniosków dowodowych, uczestniczenia w czynnościach procesowych czy przeglądania akt. Można w tym miejscu oczywiście zastanowić się, dlaczego Inspekcji Weterynaryjnej nie przyznano kompetencji do występowania w roli oskarżyciela publicznego, jednak decyzja ustawodawcy zdaje się zapewniać udział w procesie osób o bardziej adekwatnej wrażliwości.
Wciąż nierozwiązany pozostaje jednak drugi problem przerzucenia na społeczników walki o prawa zwierząt: źródła finansowania. Każdy, kto kiedykolwiek działał w ramach organizacji pozarządowej, wie, że nie jest to najbardziej dochodowa ścieżka kariery. Wielkim wysiłkiem dla organizacji prozwierzęcych jest wygospodarowanie środków na opłacenie choćby jednego stałego etatu, nabycie sprzętu rejestrującego czy pozyskanie środka transportu. Tymczasem uczestnictwo w postępowaniu karnym czy czynnościach kontrolnych jest niezwykle czasochłonne i wymaga odpowiednich kompetencji. Żyjące ze składek, darowizn, grantów, czasem drobnej działalności gospodarczej, a rzadko – stałej współpracy np. z samorządem, organizacje społeczne nie potrafią, mimo najlepszych chęci, zagwarantować, że swoją ustawową rolę będą spełniać w sposób stabilny i ciągły.
W POSZUKIWANIU INSPIRACJI
Potrzeba więc organu, który byłby wyspecjalizowany w dziedzinie prawnej ochrony zwierząt, a przy tym miałby pewne uprawnienia procesowe w postępowaniu administracyjnym i karnym (bądź to jako organ, bądź to jako uczestnik). Szukając natchnienia warto przyjrzeć się ustrojowi organów powołanych do ochrony praw obywateli. Od 1987 roku, gdy powołany został pierwszy w Polsce Rzecznik Praw Obywatelskich, dorobiliśmy się szeregu bardziej wyspecjalizowanych urzędów, powołanych do ochrony tylko pewnych grup obywateli bądź ochrony tylko w pewnych sytuacjach: Rzecznika Praw Dziecka, Rzecznika Ubezpieczonych, Rzecznika Praw Pacjenta czy rzeczników praw konsumenta. Każdy z nich ma odrębną strukturę i umocowanie prawne, różnią się zakresem kompetencji i metodami pracy, jednakże wszystkie spełniają podobną funkcję: pomagają jednostce w potyczce prawnej z siłami zbyt potężnymi, by móc je pokonać w pojedynkę.
Te urzędy mogłyby być inspiracją dla konstrukcji Rzecznika Praw Zwierząt. Z punktu widzenia charakterystyki spraw, którymi musiałby się zajmować, silnych kontrowersji politycznych związanych z jego działalnością (miałby przeciw sobie potężne lobbies żyjące z eksploatacji zwierząt), a przede wszystkim ogromnego zakresu obowiązków, RPZ powinien mieć dużą autonomię. Nie do zaakceptowania byłoby wówczas, by podlegał Prezesowi Rady Ministrów. Ponadto z uwagi na konieczność zagwarantowania jego udziału w postępowaniach karnych i możliwości ich wszczynania (najlepiej na takich zasadach jak prokurator), pożądanym byłoby, by RPZ posiadał immunitet.
Również ze względu na zakres kompetencji wzorowanie urzędu RPZ na RPO byłoby korzystne. Wystarczy wskazać, że RPO po zbadaniu sprawy może m.in. skierować wystąpienie do organu, organizacji lub instytucji, zwrócić się do organu nadrzędnego z wnioskiem o zastosowanie środków przewidzianych w przepisach prawa, wystąpić z wnioskiem o ukaranie, a także o uchylenie prawomocnego rozstrzygnięcia w postępowaniu w sprawach o wykroczenia czy wnieść kasację od prawomocnego orzeczenia. Każda z tych kompetencji pozwoliłaby RPZ usprawnić system ochrony zwierząt – bez naruszania słusznych interesów obywateli.
Nie warto sobie chyba jednak robić nadziei, że w obecnych warunkach politycznych udałoby się stworzyć urząd Rzecznika Praw Zwierząt na wzór RPO czy RPD. Dużo bardziej prawdopodobnym jest, że byłby RPZ centralnym organem administracji rządowej, przypominającym ustrojowo Rzecznika Praw Pacjenta, mianowanego przez premiera w wyniku transparentnej procedury konkursowej. W takiej sytuacji RPZ sam mógłby być ciałem wydającym decyzję w sprawach ochrony zwierząt, a część procedur, dotyczących np. odbierania zwierząt właścicielom, mogłaby zostać przeniesiona z drogi postępowania karnego na drogę, często skuteczniejszego, postępowania administracyjnego. RPZ samodzielnie mógłby wówczas przeprowadzać kontrole i sprawować nadzór.
RPZ mógłby na szeroką skalę, z wykorzystaniem przydanego mu biura, wykonywać prawa pokrzywdzonego w postępowaniach karnych. Z punktu widzenia zapewniania jednolitego stosowania prawa wskazanym byłoby, by RPZ mógł, podobnie jak RPO czy RPD, składać wnioski do Sądu Najwyższego o podjęcie uchwały w celu usunięcia rozbieżności w interpretacji przepisów.
Niezależnie od przyjętego modelu ustrojowego, z Rzecznikiem Praw Zwierząt konsultowane być powinny wszystkie projekty aktów legislacyjnych dotyczących zwierząt. RPZ powinien też móc przedstawiać własne projekty ustaw. Pożądanym byłoby również, gdyby na RPZ spoczywały zadania z zakresu edukacji etycznej w kwestii zwierząt. Zresztą samo istnienie urzędu zajmującego się wyłącznie tym problemem wpłynęłoby z pewnością na wzrost świadomości społecznej. Dziś ze strony władz brak jakiegokolwiek sygnału, że ochrona zwierząt jest dla nich sprawą istotną.
Koszty działania urzędu pokryć można według modelu przyjętego w przypadku Rzecznika Ubezpieczonych. Funkcjonowanie RU finansowane jest z odpowiedniego procentu składek pobranych przez krajowe oraz zagraniczne zakłady ubezpieczeń, a także iloczynu średniej rocznej wartości aktywów otwartych funduszy emerytalnych, zarządzanych przez powszechne towarzystwa emerytalne. Dopóki istnieją przedsiębiorcy żyjący z eksploatacji zwierząt, urząd RPZ mógłby być finansowany z opłaty nałożonej na nich, stanowiącej ułamek ich rocznych obrotów.
A NA ZACHODZIE BEZ ZMIAN
Bezpośrednich źródeł inspiracji należałoby się spodziewać po naszych zachodnich sąsiadach. Niestety, kompleksowa struktura instytucjonalna, służąca wyłącznie ochronie prawnej zwierząt, stanowi w Europie raczej wyjątek niż regułę. Specjalne komisje istnieją wprawdzie m.in. w Chorwacji, Danii czy Holandii, jednakże mają one charakter ciał konsultacyjnych i nie biorą udziału w procesie stosowania prawa. W wielu krajach istnieje dział administracji rządowej pod nazwą „ochrona zwierząt”, jednakże ministrem właściwym odpowiedzialnym za tę kwestię jest zazwyczaj (np. w Finlandii, Francji i Niemczech) minister rolnictwa, dbający przede wszystkim o interes producentów i konsumentów.
Interesującym przypadkiem na tym tle jest Holandia, gdzie od 2011 roku funkcjonuje specjalna policja do spraw ochrony zwierząt. Wprowadzenie podobnej służby postulowane jest też np. w Bułgarii. Z punktu widzenia sytuacji, gdy służbą odpowiedzialną za wykrywanie przypadków krzywdzenia zwierząt jest Inspekcja Weterynaryjna, wyodrębnienie takiej formacji w Polsce byłoby dużym krokiem naprzód.
Jedynym jak dotąd państwem, które powołało rzecznika praw zwierząt z prawdziwego zdarzenia, jest Austria. Najważniejszą kompetencją tamtejszego zwierzęcego ombudsmana jest prawo składania odwołań od decyzji odpowiednich organów na gruncie przepisów austriackiej ustawy o ochronie zwierząt (Bundesgesetz über den Schutz der Tiere – TSchG). Ponadto pełni on funkcję doradczą przy ministrze właściwym ds. ochrony zwierząt. Zapewnia jednolite stosowanie prawa ochrony zwierząt i ocenia jego wykonywanie, a gdy uzna to za konieczne – proponuje wprowadzenie zmian legislacyjnych. Z wykształcenia powinien być biologiem lub weterynarzem.
TSchG ustanowiła również Komisję Ochrony Zwierząt (Tierschutzkommission), w skład której wchodzą po jednym przedstawicielu każdej z sił politycznych zasiadających w Radzie Narodowej (izbie niższej austriackiego parlamentu) oraz czworo ekspertów wyznaczonych przez Federalnego Ministra Zdrowia. Jej głównym zadaniem jest ocena obecnego i opiniowanie planowanego ustawodawstwa. Co dwa lata Komisja zdaje raport ze swojego działania. Komisja ma również kompetencję do upoważnienia kolejnego ciała – Rady Ochrony Zwierząt, do której zadań należy przede wszystkim ocena rozwiązań prawnych w Austrii z punktu widzenia wiedzy naukowej, zaleceń na poziomie europejskim i rozwiązań międzynarodowych. W jej skład wchodzą m.in. przedstawiciele organizacji społecznych.
Całokształt ustroju austriackiej administracji powołanej do ochrony zwierząt jest niewątpliwie godny podziwu. Mimo to wiele osób zasadnie uzna, że kompetencje zwierzęcego ombudsmana mogłyby być szersze. Nic nie stoi na przeszkodzie, by po latach złej prasy, związanej z warunkami przetrzymywania zwierząt gospodarskich czy pobłażliwością wobec sprawców okrucieństwa wobec zwierząt, to Polska wyznaczała trendy w tej dziedzinie.
PERSPEKTYWY
Obecny system instytucjonalny prawnej ochrony zwierząt w Polsce jest niedoskonały i nawet jeżeli dziś zdaje się funkcjonować, lawinowy wzrost spraw może spowodować przeciążenie zarówno odpowiedzialnych służb, jak i organizacji społecznych. Bez radykalnej reformy finansowania stowarzyszeń i fundacji regularnie angażujących się w postępowania o przestępstwa oraz wykroczenia przeciwko zwierzętom bądź powołania specjalnej służby do ścigania tych czynów – na wzór Holandii, wkrótce może okazać się, że zabraknie rąk do pracy. A niedostatek pomocy ze strony organizacji społecznych może oznaczać w przypadku wielu sprawców bezkarność.
Kiedy instytucję ombudsmana powoływano do życia, wychodzono z założenia, że w starciu z machiną państwową obywatel potrzebuje wsparcia organu niezależnego i krytycznego wobec poczynań każdej z trzech władz. Stopniowe wzbogacanie galerii rzeczników uzasadnione było słabszą pozycją: dzieci wobec dorosłych, konsumentów wobec przedsiębiorców, pacjentów wobec służby zdrowia. Ale to zwierzęta znajdują się względem ludzi w położeniu najgorszym z możliwych – pozbawione podmiotowości prawnej i głosu, by wyegzekwować chociażby to minimum obowiązków, jakie sami na siebie nałożyliśmy.
Zważywszy, że de iure zwierzęta żadnych praw nie mają, a cały system ich ochrony to tylko zespół norm skierowanych do ludzi, nazwa – Rzecznik Praw Zwierząt – może wydawać się niezbyt trafioną. Lecz z drugiej strony to właśnie ta nazwa może być zapowiedzią zmiany w postrzeganiu zwierząt w naszym systemie prawnym. Bo że „zwierzę nie jest rzeczą”, powinniśmy uważać dziś za coś oczywistego.![]()
![]()
ALEKSANDER BUCHOLSKI
Społecznik, weganin. Mimo wszelkich znaków na niebie i ziemi, naiwnie wierzy, że studiując prawo zmieni świat na lepsze.
WERONIKA (WERA) GRZYWA
Absolwentka Uniwersytetu Śląskiego (filia w Cieszynie), na kierunkach Edukacja Artystyczna i Grafika. Zajmuje się komiksem i ilustracją. Poza tym jest potrzepaną melancholiczką, starającą się nie zwariować!