DO GÓRY

 

fuss_neony_mozdzen_cover.jpg

NUMER 24 (4) WRZESIEŃ 2017 | "ŻYCIE ANIMOWANE"


DUSZA Z NEONU

NATALIA HENNIG | MARTA MOŻDŻEŃ

Korale z ludzi. Jeden za dru­gim, nawle­czeni na nie­wi­dzialny sznu­re­czek, lekko się koły­szący na boki. Sen? Majaki? Sur­re­ali­styczny obraz? Nic podob­nego. Zoba­czy­łam je na reali­stycz­nym, repor­ta­żo­wym zdję­ciu w wieku pię­ciu, może sze­ściu lat. Potem dowie­dzia­łam się, że te, jak je wtedy nazwa­łam, „korale z ludzi” to kolejka do sklepu. I wie­dzia­łam już, że nie brzę­czała czy­stym i wyso­kim dźwię­kiem niczym obi­ja­jące się o sie­bie perły, ale raczej sze­le­ściła jak kartki żyw­no­ściowe, jak tłu­mione poka­sły­wa­nie i sapa­nie, jak przy­ga­szone roz­mowy. Poję­łam, dla­czego ten wisio­rek taki szary.

W peerelu bra­ko­wało barw­ni­ków. Bra­ko­wało ich w ubra­niach, ludzie nosili więc sprane i spo­pie­lałe, bra­ko­wało na foto­gra­ficz­nych fil­mach, więc więk­szość repor­te­rów pra­co­wała na czarno-bia­łych, i w druku też bra­ko­wało, całe więc toczące się w Pol­sce życie opo­wia­dane było na sza­rym papie­rze przy­bla­kłą czcionką. Nie było wystar­cza­ją­cej ilo­ści pig­men­tów, ale za to dla wszyst­kich star­czało gazu. Myśli­cie, że mam na myśli te wszyst­kie wysko­kowe napoje, spra­wia­jące, że świat nabie­rał barw? Te kie­li­szeczki czy­stej do kiszo­nego ogórka, te ajer­ko­niaki z jajek, mleka w proszku (patrz wyżej: kartki) i cudem zdo­by­tego spi­ry­tusu (wymiana kar­tek na papie­rosy na te z alko­ho­lem)? Nic bar­dziej myl­nego. Mam na myśli praw­dziwe sub­stan­cje lotne: neon, kse­non, kryp­ton – zamknięte w szkla­nych rur­kach. Wystar­czył elek­tryczny zapłon i roz­bły­skały, roz­świe­tla­jąc nocami feerią barw wiele miast.

Neony w Pol­sce poja­wiły się już przed wojną, ale era, która naprawdę do nich nale­żała, to lata 60. i 70. Powo­jenne, zna­ko­mite reali­za­cje peł­niły raczej funk­cję infor­ma­cyjną i zdob­ni­czą niż rekla­mową. Jak pisała w 1956r. „Sto­lica”, miały one spra­wiać, iż mia­sto w nocy będzie: „tak żywe i aktywne, jak w dzień, tylko że w zmie­nio­nym nastroju i w innej atmos­fe­rze”. Szcze­gól­nie jeśli oży­wią je neony ani­mo­wane. Część z nich możemy podzi­wiać do dziś. Jeśli więc męczy cię „codzien­no­ści szare mydło”, wypij wie­czo­rem sypaną kawę (koniecz­nie w szklance z koszy­kiem!) i oddaj się nocą neo­no­wym bły­skom. Aha, kup jesz­cze kilka bile­tów – wiele metrów szkla­nej rurki cią­gnie się przez całą Pol­skę!


fuss_neony_mozdzen_1.jpgTU STACJA WARSZAWA CENTRALNA
Mijamy roz­pę­dzo­nym pocią­giem War­szawę Wschod­nią, ale tylko dla­tego, że podró­żu­jemy nocą. Gdyby był dzień – wysie­dli­by­śmy wła­śnie tam – na Pra­dze Połud­nie bowiem, w SOHO Fac­tory, mie­ści się Muzeum Neonów. Od pię­ciu lat można w nim podzi­wiać powo­jenne reali­za­cje oraz ich pro­jekty. Póki co jed­nak – masze­ru­jemy w cen­trum sto­licy i zaczy­namy od Placu Kon­sty­tu­cji 5! Pro­po­nuję nawet się prze­biec do tej loka­li­za­cji – będziemy mieli roz­grzewkę z głowy. To ważne, bo szy­ku­jemy się na małą roz­grywkę siat­kówki. Zadzie­ramy więc głowę i już wszystko staje się jasne – na budynku pod wspo­mnia­nym adre­sem roz­bły­ska neon „Siat­karka”. Zapro­jektował go w 1960 r. Jan Muchar­ski. Spor­t­smenka rzuca piłkę w stronę ulicy Koszy­ko­wej i, trzeba przy­znać, jest w tym nie­stru­dzona. Na początku naszego wieku jej los był zagro­żony, jed­nak udało się ją ura­to­wać, co jest zasługą Pau­liny Ołow­skiej. Artystka sfi­nan­so­wała reno­wa­cję neonu z dochodu ze sprze­daży swo­ich prac, zor­ga­ni­zo­wa­nej wraz z Fun­da­cją Gale­rii Fok­sal. Dzięki temu neon ponow­nie roz­błysł 19 maja 2006 roku. To nie jedyna ini­cja­tywa Pau­liny Ołow­skiej zwia­zana z rekla­mami ze szka­nych rurek. Zle­ciła ona rów­nież rekon­struk­cję neonu rekla­mu­ją­cego bar mleczny w War­sza­wie (przed­sta­wia­jący butelkę mleka ze słom­kami oraz krówkę mru­ga­jącą okiem), który następ­nie poka­zy­wała na wysta­wie w Austrii.

Zła­pa­li­ście spor­to­wego bak­cyla? W takim razie truch­tem na Bracką 16, start! Na mecie czeka glo­bus Orbisu, który zachę­cał miga­ją­cymi kon­ty­nen­tami do wycie­czek już od lat 50. Nie­stety, neon się psuł i w tej chwili podzi­wiać możemy jego replikę, na­dal jed­nak wypeł­nioną gazem, a nie dio­dami. Nie jest to oczywiste – rurki wypeł­nione szla­chet­nym gazem zostały wyparte przez LED-y wraz z umasowieniem się produkcji i chęcią obniżenia jej kosztów. Szklane neony są two­rzone wg indy­wi­du­al­nych pro­jek­tów, a każdy kształt jest naj­czę­ściej ręcz­nie for­mo­wany i wypa­lany – nic dziwnego, że powoli zamyka się je w muzeach.

Ale skoro o Orbi­sie była mowa, porzućmy na razie eko­no­mię pro­duk­cji na rzecz podóży i sztuki. Wra­cajmy na dwo­rzec. Kie­ru­nek – Śląsk. 


TU STACJA WROCŁAW GŁÓWNY
Spra­gnieni po tre­ningu? Pierw­sze kroki kie­ru­jemy więc do gale­rii Neon Side na ul. Ruskiej 46C. Sia­damy z zim­nym piwem na jed­nym z leża­ków, a całe podwórko wokół nas roz­bły­skuje kolo­ro­wymi neo­nami z cza­sów peerelu. „Grand Hotel” zapra­sza na noc­leg, „Modny Strój” na zakupy, „Kino”, „Kino Ogni­sko” oraz „Kino War­szawa” na seanse, do tego zachę­ca­jąco błysz­czy „NOT”, „Dom Han­dlowy”, „Her­mes” i wiele, wiele innych. My jed­nak pamię­tamy, że musimy zdą­żyć na następny pociąg, więc raz-dwa prze­spa­ce­rujmy się na ul. Świd­nicką, a stam­tąd na pl. Kościuszki. Gwa­ran­tuję, że pierw­sze, co zro­bi­cie w tym miej­scu, to zła­pie­cie się za kie­sze­nie, żeby spraw­dzić, czy nie zgu­bi­li­ście klu­czy. Na szczy­cie kamie­nicy zoba­czymy pokaź­nych roz­mia­rów neon z nie­bie­skim napi­sem: „Ubez­piecz miesz­ka­nie w PZU” i skra­da­ją­cym się biało-czer­wo­nym zło­dzie­jasz­kiem. Pier­wot­nie jed­nak neon wyglą­dał nieco ina­czej: rabuś ucie­kał po zapa­le­niu się czer­wo­nego tek­stu. Został on zapro­jek­to­wany przez Jerzego Wersz­lera w 1975 roku. Obecny wygląd pre­zen­tuje od 2008.

Wol­nym kro­kiem wra­camy na sta­cję kole­jową, a ponie­waż do następ­nego pociągu mamy jesz­cze sporo czasu, sia­damy sobie na ławeczce przed dwor­cem. Towa­rzy­szy nam bar­dzo miły dżen­tel­men! Ze szczytu budynku naprze­ciwko pozdra­wia nas wysoki męż­czy­zna, woła­jąc „Dobry wie­czór we Wro­cła­wiu”. Neon zapro­jek­to­wał Janusz Taran­to­wicz w latach 60. Według jego pomy­słu naj­pierw poja­wiał się czte­ro­me­trowy czło­wiek, dopiero potem napis. Na początku lat 80. neon został stwo­rzony na nowo przez Jerzego Wersz­lera – od tam­tej pory nasz przy­ja­ciel zma­lał do 2,5 me­tra. Obec­nie też neon nie jest już ani­mo­wany, co może nas tro­chę roz­go­ry­czyć. Wsia­dajmy więc czym prę­dzej! 

 

fuss_neony_mozdzen_2.jpgTU STACJA KATOWICE
Naresz­cie! Pol­skie Las Vegas! Tak nazy­wano Kato­wice w cza­sie ich najwięk­szego neo­no­wego roz­kwitu. Nie­stety, z cza­sem zanie­dbane szklane rurki zaczęły psuć się i zni­kać z ulic. Jak to jed­nak w hazar­dzie bywa – nic jest ni­gdy do końca prze­są­dzone i łut szczę­ścia może uśmiech­nąć się do każ­dego! W mie­ście działa Kato­wicki Skład Neonów, który zbiera stare neony i przy­wraca im dawny blask.

My tymcza­sem uda­jemy się na Rynek, a tam ujrzymy piękny, ani­mo­wany napis „Zenit”. Po raz pierw­szy neon zabłysł w latach 60., a obec­nie podzi­wiać możemy pro­jekt wzo­ro­wany na tym z PRL-u. Zmie­niła się rów­nież jego loka­li­za­cja – został prze­su­nięty w górny, prawy róg budynku.

Kato­wice kolek­cjo­nują i chro­nią stare neony, nawią­zują do tra­dy­cji, przepro­jektowując te z daw­nych cza­sów, ale i... two­rzą nowe! Dobrym przy­kła­dem jest „Kino Świa­to­wid” na ul. 3 Maja, któ­rego poma­rań­czowe wnę­trze pozo­staje sta­tyczne, a nie­bie­ska ramka – miga. Warta uwagi jest też ani­mo­wana „Lor­neta z Meduzą” na ulicy Mariac­kiej. To praw­dziwe NEOny!

Nie wiem, jak was, ale mnie już bolą nogi i szyja. Kupuję bilet powrotny. Ale na pewno moje oczy będą dalej wypa­try­wać sta­rych, ale jakże bły­sko­tli­wych neo­nów, zwłasz­cza tych naj­rzad­szych – ani­mo­wanych.

Tylko dla­czego wielu z nas tak bar­dzo je lubi? Pasjo­naci je zbie­rają, odre­stau­ro­wują, ukła­dają z nich ogól­no­do­stępne gale­rie, two­rzą muzea, bada­cze postu­lują zali­cza­nie ich do kul­tury użyt­ko­wej naj­wyż­szej klasy. Może czę­ściowo dla­tego, że są wspo­mnie­niem naszego dzie­ciń­stwa? Ich blask był czę­sto jed­nym z pierw­szych życio­wych olśnień, a migo­ta­nie przy­wo­łuje naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nia. A może mimo nowych, zdawałoby się – kolo­ro­wych cza­sów wpa­damy w pułapki sza­rej rutyny i znowu tylko neo­nowe noce mogą nas wyrwać z mara­zmu i oży­wić umysł? Jest jed­nak jesz­cze jedno wytłu­ma­cze­nie, w które – przy­znam się – wie­rzę najbar­dziej: kochamy ruchome neony, ponie­waż tchnięto w nie ani­mum, czyli... duszę.musująca tabletka.png

kreska.jpg

NATALIA HENNIG
Kole­żanka ze stu­diów Ada­sia Miau­czyń­skiego, któ­rej jed­nak mło­dość w biblio­te­kach nie znie­chę­ciła do lite­rek. W wol­nej chwili ośle­pia świat lampą bły­skową, co opi­suje i poka­zuje na swoim foto­li­te­rac­kim blogu www.bly­ski­klik.com

MARTA MOŻDŻEŃ
Absolwentka malarstwa, na co dzień grafik, z zamiłowania ilustrator.

Ta strona korzysta z plików cookie.