DO GÓRY

 

fuss_dysformia_wielkomiejskosci_malek_cover.jpg

NUMER 19 (4) SIERPIEŃ 2016 | "BIG CITY LIFE"


DYSFORMIA WIELKOMIEJSKOŚCI I KOSMOPOLITYZMU,

CZYLI O TYM, JAK WIDMA NOWOCZESNOŚCI POŻERAJĄ RZECZY MNIEJSZE

BARTŁOMIEJ K. KRZYCH | DAWID MALEK

„Mia­sto” – i wszy­scy mamy przed oczami tłumy gdzieś zdą­ża­ją­cych ludzi, sznury samo­cho­dów, szczyty wie­żow­ców i powierzch­nie kolo­ro­wych reklam. Taki porzą­dek w cha­osie, cie­sząca oko duszy forma, har­mo­nia. I suk­ces, suk­ces nowo­cze­sno­ści, tech­no­lo­gicz­nego uspraw­nie­nia codzien­nego życia czło­wieka. Lepiej być nie może!

Jed­nakże pozory – jak to mają w zwy­czaju – mylą. Owszem, w wiel­ko­miej­skim życiu jest nam „dobrze”, nawet „bar­dzo dobrze”, ale owa nadmia­ro­wość przy­jem­no­ści i wygody (bo o to cho­dzi) sprzyja zakrzy­wia­niu rze­czywistości, two­rzy – mówiąc na poły fachowo – dys­for­mię. Wielkomiej­skie życie oka­zuje się fia­skiem. Spo­łeczno-kul­turowym fia­skiem. Każde jed­nak fia­sko może stać się dobrym począt­kiem.

Żyjemy w świe­cie, w któ­rym glo­balne prze­ni­ka­nie się kul­tur i cywi­li­za­cji wraz z postę­pu­jącą metro­po­li­za­cją dopro­wa­dza do zabu­rze­nia har­mo­nii życia spo­łecz­nego. Nie spo­sób nad­zo­ro­wać wszyst­kich, nie­rzadko bez­wied­nie pącz­ku­ją­cych, pro­ce­sów, mają­cych pośredni lub bez­po­średni wpływ na nasze życie (np. nadmierna biu­ro­kra­ty­za­cja czy zależ­ność od urzę­dów i orga­nów kon­troli). Ponadto oka­zuje się, że uni­wer­salne prawdy o czło­wieku i jego funk­cjo­no­wa­niu w świe­cie zależą od kon­tek­stu – wiel­kie mia­sto z Europy Środ­ko­wej nie jest tym samym, co wiel­kie mia­sto z Ame­ryki Połu­dnio­wej, ina­czej wygląda życie w War­sza­wie, ina­czej w Buenos Aires. Rów­no­cze­śnie jed­nak oba są wiel­kimi mia­stami, posia­dają formę umoż­li­wia­jącą „życie w wiel­kim mie­ście”.

fuss_dysformia_wielkomiejskosci_malek2.jpgMia­now­ni­kiem, który łączy wszyst­kie kosmopoli­tyczne i wielkomiej­skie pro­cesy, jest „otwar­tość”. Hasło to jest przy­wo­ły­wane do znu­dze­nia i zawiera w sobie takie poję­cia, jak tole­ran­cja, rów­no­upraw­nie­nie czy wol­ność słowa. To poję­cie jest więc nace­cho­wane pozy­tyw­nie – mając do wyboru życie w „śre­dnio­wie­czu” (brudno, pochmurno i nie­miło) lub w spo­łe­czeń­stwie „otwar­tym” (czy­sto, schlud­nie, co tylko chcemy na wycią­gnię­cie ręki), któż nie zde­cy­do­wałby się na wygody i wspa­nia­ło­ści tego dru­giego? Pro­blem polega na tym, że owo „otwar­cie” łączy się z „zamknię­ciem” i nie­uch­ron­nie je wywo­łuje – świad­czą o tym zapędy reli­gijne czy poli­tyczne pew­nych grup, które pro­wa­dzą cho­ciażby do powsze­dnie­ją­cych już ata­ków ter­ro­ry­stycz­nych.

Przyj­rzyjmy się dys­for­mii. To taka forma w for­mie, zaczyn kwasu w cie­ście. Jest to spo­sób odnaj­dy­wa­nia się w nie­uch­ron­nie nad­cho­dzą­cym fia­sku, któ­rego istotę sta­nowi pato­lo­giczna eli­tar­ność („jestem z mia­sta”, „jestem z korpo x”, „jestem stu­den­tem prawa”) nad­bu­do­wana na ima­gi­na­cyj­nej (bo two­rzo­nej w gło­wie miesz­czu­cha, pra­cow­nika, stu­denta) prze­strzeni (mia­sto, kor­po­ra­cja, uczel­nia), która zara­zem „jest” (i nawet funk­cjo­nuje), ale „nie powinna być” (z powodu obec­no­ści nie-elit). Przy­kład: o filo­zofii mówi się, że to nie­ży­ciowy kie­ru­nek, ale – w świe­tle wymo­gów for­mal­nych – bez filo­zofii nie ma uni­wer­sy­tetu, nawet z nazwy. Nie cho­dzi o to, że filo­zof różni się od praw­nika. Nie. Idzie o to, że nie różni się, przy­naj­mniej według praw­nika, tak jak trzeba. To samo tyczy się poli­tyki, sąsiedz­twa czy kon­ku­ren­cji. Bo np. „co to nam taki a taki będzie mówił”, ale w końcu jest nam potrzebny – choćby tylko jako poży­teczny idiota. Budu­jemy coraz wię­cej budyn­ków – mamy jed­nak coraz mniej praw­dzi­wych domów, gdzie możemy poczuć się jak u sie­bie. Pań­stwo budu­jąc drogi może sobie przy­własz­czyć lub wyko­rzy­stać naszą wła­sność – nie może zaś uczy­nić tego samego, gdy ten sam skra­wek ziemi zamiesz­kuje gatu­nek zwie­rzę­cia pod ochroną. Ludzie wal­czą o prawa zwie­rząt nie mając naj­mniej­szego sza­cunku do ludzi naj­bar­dziej bez­bron­nych. W skraj­nych przy­pad­kach samo mia­sto – ten współ­cze­sny Lewia­tan – nie jest for­mo­wane (!) oddol­nie, natu­ral­nie, przez zbiór dzia­łań zwy­kłych ludzi, ale two­rzą je w spo­sób sztuczny i z góry zadany archi­tekci – czego naj­lep­szym przy­kładem jest sto­lica Bra­zy­lii, Bra­si­lia, mia­sto zapla­no­wane od a do z, gdzie każdy dom posiada futu­ry­styczne ozna­cze­nie zamiast zwy­kłego adresu. Mamy tu do czy­nie­nia z próbą ucie­le­śnie­niem histo­rii o Fran­ken­ste­inie.

Opi­sy­wane zja­wi­ska pro­wa­dzą do kul­turalnego i spo­łecz­nego fia­ska, w któ­rym gubią się rze­czy mniej­sze dające nam poczu­cie sta­bi­li­za­cji i bez­pie­czeń­stwa, a co za tym idzie – szczę­ścia. Pró­bu­jemy zna­leźć swoje miej­sce w świe­cie, w „naszym” mie­ście, ale cią­gle się nam to nie udaje. Docho­dzi do zatar­cia gra­nic. W wiel­kim mie­ście, po pierw­sze, nie ma jasnego roz­róż­nie­nia na to, co jest święte (sacrum) i świec­kie (pro­fa­num) – niech za przy­kład posłużą obra­zo­bur­cze dzieła sztuki, np. żaba na kru­cy­fik­sie. Po dru­gie, trudno roze­znać, co jest pry­watne, a co publiczne. W zależ­no­ści od inter­pre­ta­cji i uży­tecz­no­ści (dla władz miast i państw, rzecz jasna) ta sama rzecz nie może być dowol­nie użyt­ko­wana przez dzier­żawcę, by w pew­nym momen­cie zamie­nić się w jego wła­sność, którą ma obo­wią­zek utrzy­my­wać w porządku – mowa o tym, co ośmielę się nazwać para­dok­sem chod­nika, który trzeba odśnie­żać przed swoim domem, ale któ­rego nie można wyko­rzy­stać na posta­wie­nie np. budki z lemo­niadą. Trze­cim prze­ja­wem dys­for­micz­no­ści jest brak czy­tel­nego roz­działu mię­dzy cza­sem pracy a odpo­czyn­kiem – po pracy musimy być „pod tele­fo­nem” czy moni­to­ro­wać służ­bową skrzynkę mailową. Będąc w domu jeste­śmy (przy­naj­mniej wir­tu­al­nie) w pracy. W skraj­nych przy­pad­kach możemy nawet zamiesz­kać w kor­po­ra­cji, która ser­wuje nam nie tylko noc­leg, ale sze­reg punk­tów roz­ryw­ko­wych i gastro­no­micz­nych, byle­by­śmy tylko nie opusz­czali naszego żywi­ciela.

Metro­po­li­za­cja, a więc zawłasz­cza­nie przez cen­tra swo­ich pery­fe­rii, nie przy­czy­nia się do awansu spo­łecz­nego. Fakt zamiesz­ki­wa­nia prze­strzeni miej­skiej nie czyni nikogo miesz­cza­ni­nem. To tak jakby uznać, że chłop w swo­ich brud­nych butach ma takie samo prawo do pałacu jak jego wasal – miej­skie elity nie­ustan­nie wyra­żają zdzi­wie­nie, jakim to pra­wem potom­ko­wie cha­mów mają czel­ność roz­pra­wiać o dzie­dzi­cach sar­ma­tów. Ambitne i prze­świad­czone o swej wiel­ko­ści ośrodki, roz­wi­ja­jąc w sobie cesar­skie zapędy, kolo­ni­zują swoje pery­fe­rie, zapew­nia­jąc o korzy­ściach, jakie płyną z pod­da­nia wła­snej toż­sa­mo­ści na rzecz pre­stiżu i per­spek­tywy roz­woju. Wytwo­rzona w ten spo­sób zostaje ima­gi­na­cyjna (funk­cjo­nu­jąca jedy­nie na pozio­mie biu­ro­kra­tyczno-admi­ni­stra­cyj­nym) i anta­go­ni­styczna (połą­cze­nie sił nie ozna­cza znie­sie­nia róż­nic) prze­strzeń, w któ­rej docho­dzi do zagu­bie­nia cha­rak­teru danej spo­łeczności – czy będzie to dia­lekt, czy np. tra­dy­cje kuli­narne. Lokalny sym­bol wypala się, prze­staje świe­cić wła­snym, nie­po­wta­rzal­nym, natu­ral­nym świa­tłem.

Podob­nie rzecz wygląda w przy­padku awansu zawo­do­wego – koja­rzy się z dobro­by­tem, ale naj­czę­ściej odczu­wany jest jako opre­sja. Więk­sze zarobki cie­szą, rzecz jasna, ale pozo­staje pyta­nie, czy są one w sta­nie zre­kom­pen­so­wać dodat­kową ilość pracy, obo­wiąz­ków i stresu nało­żo­nych na tę osobę z tytułu awansu? Zadajmy sobie tylko jedno z wielu moż­li­wych (czy zawsze tylko reto­rycz­nych?) pytań: czyż współ­cze­sne mia­sta nie stały się obo­zami pracy? Wystar­czy spró­bo­wać nie przyjść kilka dni do szkoły, uczelni czy pracy, wystar­czy nie dosto­so­wać się do regu­la­minu (np. pła­ce­nie podat­ków), by poczuć mocną rękę dozorcy i suwe­rena (może nim być szef, rek­tor, wycho­waw­czyni, pre­zy­dent mia­sta). Wszystko albo nic.

Kolejna sprawa: w wiel­kim mie­ście żyjemy bli­żej sie­bie, „jeden na dru­gim”, ale para­dok­sal­nie jeste­śmy samotni. Wielkomiej­skie życie potę­guje w nas uczu­cie osa­mot­nie­nia, izo­la­cji i utraty kon­tak­tów z ludźmi. Sąsie­dzi już ze sobą nie dys­ku­tują, nie prze­by­wają, a nawet się nie znają; jeśli nie żyją w blo­kach, to wzno­szą mar­mu­rowe lub drze­wia­sto-igla­ste for­tece, dba­jąc o pry­wat­ność swego wła­snego ogródka. Zna­kiem czasu jest to, że tak ceniąc sobie wol­ność i swo­bodę, bez opa­mię­ta­nia odda­jemy się w nie­wolę tech­no­lo­gii, co widać cho­ciażby w cho­ro­bli­wej wręcz wylew­no­ści w wir­tu­al­nej rze­czywistości por­tali spo­łecznościowych. Budu­jąc wiel­kość czło­wieka na bazie roz­woju tech­no­lo­giczno-nauko­wego, pozba­wiamy go jego oso­bo­wo­ści. Face­bo­okowy negliż pry­wat­no­ści, insta­gra­mowa obse­sja gastro­no­miczna, youtu­bowy wysyp pran­ker­stwa – to wła­śnie mia­sto udo­stęp­nia ramy umoż­li­wia­jące zaist­nie­nie tych pato­lo­gii.


fuss_dysformia_wielkomiejskosci_malek.jpg

Pro­duk­tem ubocz­nym opi­sy­wa­nego zja­wi­ska jest zatra­ca­nie „rze­czy mniej­szych”, któ­rych eman­cy­pa­cja spod wła­dzy tren­dów eli­tar­nych gra­niczy wręcz z cudem (chyba że na grun­cie dzia­łań odtwór­czych, takich jak np. festi­wale regio­nalne). Nikogo nie zdziwi stwier­dze­nie, że aspekty i ele­menty two­rzące rze­czywistość są ze sobą powią­zane siatką wza­jem­nych rela­cji. Dys­for­mia pro­wa­dzi do zabu­rze­nia ich har­mo­nii, oddaje nie­wła­ści­wość ist­nie­nia prze­strzeni ima­gi­na­cyj­nej i jed­no­cze­śnie wska­zuje na jej brak powin­no­ści zaist­nie­nia. Przy­kładem takiej ima­gi­na­cyj­nej prze­strzeni na szcze­blu mię­dzy­na­ro­do­wym jest Unia Euro­pej­ska lub NATO (pod­pi­sy­wane są kolejne umowy, pakty etc., nie przy­no­szą one jed­nak zamie­rzo­nych skut­ków). Na pozio­mie życia wielkomiej­skiego są to np. roz­liczne i dro­gie inwe­sty­cje pro­wa­dzone przez urzęd­ni­ków, spła­cane póź­niej przez podat­ni­ków.

Bio­rąc pod uwagę nie­ko­rzystne dla spo­łe­czeń­stwa i kul­tury pro­cesy dys­for­miczne, wszel­kie prze­jawy (auten­tycz­nej) swoj­sko­ści mają rolę tera­peu­tyczną. Przy­kładem niech będą kury łażące pod urzę­dem jed­nego z mało­pol­skich mia­ste­czek (czy nie ma w tym wię­cej wyro­zu­mia­ło­ści dla zwie­rząt niż w nie­jed­nym domu zago­rza­łego obrońcy zwie­rząt?) czy wiej­skie festyny i remi­zowe potań­cówki. Na czym polega owa tera­pia? Na uzdra­wia­niu rela­cji i wpro­wa­dza­niu porządku opar­tego na fun­da­men­tal­nych gra­nicach. Czy nie byłoby cudow­nie, gdy­byś miał pew­ność, że po pracy możesz oddać się swo­jej rodzi­nie, swoim pasjom, naprawdę pood­po­czy­wać, wró­cić fizycz­nie i men­tal­nie do biura dopiero kolej­nego dnia? Czy nie czu­ła­byś się spo­koj­niej­sza, gdy­byś mogła pójść potań­czyć bez obawy, że tłum kom­plet­nie obcych i napa­lo­nych sam­ców będzie się do cie­bie co rusz dobie­rał i pró­bo­wał ocza­ro­wać sta­wia­jąc drinka i rzu­ca­jąc banalny tekst na podryw?

Dys­for­mia obej­muje swymi mac­kami liczne członki ciała ludz­ko­ści. Wszy­scy jeste­śmy akto­rami tego – fascy­nu­ją­cego prze­cież – spek­ta­klu. Słońce chowa się za dra­pa­czami chmur nowo­cze­sno­ści i nie daje już życia rze­czom mniej­szym. I cho­ciaż dys­for­mia nie jest defor­ma­cją, jest rów­nie nie­bez­pieczna, poza tym trud­niej ją dostrzec. Pozo­sta­wia ona nie­od­gad­nięte wra­że­nie, że coś jest nie tak. Za dużo „nie tak” rodzi fia­sko. Czy fia­sko dotych­cza­so­wego wielkomiej­skiego życia cze­goś nas nauczy i sta­nie się począt­kiem cze­goś nowego, cze­goś, gdzie rze­czy mniej­sze nie będą spy­chane na mar­gi­nes? Może wresz­cie zaczniemy two­rzyć nowy (wspa­niały?) świat.musująca tabletka.png

kreska.jpg

BARTŁOMIEJ K. KRZYCH
Stu­dent filo­zo­fii Uni­wer­sy­tetu Rze­szow­skiego. Czło­nek redak­cji cza­so­pi­sma inter­dy­scy­pli­nar­nego Amor Fati. Cie­kawi go wszystko, co pod­pada pod naj­sze­rzej jak to tylko moż­liwe rozu­miane poję­cie bytu. Zain­te­re­so­wa­nia szcze­gólne: tomizm, meta­fi­zyka, histo­ria i cere­mo­nie kultu chrze­ści­jań­skiego.

DAWID MALEK
Studiuje projektowanie graficzne na ASP w Katowicach. Zajmuje się głównie ilustracją prasową i książkową.

Ta strona korzysta z plików cookie.