DO GÓRY

 

fuss_miłość_po_muzułmańsku_grzywa_cover.jpg

NUMER 19 (4) SIERPIEŃ 2016 | "BIG CITY LIFE"


MIŁOŚĆ PO MUZUŁMAŃSKU

ALEKSANDRA PIOTROWSKA | WERONIKA "WERA" GRZYWA

Islam jest reli­gią obej­mu­jącą swym zasię­giem wiele róż­nych kul­tur i obsza­rów świata. Kraje, w któ­rych wła­dzę spra­wują muzuł­ma­nie, roz­po­ście­rają się od Afryki Pół­nocno-Zachod­niej po Azję Połu­dniowo-Wschod­nią. Ta roz­pię­tość geo­gra­ficzna i róż­no­rod­ność kul­turowa spra­wiają, że nie można ujed­no­li­cić islamu.

Sytu­acja kobiet w muzuł­mań­skim świe­cie budzi wiele kon­tro­wer­sji, szcze­gól­nie wśród nas, Euro­pej­czy­ków, dla któ­rych ten spe­cy­ficzny spo­sób odbie­ra­nia rze­czy­wi­sto­ści wydaje się być zbyt rady­kalną i groźną ilu­zją. W Ira­nie dość libe­ralny szy­izm pozwala kobie­tom na swo­bodne funk­cjo­no­wa­nie w spo­łe­czeń­stwie, jed­nak wię­cej się mówi o pań­stwach sil­nie opre­syj­nych. I tak np. wiele prze­czy­tać można o hono­ro­wych zabój­stwach, roz­po­wszech­nio­nych szcze­gól­nie w Paki­sta­nie. Jed­nym z naj­gło­śniej­szych w ostat­nim cza­sie było mor­der­stwo modelki Quan­deel Baloch przez wła­snego brata, który chciał oczy­ścić ród z hańby – kobieta bowiem sły­nęła nie tylko z eks­po­no­wa­nia wła­snej cie­le­sno­ści, ale rów­nież z kry­ty­ko­wa­nia patriar­chal­nego modelu spo­łe­czeń­stwa swego kraju. Z kolei w Ara­bii Sau­dyj­skiej kobiety uci­skane są tam przez takie prawa, jak nakaz cał­ko­wi­tego zakry­wa­nia swego ciała, zakaz pro­wa­dze­nia mecha­nicz­nych pojaz­dów czy też samo­dziel­nego poru­sza­nia się bez męskiego członka rodziny lub choćby jego pisem­nej zgody.

Nie chcę zagłę­biać się w temat islamu i sza­riatu, ale opie­rając się na wła­snych doświad­cze­niach opi­sać, jak wygląda lub może wyglą­dać życie z muzuł­ma­ni­nem. Kiedy trzy lata temu przy­je­cha­łam do Nor­we­gii, wyznawcy islamu oraz ich reli­gia znane były mi jedy­nie z teo­re­tycz­nych tek­stów, które wni­kli­wie czy­ta­łam na stu­diach, dra­stycz­nych obra­zów pre­zen­to­wa­nych przez media, a także z przej­mu­ją­cych histo­rii mojej cioci, która wiele lat pra­co­wała w libij­skim szpi­talu. Wyda­wało mi się, że to świat bar­dzo odle­gły, nie­rze­czy­wi­sty i niemoż­liwy do zba­da­nia. Jed­nak kiedy zamiesz­ka­łam w Oslo, ten świat, a raczej jego uła­mek był na wycią­gnię­cie ręki.

W chwili, gdy pierw­szy raz zna­la­złam się w muzuł­mań­skiej dziel­nicy Grøn­land, poczu­łam się jak w małym, ode­rwa­nym od nor­we­skiego śro­do­wi­ska mia­steczku, które rzą­dzi się swoim pra­wem. Wokół znaj­do­wało się mnó­stwo restau­ra­cji z napi­sem „halal” (czyli wszystko to, co dozwo­lone jest w świe­tle sza­riatu), kilka mecze­tów, a po uli­cach wraz ze swymi męż­czy­znami cho­dziły kobiety ukry­wa­jące swoje włosy pod hidża­bem lub chi­ma­rem, a nie­rzadko także całe ciało pod burką czy dżil­ba­bem.

Po dłu­gich poszu­ki­wa­niach dosta­łam w końcu pracę w restau­ra­cji, gdzie pozna­łam Paki­stań­czyka. Nazwijmy go A. Śniada cera, mocno czarne włosy i ładna budowa ciała wyróż­niały go na tle innych pra­cow­ni­ków. Bar­dzo szybko zaczę­li­śmy spę­dzać ze sobą wolny czas. I choć paliła mi się w gło­wie czer­wona lampka i powra­cały obrazy, któ­rymi dotych­czas kar­miły mnie media, to nie przesta­li­śmy się widy­wać. Nie minęło wiele czasu, kiedy naszą rela­cję można było ofi­cjal­nie nazwać związ­kiem, a ja, choć try­ska­jąca miło­ścią, wciąż sły­sza­łam pełne dez­a­pro­baty szepty: „Ale to prze­cież muzuł­ma­nin! A każdy muzuł­ma­nin to zło w naj­czyst­szej postaci”. Nie wie­dzia­łam za bar­dzo, jak mam wal­czyć z tymi ste­reo­ty­pami, bo A. ani tro­chę nie przy­sta­wał do wize­runku znę­ca­ją­cego się nad swoją kobietą męż­czy­zny-władcy, który za wszelką cenę chce poka­zać siłę patriar­chatu. Nie zakła­dał mi chu­sty na głowę, nie zabra­niał widy­wać się ze zna­jo­mymi, a jak mia­łam ochotę wyjść do klubu, nie prze­obra­żał się w potwora-dyk­ta­tora. Uwa­żał też, że nie ma nic dziw­nego w homo­sek­su­ali­zmie, za który prze­cież w jego kraju grozi śmierć.

Jed­nak w naszej rela­cji uwie­rało mnie to, że trudno dys­ku­to­wało się z nim na temat reli­gii. Nie miał do niej dystansu i kiedy podej­mo­wa­łam próbę zro­zu­mie­nia czę­ści jego kul­tury, to A. ude­rzał w emo­cjo­nalne tony: „Dla­czego kry­ty­ku­jesz moją reli­gię? Ja prze­cież nie kry­ty­kuję two­jej”. Nie­wiele też wie­dział na temat innych wyznań, a przy­ję­tych przez sie­bie dok­tryn w żaden spo­sób nie pod­da­wał ana­li­zie, nie roz­bie­rał na czę­ści pierw­sze, nie docie­kał. Więk­szość pozna­nych przeze mnie muzuł­ma­nów wła­śnie w taki spo­sób pod­cho­dzi do swo­jej reli­gii. Ich wiara jest nie­za­ch­wiana, przy­biera kształt zbioru prze­ko­nań, w imię któ­rych mogą wiele poświę­cić.

fuss_miłość_po_muzułmańsku_grzywa.jpg

Cie­ka­wym i zara­zem moc­nym doświad­cze­niem było obser­wo­wa­nie, jak A. prze­cho­dził Rama­dan. To wyjąt­kowy mie­siąc dla każ­dego muzuł­ma­nina, w któ­rym od wschodu do zachodu słońca nie wolno mu jeść, pić, uży­wać kosme­ty­ków, palić tyto­niu i upra­wiać seksu. Takie kato­wa­nie wła­snego ciała wyda­wało mi się czymś absur­dal­nym i nie­zdro­wym, jed­nak dla niego była to sprawa honoru, poświę­ce­nie Bogu, czas oczysz­cze­nia. I w jakimś stop­niu podzi­wia­łam tę wytrwa­łość oraz umie­jęt­ność prze­kra­cza­nia gra­nic swego ciała i jego potrzeb, a z dru­giej strony dotarło do mnie, jak potężną siłę ma reli­gia dla wyznawcy islamu.

Czas leciał, a nasz zwią­zek wcho­dził na coraz to wyż­sze poziomy. Nie­kiedy ciężko było mi wra­cać do Pol­ski i być zasy­py­waną przez rodzinę stertą arty­ku­łów na temat okrut­nego trak­to­wa­nia kobiet przez muzuł­ma­nów. Cio­cia opo­wia­dała nie­zli­czoną ilość histo­rii z Libii, tata wyry­wał sobie włosy z głowy, a przy­ja­ciele i zna­jomi mówili: „Sza­nu­jemy twój wybór, ale mimo wszystko uwa­żaj”. Na niektó­rych spo­tka­niach rodzin­nych naj­bar­dziej uwie­ra­jące sta­wało się pomi­ja­nie mil­cze­niem tematu mojego związku, bo naj­praw­do­po­dob­niej każdy po cichu liczył, że w końcu mi przej­dzie i poznam kogoś odpo­wied­niej­szego, na przy­kład pięk­nego i wyso­kiego Nor­wega. Doce­nia­łam ich tro­skę i ponie­kąd rozu­mia­łam obawy, ale wciąż nie zda­rzało się to, przed czym mnie ostrze­gali. Z A. żyło mi się dobrze, cie­szy­łam się swo­bodą i, szcze­rze mówiąc, to on czę­ściej poświę­cał się dla mnie niż ja dla niego.

Po ponad roku roz­sta­li­śmy się w ogrom­nej przy­jaźni, która trwa do dzi­siaj, a ja w dal­szym ciągu uwa­żam go za jedną z bar­dziej libe­ralnych, dobrych i wyro­zu­mia­łych osób, jakie spo­tka­łam w swoim życiu.

Kie­dyś na tym zakoń­czy­ła­bym swoją opo­wieść. Zapewne stwier­dzi­ła­bym, że nie taki dia­beł straszny, jak go malują, i że zwią­zek z muzuł­ma­ni­nem może być dobry czy też zły jak każdy inny. Moja nie­mal nie­za­ch­wiana pew­ność, że islam nie rzu­tuje z tak wielką siłą na rela­cje dam­sko-męskie, jak inni się tego spo­dzie­wają, ule­gła defor­ma­cji, kiedy pozna­łam bar­dzo przy­stoj­nego, bucha­ją­cego testo­ste­ro­nem chło­paka z Afga­ni­stanu. Nazwę go I. Uro­dził się i wycho­wał w Nor­we­gii, więc gdy powie­dział mi o swo­ich korze­niach, ode­tchnę­łam nawet z ulgą, że i tym razem pozna­łam kogoś, kto nie wpi­suje się w wizję muzuł­ma­nina-ter­ro­ry­sty. Pierw­sze spo­tka­nia były bar­dzo inten­sywne, ale i swo­bodne, a ja czu­łam wokół sie­bie mnó­stwo dobrej ener­gii. Kiedy w nasze roz­mowy wkra­dały się poje­dyn­cze sygnały ostrze­ga­jące mnie, że może być to nie­wła­ściwy wybór, szybko je igno­ro­wa­łam, cie­sząc się wspól­nym cza­sem. Sta­li­śmy się nie­mal nie­roz­łączni, spę­dza­jąc każdą wolną chwilę razem. Mój sta­tus nie­za­leż­nej kobiety zmie­nił się wraz z rolą, jaką przy­ję­łam w nowym związku. Sta­łam się nieco ule­gła, dba­łam o swo­jego męż­czy­znę. Przez pewien czas czu­łam się w tej roli wygod­nie, co zapewne było efek­tem ogrom­nej fascy­na­cji, jakiej oboje ule­gli­śmy.

Szybko oka­zało się bowiem, że I. posia­dał kon­kretny obraz rela­cji z kobietą, od któ­rego nie uzna­wał żad­nych odchy­leń. Potrze­bo­wał kogoś, kto o niego zadba, ugo­tuje i połechce jego i tak już nie naj­mniej­sze ego. Nie pozwa­lał mi nawet wspo­mi­nać o swo­ich poprzed­nich związ­kach, zło­ścił się, gdy roz­ma­wia­łam z innymi męż­czy­znami i zabro­nił jakie­go­kol­wiek kon­taktu z A. Kiedy bro­ni­łam swo­jego zda­nia, zarzu­cał mi brak kobie­co­ści i deli­kat­no­ści, bowiem w jego mnie­ma­niu kobieta powinna być bar­dziej sto­no­wana i posłuszna męż­czyź­nie. Nie ule­ga­łam jego pre­sji, co pro­wa­dziło do coraz częst­szych nie­po­ro­zu­mień i kłótni mię­dzy nami.

I. funk­cjo­no­wał w nie­zwy­kle zma­sku­li­ni­zo­wa­nym świe­cie, gdzie każdy jego afgań­ski kolega był zara­zem jego bra­tem, za któ­rym mógłby sko­czyć w ogień. Z upły­wem czasu coraz bar­dziej utwier­dza­łam się w prze­ko­na­niu, że jako grupa two­rzą oni nie­znisz­czalną siłę, która może poko­nać wszystko, a kobieta, puch marny, traci swoją podmio­to­wość i staje się jedy­nie atrak­cyj­nym (koniecz­nie!) dodat­kiem do ich życia. Dam­skiej czę­ści ludz­ko­ści należy się oczy­wi­ście sza­cu­nek, jed­nak tylko wtedy, gdy potrafi dosto­so­wać się do rytmu męż­czy­zny, jego potrzeb i zachcia­nek. Ze względu na swoją płeć nie przy­sta­wa­łam do tego her­me­tycz­nego świata.

Choć po jakimś cza­sie I. przy­znał się do wielu błę­dów w naszej rela­cji, to wiem, że potrzeba afir­ma­cji swo­jej męsko­ści w dal­szym ciągu jest dla niego czymś prio­ry­te­to­wym.

kreska.jpg

cytat.jpg

Naj­bar­dziej uwie­ra­jące sta­wało się pomi­ja­nie mil­cze­niem tematu mojego związku, bo naj­praw­do­po­dob­niej każdy po cichu liczył, że w końcu mi przej­dzie i poznam kogoś odpo­wied­niej­szego, na przy­kład pięk­nego i wyso­kiego Nor­wega.


Oba związki stwo­rzyły w mojej gło­wie dwa zupeł­nie prze­ciw­stawne por­trety męż­czy­zny-muzuł­ma­nina. Z jed­nej strony męż­czy­zny, który trak­tuje kobietę na równi ze sobą, a z dru­giej męż­czy­zny, który nie potrafi i nie chce zaak­cep­to­wać rów­no­ści płci.

Fun­da­men­ta­li­ści muzuł­mań­scy na zasa­dach sil­nego patriar­chatu opie­rają swoje prze­ko­na­nie o bar­dzo kon­kretnych rela­cjach zwią­za­nych z podzia­łem ról spo­łecz­nych. Bio­lo­gia wyzna­cza miej­sce kobiety w domu z dziećmi. Zawie­rane mał­żeń­stwa są pew­nego rodzaju umową, a nie sze­re­giem roman­tycz­nych obra­zów obec­nych w naszej kul­turze. Pewne sche­maty myśle­nia na temat męskiego i kobie­cego świata prze­ni­kają do codzien­nego życia muzuł­ma­nina nawet wtedy, gdy ten nie prze­strzega wszyst­kich zasad i w pełni nie prak­ty­kuje swej reli­gii. Uwa­żam, że zwią­zek z wyznawcą islamu jest moż­liwy, ale jed­no­cze­śnie jestem prze­ko­nana, że kobieta, która się na taki decy­duje, powinna liczyć się z wcze­śniej wspo­mnia­nymi podzia­łami i mieć w sobie duże pokłady ule­gło­ści.

Dziś myślę, że A. był nie­sa­mo­wi­tym wyjąt­kiem, co jed­nak w dal­szym ciągu pozwala – naiw­nie bądź nie – wie­rzyć, że róż­nice kul­turowe nie są w sta­nie uszko­dzić praw­dzi­wej więzi. Pyta­nie: jak wielu muzuł­ma­nów podziela moją wiarę?musująca tabletka.png

kreska.jpg

ALEKSANDRA PIOTROWSKA
Absol­wentka teatro­lo­gii i kul­tu­ro­znaw­stwa, inte­re­suje się kul­turą współ­cze­sną, od dwóch lat mieszka w Nor­we­gii.

WERONIKA "WERA" GRZYWA
Absol­wentka Uni­wer­sy­tetu Ślą­skiego (filia w Cie­szy­nie), na kie­run­kach Edu­ka­cja Arty­styczna i Gra­fika. Zaj­muje się komik­sem i ilu­stra­cją. Poza tym jest potrze­paną melan­cho­liczką, sta­ra­jącą się nie zwa­rio­wać!

Ta strona korzysta z plików cookie.