DO GÓRY

 

fuss_w_dresie_na_salony_buleczka_cover.jpg

NUMER 30 (5) PAŹDZIERNIK 2018 | "KRZYK MODY"

W DRESIE NA SALONY

KAŚKA NOWACKA | IZA BUŁECZKA

Moda i ubra­nia to dla mnie temat nie­stan­dar­dowy. Nie zno­szę zaku­pów. Nie śle­dzę naj­now­szych tren­dów. Poję­cia nie mam, co robią sie­ciówki – tj. aż do momentu, kiedy orien­tuję się, że wła­śnie widzia­łam tysiąc takich samych dziew­czyn. Wtedy dopiero świta mi, że płaszcz khaki z H&M albo Zary, włosy tak, torebka taka, obcas taki, tu ana­nas, tam bro­kat na policzku. Haute couture też inte­re­suje mnie, ekhm, umiar­ko­wa­nie. Bezbrzeż­nie szo­kują mnie moje kole­żanki, które na ulicy (!) są w sta­nie wywą­chać i roz­po­znać naj­now­szy zapach od Calvina Kle­ina albo Bur­berry. Sama ze stu­pro­cen­tową pew­no­ścią ziden­ty­fi­kuję co naj­wy­żej Cha­nel No. 5 oraz klapki Bir­ken­stocka. O, i ple­cak Fjäl­l­räven, ale i tak nie potra­fię tego wymó­wić, więc przy­sto­puję z prze­chwał­kami.

Patrząc na wyma­lo­wane trzy­na­sto­latki stu­ka­jące obca­sami i ści­ska­jące pod pachą wymyślne torebki, mam wra­że­nie, że pocho­dzę z innej epoki. W moim świe­cie nosiło się dżinsy i bluzę, do szkoły cho­dziło z ple­cakiem, wygoda i spor­towy styl były normą – koniec tematu. Jasne, prze­szli­śmy przez nie­bo­tycz­nie dłu­gie dzwony, wcią­ga­jące w szla­ja­jące się po ziemi brzegi noga­wek całe przy­drożne błoto, przez bro­kat we wło­sach czy tzw. cho­kery, naszyj­niki, które ostat­nio odtrą­biły wielki powrót. Nie neguję ist­nie­nia wpły­wa­ją­cych na nas tren­dów, ale były to dro­bia­zgi, o które dbało się głów­nie przy oka­zji szkol­nej dys­ko­teki. Na prośbę o „doro­słe” obcasy czy torebkę rodzice naj­pew­niej popu­ka­liby się w głowę i albo nas skrzy­czeli, albo bez­li­to­śnie wyśmiali. W oko­li­cach 13.-14. roku życia zamiana szkol­nego ple­caka na torbę krzy­żo­waną przez ramię (na którą mozol­nie naszy­wa­li­śmy nazwy ulu­bio­nych zespo­łów muzycz­nych) i adi­da­sów na glany była eks­tre­mal­nym sko­kiem w doro­słość i rejestr cool kids. Maki­jaż tylko na imprezę.

fuss_w_dresie_na_salony_buleczka_2.jpgDAWNO – KRAKÓW
Jakiś czas póź­niej zaczęły się ele­ganc­kie płasz­cze, obcasy, kape­lu­sze. Nie­zli­czone spek­takle teatralne, pre­miery fil­mowe, wykłady, wer­ni­saże i dłu­gie noce spę­dzone na oży­wio­nych dys­ku­sjach o sztuce i filo­zo­fii – w bla­sku świec i przy kazi­mie­rzow­skich kawiar­nia­nych sto­łach pokry­tych dzier­ga­nymi obru­si­kami. Ta lekko eks­cen­tryczna, nie­na­ganna pre­zen­cja spod znaku kape­lu­sza była normą w arty­styczno-inte­lek­tu­al­nym śro­do­wi­sku, w któ­rym się obra­ca­łam. Kra­kow­ska pseu­do­bo­hema – i, jak teraz oce­niam, lekko pre­ten­sjo­nalne kli­maty – to był mój codzienny styl. Cho­ciaż od dawna nie miesz­kam w Kra­ko­wie, ufam że pseu­do­bo­hema na­dal trzyma się dobrze, jed­nak obec­nie jest ina­czej odziana, np. w hip­ster­skie wycią­gnięte swe­try i oprawki oku­la­rów wyło­wione z bab­ci­nej szafy.

Na obca­sach byłam w sta­nie prze­biec w tam­tych cza­sach kilo­me­try, po kocich łbach i w każ­dej pogo­dzie. Tro­chę póź­niej pra­wie wszę­dzie jeździ­łam już autem, co też pozwa­lało zarówno na dużą swo­bodę, jak i ele­gan­cję, tzn. jedy­nie w takiej sytu­acji można ubrać zamszowe buty z nie­wy­god­nym obca­sem na deszcz. Obstaje przy swoim: ni­gdy nie wie­dzia­łam, co jest modne w danym sezo­nie, ale w jakiś spo­sób ubra­nia i ogólna pre­zen­cja były ważne, świad­czyły o sta­tu­sie, śro­do­wi­sku, zain­te­re­so­wa­niach, cha­rak­te­rze. Zaw­sze mia­łam upodo­ba­nie do oka­za­łej arty­stycz­nej biżu­te­rii i ory­gi­nal­nych faso­nów, więc mimo abso­lut­nej igno­ran­cji modo­wej, czę­sto sły­sza­łam kom­ple­menty. Z pro­stego powodu: mia­łam swój wła­sny styl i jakieś pod­skórne wyczu­cie szyku. W tam­tym okre­sie nie wyszła­bym w dre­sie nawet do osie­dlo­wego sklepu. Wyprze­dza­jąc nieco fakty – obec­nie nie mam pro­blemu wyjść z domu w piża­mie.

ZMIANA – AMSTERDAM
Nie zro­zum­cie mnie źle, na wszystko jest czas i oka­zja: co roku spę­dza­łam mnó­stwo czasu na żaglach i na wind­sur­fingu i do głowy by mi nie przy­szło stro­je­nie się przy takiej oka­zji. Z upodo­ba­niem wyśmie­wa­łam dziew­czyny, które codzien­nie wyła­niały się z kabiny jachtu w nowej kre­acji i z kilo­gra­mem tynku na twa­rzy. Rady­kalna zmiana nastą­piła jed­nak po prze­pro­wadzce, tak, „na Zachód”. Rok w Amster­da­mie, rok spę­dzony w desz­czu, rok spę­dzony na rowe­rze, rok spę­dzony w pracy, na stu­diach, na impre­zach, na wyciecz­kach, rok spę­dzony w bie­dzie, wresz­cie rok, który roz­po­czął resztę mojego życia.

Teraz już bez samo­chodu, prze­mie­rza­łam mia­sto na jed­no­śla­dzie odziana w gumowe spodnie i prze­ciw­desz­czową kurtkę. Obca­sów i for­mal­nych ubio­rów ani widu, ani sły­chu; z nie­re­gu­lar­nym try­bem życia, stu­diami, pracą w sys­te­mie zmia­no­wym, nie­prze­wi­dy­walną pogodą, a także obser­wu­jąc miej­sco­wych, z cza­sem zaczę­łam się ubie­rać coraz luź­niej, bar­dziej spor­towo, łącząc to jakoś cią­gle z moją pasją do biżu­te­rii i wyra­zi­stego maki­jażu oczu. Dość wyzwa­la­jące było odkry­cie, że ludzi nie oce­nia się po wyglą­dzie. Nie­ważne, czy wcho­dziło się do klubu, czy do naj­droż­szej kawiarni w mie­ście, bluza i trampki zała­twiały sprawę. Nie ist­niał typowo pol­ski ele­ment „co ludzie powie­dzą”, „co bab­cia pomy­śli”, „nie wpusz­czą mnie tak”. Przy­jemne uczu­cie: nie być oce­nianym. Po roku wró­ci­łam do domu i ni­gdy nie zapo­mnę sytu­acji, kiedy mia­łam jechać z mamą na zakupy (autem, do pobli­skiego cen­trum han­dlo­wego) i poja­wi­łam się w przed­po­koju w spodniach od dresu, nie­wy­pra­so­wa­nej koszulce, bez maki­jażu i w jakichś nie­zbyt szy­kow­nych skar­pet­kach wysta­ją­cych z nie­do­pa­so­wa­nych butów. W końcu co za róż­nica, jedziemy autem, wej­dziemy do sklepu, znowu wsią­dziemy do auta, bach, z powro­tem w domu. „Czy ty chcesz tak wyjść z domu…?!” – podnio­sła lament moja rodzi­cielka. „Yyy… tak…?” (ale o co jej cho­dzi?) „Dziecko, co oni tam z tobą zro­bili!” (tro­chę żar­tem, ale bar­dziej na poważ­nie). Wró­ci­łam się prze­brać.

ZNOWU TEATR – EDYNBURG
Jadąc do Szko­cji, śred­nio wie­dzia­łam, co się w ogóle może wyda­rzyć. Było to świeżo po Amster­da­mie, także pre­fe­ro­wa­nym sty­lem był już ten luź­niej­szy, jed­nak mia­łam pra­co­wać w teatrze, jako pro­du­cent i w ogóle, więc poja­wiły się lek­kie nerwy: trzeba brać sukienki i gar­sonki, przyj­dzie jesz­cze roz­ma­wiać z ludźmi z branży, będzie pre­miera, pro­mo­cja, wywiady, trzeba będzie ogar­nąć jakieś spo­tka­nie bizne­sowe. Cały ten bagaż wró­cił do domu po kilku mie­sią­cach nie­do­tknięty ani razu. I po mie­ście, i po teatrze bie­ga­łam w tramp­kach albo w klap­kach, „branża” oka­zała się ludźmi w tiszer­tach i swe­trach, po zatło­czo­nej Royal Mile cho­dzi­łam z farbą na twa­rzy i ele­mentami kostiu­mów teatral­nych, a networ­king odby­wał się po godzi­nach w pubach nie­opo­dal scen. I to też była szkoła życia, bowiem sama nie będąc ani aktorką, ani native spe­akerką, ani pro­du­centką teatralną z boga­tym CV, musia­łam być w sta­nie sprze­dać nasz spek­takl: czy to w tramp­kach w barze, czy z przy­tro­czo­nymi wil­czymi łapami i pazu­rami albo wśród ulicz­nego tłumu w cyr­ko­wej atmos­fe­rze.

fuss_w_dresie_na_salony_buleczka_3.jpgZADZIWIAJĄCO NORMALNIE – LIZBONA
Lizbona była chyba jedy­nym miej­scem, które zupeł­nie nie zmie­niło mojej per­cep­cji mody czy codzien­nego stylu. W mojej oce­nie miesz­kańcy por­tu­gal­skiej sto­licy ubie­rają się cał­kiem w porządku, nie nazbyt ele­gancko, ale gigan­tyczny dystans dzieli ich też od angiel­skich dre­sów. Dla mnie było to miej­sce, które, abs­tra­hu­jąc od wszyst­kich innych aspek­tów, odpo­wia­dało mi wywa­żo­nym podej­ściem do ubioru: Lizboń­czycy wyglą­dają na zadba­nych, ale z odpo­wied­nim umia­rem i dopa­so­wa­niem do cie­płego kli­matu. Ponie­waż w Por­tu­ga­lii nie mia­łam ani samo­chodu, ani roweru, nato­miast wszę­dzie wygod­nie mogłam doje­chać metrem czy tram­wa­jem, pozwa­la­łam sobie zwy­kle na tro­chę wię­cej sty­li­za­cji spod znaku sukienki czy obca­sów – oczy­wi­ście bez prze­sady, ale spra­wiało mi to po pro­stu przy­jem­ność, a moje warunki prze­miesz­cza­nia się po mie­ście były do tego odpo­wied­nie. W tym momen­cie była to jed­nak już kwe­stia wyboru – bluza i adi­dasy jak naj­bar­dziej byłyby rów­nie akcep­to­wal­nym roz­wią­za­niem, na które też czę­sto sobie pozwa­la­łam, ale dla­czego nie wbić się cza­sem w sukienkę? Czyli jed­nak zmiana – stop­niowa i we mnie samej.

POLITYKA W SWETRZE – BRUKSELA
Oferta pracy w Komi­sji Euro­pej­skiej wywo­łuje cał­kiem poważne zawi­ro­wa­nie modowe na forach inter­ne­to­wych: mnó­stwo ludzi, nie­za­leż­nie od płci, wieku i kraju pocho­dze­nia, zadaje sobie (i innym) to samo pyta­nie: w co się czło­wiek wła­ści­wie ubiera, kiedy zaczyna się bawić w unijna poli­tykę? Co wypada, co należy, czy tylko gar­ni­tur…?

Ta wąt­pli­wość na chwilę zaświ­tała i w mojej gło­wie, doku­pi­łam może 2 czy 3 „poważne” bluzki, jed­nak ogól­nie na tym eta­pie i po tylu róż­nych zmia­nach i prze­pro­wadz­kach nie wyda­wało mi się, żeby kwe­stia dress code’u była aż tak zapo­rowa. Tzw. smart casual to roz­wią­za­nie, które i tak lubię i które, w zależ­no­ści od oko­licz­no­ści, można albo podra­so­wać na bar­dziej biu­rowy wygląd, albo polu­zo­wać w stronę imprezy czy pik­niku w parku. Do pracy w głów­nym budynku KE przy­jeż­dża­łam i tak na rowe­rze (zresztą mój szef tak samo), wiec zda­rzało się, iż wta­cza­łam się tam w ocie­ka­ją­cych wodą kalo­szach w pan­terkę i wście­kle zie­lo­nej kurtce prze­ciw­desz­czo­wej. Zasada wła­ści­wie jest taka, że tylko praw­nicy czy mana­ge­ro­wie, któ­rzy na co dzień spo­ty­kają się z klien­tem, mają obo­wią­zek bie­gać w dro­gich, nie­na­gan­nie odpra­so­wa­nych gar­ni­tu­rach i gar­son­kach.

Moja bab­cia miesz­kała w Bruk­seli jakoś na prze­ło­mie lat 70. i 80. i zawsze opo­wia­dała, jak wiel­kim szo­kiem był dla niej przy­jazd do zachod­niego świata i odkry­cie, że nikt tam nikogo nie oce­nia po wyglą­dzie. Wszedł­szy do sklepu Cha­nel czy Yves Saint Lau­rent w naj­brzyd­szym, naj­star­szym dre­sie i tak spo­ty­kał się czło­wiek z dosko­nałą obsługą klienta, nie­od­sta­jącą niczym od spo­sobu, w jaki potrak­to­wana byłaby osoba w dro­gim futrze. Dom­nie­ma­nie było zawsze takie, że nie­za­leż­nie od pozo­rów, ktoś może być po pro­stu eks­cen­trycz­nym milio­ne­rem, który lubi cho­dzić w swoim uko­cha­nym 20-let­nim, dziu­ra­wym swe­trze. Wygląd nie zapo­wia­dał tego, ile pie­nię­dzy klient może poten­cjal­nie zosta­wić w skle­pie. I rze­czy­wi­ście, pod tym wzglę­dem nic się nie zmie­niło. Szkoda tylko, że rów­nież w Pol­sce trudno zaob­ser­wo­wać zmiany – upły­nęły dekady, a my dalej oce­niamy ludzi po wyglą­dzie. Men­tal­nie to dalej ten sam świat, z któ­rego moja bab­cia wyje­chała 40 lat temu. Ile razy zda­rzyło wam się usły­szeć od poiry­to­wa­nej eks­pe­dientki, pró­bu­ją­cej odwieść nas od doty­ka­nia, a nawet patrze­nia na przedmioty w skle­pie: „Te rze­czy są bar­dzo dro­gie”? Czyli po prze­tłu­ma­cze­niu: „Nie stać Cię na to bie­daku, widzę po Twoim ubra­niu. Odejdź i nie psuj opi­nii naszego sklepu”. Zda­rzyło mi się w takiej sytu­acji pro­sić o poda­wa­nie 10 róż­nych rze­czy, mie­rzyć, oglą­dać, roz­be­be­szyć cały sklep i pójść – gdyby to był świat Pretty Woman, wró­ciłabym się jesz­cze poka­zać z dro­gimi tor­bami z kon­ku­ren­cyj­nego butiku. Osta­tecz­nie jed­nak nie ma to chyba wiel­kiego sensu; zro­bie­nie na złość kon­kret­nej eks­pe­dientce, która dzieli powszechną men­tal­ność, raczej nie ma szans niczego zmie­nić. W Bruk­seli za to nie byłoby niczym dziw­nym, gdy­bym eks­pe­dient, posa­dziw­szy mnie na pozła­ca­nym fotelu, zdjął z mych stóp 15-let­nie trampki, by na ich miej­sce nało­żyć mi nowy model Manolo Blah­nika.

KOLOROWY PTAK – KOPENHAGA
Obser­wa­cja Duń­czy­ków była dla mnie kolejną fascy­nu­jącą lek­cją mody. Przede wszyst­kim oka­zało się, że typowe role spo­łeczne są tam odwró­cone pod wzglę­dem płci. Naj­le­piej widać to na przy­kła­dzie wło­sów i dba­ło­ści o fry­zurę. Fry­zura „na Dunkę” to nie­dbały kok na czubku głowy, wyglą­dający jakby dopiero co wstało się z lóżka. I tak naj­praw­do­po­dob­niej było! Z kolei męż­czyźni na ukła­da­niu wło­sów spę­dzają pew­nie z godzinę dzien­nie: ich nie­na­gan­nie przy­strzy­żone i uło­żone fry­zury są w isto­cie nie­na­ru­szalną sko­rupą, zabe­to­no­waną tonami żelu, lakieru, pudru, i zapewne tuzi­nem innych spe­cy­fi­ków, o któ­rych ist­nie­niu nawet nie mam poję­cia. Z daleka robi wra­że­nie. Doty­kać nie pole­cam.

Oby­wa­tele Danii wyglą­dają niezwy­kle zdrowo i natu­ral­nie; spę­dzają sporo czasu na świe­żym powie­trze, wszę­dzie dojeż­dżają na rowe­rze, nie straszna im brzydka pogoda, cenią sobie spor­towy, wygodny styl. Kobiety naj­czę­ściej ubie­rają się w luźne czarne ciu­chy i nie noszą abso­lut­nie żad­nego maki­jażu – wygląda to cał­kiem faj­nie, au natu­rel Duń­czy­kom psuje. Ja nato­miast wyglą­da­łam co naj­mniej jak­bym była przy­by­szem z innej pla­nety. Jasne, wszę­dzie jeździ­łam na rowe­rze, nosi­łam pła­skie buty, żad­nym pro­ble­mem nie było wyj­ście z domu w spor­to­wej blu­zie, ale w moich kolo­ro­wych bluz­kach, kwie­ci­stych spód­ni­cach, wyra­zi­stym maki­jażu oczu i podzwa­nia­jąc pokaźną biżu­te­rią sta­no­wi­łam sporą atrak­cję, nie­rzadko powo­du­jąc, że ludzie zatrzy­my­wali się, prze­śli­zgu­jąc po mnie nieco dłuż­sze niż powinni spoj­rze­nie. Moim współ­pra­cow­ni­kom z biura bar­dzo się to podo­bało i zawsze mówili, że wresz­cie ktoś wpro­wa­dził do pracy jakieś kolory i tro­chę życia. Ja nie zamie­rza­łam rezy­gno­wać ze swo­jego stylu, nie prze­szka­dzało mi bycie krzy­kliwą barwną plamą na tle morza czar­nych prze­chod­niów.

fuss_w_dresie_na_salony_buleczka_1.jpgPIŻAMY I DRESY – BIRMINGHAM
W Anglii spę­dzi­łam sporo czasu przez ostat­nie 5 lat i pobyt w tym kraju bar­dzo wiele mnie nauczył. Cho­ciaż nie zachwyca mnie zwy­czaj cho­dze­nia na zakupy w piża­mie czy cią­głego nosze­nia dre­sów, a wszech­obecną tutaj kary­ka­tu­ralną modę impre­zowo-klu­bową uwa­żam, szcze­rze mówiąc, za dość odra­ża­jącą (moja kole­żanka lubi żar­to­wać, że angiel­skie dziew­czynki mylą spód­nicę z paskiem), to zdrowa dawka luzu (ok, nie­bez­piecz­nie zakra­wa­ją­cego o abne­ga­cję) znacz­nie zmie­niła moje podej­ście do życia.

Nau­czy­łam się nie stroić na wyj­ście do pobli­skiego sklepu, nie przej­mo­wać cudzą opi­nią i, najzwy­czajniej na świe­cie, dobrze i nor­mal­nie czuć się we wła­snej skó­rze nawet w spodniach od dresu i pro­stej koszulce. Abso­lut­nym prze­ło­mem było rów­nież nie­no­sze­nie sta­nika. Jako że moje piersi są bar­dzo małe, przez lata panicz­nie i kur­czowo trzy­ma­łam się koniecz­no­ści nosze­nia biu­sto­no­sza, który przy­naj­mniej for­mo­wał jakoś syl­wetkę i co nieco do niej doda­wał. Nie nazwa­ła­bym tego może kom­plek­sem, ponie­waż upra­wiam różne dys­cy­pliny sportu i doce­niałam też wygodę zwią­zaną z małym biu­stem, jed­nak w życiu nie wyszła­bym z domu bez sta­nika, nawet chora do apteki za rogiem. Dzięki doświad­cze­niu miesz­ka­nia w UK temat w tej chwili spływa po mnie komplet­nie, bar­dzo lubię cho­dzić bez sta­nika, uwa­żam to za wygodne i w żaden spo­sób nie­um­niej­sza­jące mojej pew­no­ści sie­bie.

W Anglii wal­czy­łam też długo z nawra­ca­ją­cymi pro­ble­mami zdro­wot­nymi, m.in. doty­ka­ją­cymi powieki, co oczy­wi­ście ozna­czało, iż musia­łam zrezy­gno­wać z poma­lo­wa­nych oczu – mojego znaku cha­rak­te­ry­stycz­nego. Jesz­cze 8-10 lat temu prę­dzej zapa­dła­bym się pod zie­mię, niż wyszła z domu bez maki­jażu, a obec­nie maluję się codzien­nie do pracy, ale cza­sami w pośpie­chu ogra­ni­czam się do maskary, nato­miast w wer­sji week­en­do­wej, w moim sąsiedz­twie czy na jakieś wyjazdy i wycieczki daję skó­rze odpo­cząć i czuję się bez kre­sek na powie­kach zupeł­nie nor­mal­nie. W naj­gor­szym momen­cie zda­rzyło się rów­nież, że z bar­dzo nie­este­tycz­nie wyglą­dającymi spuch­nię­tymi powie­kami, bez grama maki­jażu musia­łam cho­dzić na roz­mowy o pracę i roz­ma­ite spo­tka­nia. Na początku nie było to zbyt kom­for­towe uczu­cie, ale, para­dok­sal­nie, z cza­sem dodało mi pew­no­ści sie­bie – jeden z cięż­szych okre­sów w moim życiu bar­dziej niż cokol­wiek innego nauczył mnie akcep­to­wać swoje ciało i czuć się pew­nie we wła­snej skó­rze nie­za­leż­nie od ubrań i maki­jażu. Osta­tecz­nie dopro­wa­dziło to nawet do etapu (eks­pe­ry­mentu?), w któ­rym zupeł­nie zre­zy­gno­wa­łam z maki­jażu na jakieś pół roku: sporo wtedy podró­żo­wa­łam, byłam opa­lona, nosi­łam luźne waka­cyjne ciu­chy, czę­sto bez sta­nika i utrzy­my­wa­łam to jesz­cze przez kilka mie­sięcy, nawet po powro­cie do chłod­niej­szego regionu i bar­dziej for­mal­nego oto­cze­nia.

TERAZ?
Nie wiem, co teraz – chyba po pro­stu dalej robię swoje. Znowu wylą­do­wa­łam w Anglii, więc można mnie spo­tkać bez sta­nika i w nie­zbyt este­tycz­nym dre­sie, ale to raczej nie­opo­dal domu. Do pracy jeż­dżę na rowe­rze ubrana w prze­ciw­desz­czową kurtkę, gumowe spodnie i kalo­sze. Swoją droga kalo­sze są w pan­terkę, kupione kie­dyś tanio i w nagłej despe­ra­cji. Pan­terka była zawsze moim naj­gor­szym kosz­ma­rem, potem te kalo­sze, cał­kiem zresztą wygodne, tak tro­chę nosi­łam iro­nicz­nie: faj­nie, że chro­nią od desz­czu, ale pan­terka słaba, prawda. Wyda­wało mi się, że moja iro­niczna postawa jest oczy­wi­sta, ale potem dotarło do mnie, że ludzie nie mają prawa tego prze­cież wie­dzieć, bo i skąd. Teraz komplet­nie mnie już to nie obcho­dzi; gdy ktoś kom­ple­men­tuje moje kalo­sze, na poważ­nie mu dzię­kuję. No i co z tego, że pan­terka…?

Wczo­raj pierw­szy raz od wie­ków dopadł mnie nastrój: „Rany, ale co ja mam wła­ści­wie na sie­bie wło­żyć?” Jecha­łam jed­nak na spo­tka­nie z Mini­ster­stwem Edu­ka­cji i Komi­sją Euro­pej­ską, więc dozna­łam chwi­lo­wego zaćmie­nia pew­no­ści sie­bie. Osta­tecz­nie oczy­wi­ście prędko prze­sta­łam się przej­mo­wać – ubra­łam się na tyle for­mal­nie, żeby nie popeł­nić gafy, ale rów­no­cze­śnie zacho­wa­łam swój styl: kolo­rową kwie­ci­stą spód­nicę i dużą biżu­te­rię. Ja to ja i na pewno będę się lepiej czuła oraz z więk­szym powo­dze­niem zapre­zen­tuję swój pro­jekt, czu­jąc się swo­bod­nie i natu­ral­nie. Warto tro­chę popo­dró­żó­wać, poob­ser­wo­wać ludzi, zro­bić kilka eks­pe­ry­men­tów, pod­jąć jakieś wyzwa­nie i wyzwo­lić się ze wszyst­kiego, co nie jest tak naprawdę ważne. W dre­sie czy w sukience Given­chy jestem tak samo war­to­ścio­wym czło­wiekiem. To cią­gle ja!musująca tabletka.png

kreska.jpg

KAŚKA NOWACKA
Krakuska, miastofilka, miłośniczka morza i żyraf, absolwentka filmoznawstwa. Interesuje się kulturą, podróżami i sportem. Ma słomiany zapał, ale dzięki temu ciągle się czegoś uczy.

IZA BUŁECZKA
Artystka i ilu­stra­torka z Ber­lina. Naj­bar­dziej znana z geo­me­trycz­nych postaci kobie­cych. Inspi­rują ją ich smutki, fałdki i nie­do­sko­na­ło­ści, które w ilu­stra­cjach wyglą­dają dosko­nale. A kiedy nie rysuje, maj­struje inne twór­cze rze­czy, warzy elik­siry miło­sne lub zwy­czaj­nie włó­czy się po mie­ście i węszy za naj­lep­szym fala­fe­lem. (Insta­gram: @iza­_bu­leczka, www: iza­bu­leczka. com)

blog comments powered by Disqus

Ta strona korzysta z plików cookie.