DO GÓRY

 

fuss_norwegia_grzywa_cover.jpg

NUMER 15 (6) GRUDZIEŃ 2015 | "NA ZACHODZIE BEZ ZMIAN?"


ŻYCIE W KRÓLESTWIE, CZYLI NORWESKI SEN

ALEKSANDRA PIOTROWSKA | WERONIKA "WERA" GRZYWA

W życie na emi­gra­cji wpi­sane są co naj­mniej dwie rze­czy – wiara w lep­szą przy­szłość i czę­sto bole­sne zde­rze­nia z rze­czywistością, które cze­kają poza gra­ni­cami naszej ojczy­zny. Nor­wegia obro­sła w nieprawdopodob­nie wielki mit życia w dostatku. To kraj, gdzie pie­nią­dze wydo­by­wane są razem z ropą i roz­da­wane na uli­cach, a o pracę jest łatwo, ponie­waż leniwi Nor­we­go­wie chęt­nie zatrud­nią goto­wego do nie­usta­ją­cej pogoni za bogac­twem przy­by­sza z Europy Wschod­niej. Potem nic, tylko budo­wać domy, inwe­sto­wać na gieł­dzie, jeździć na Hawaje, palić kubań­skie cygara i cie­szyć się, że udało nam wyrwać się ze szpo­nów tej pro­win­cjo­nal­nej Pol­ski, przed którą my, pol­scy emi­granci, ucie­kamy, co sił w nogach. Owa wizja ocie­ka­ją­cej bogac­twem Nor­we­gii z roku na rok przy­ciąga coraz wię­cej naszych roda­ków – obec­nie sta­no­wią tu naj­więk­szą mniej­szość naro­dową. Mię­dzy 2004 a 2014 rokiem liczba miesz­ka­ją­cych w Nor­we­gii Pola­ków wzro­sła dzie­się­cio­krot­nie. W tej chwili jest ich tu już ponad 100 tysięcy.

By jed­nak speł­nić pie­lę­gno­wany w gło­wie każ­dego emi­granta nor­we­ski sen potrzeba nie lada wysiłku. Należy bowiem być goto­wym na to, że życie w kra­inie fior­dów wymaga gru­bego port­fela (pamię­tajmy, że Oslo zostało uznane za naj­droż­sze mia­sto na świe­cie), a zna­le­zie­nie pracy – czasu i wielu poświę­ceń. Pod­czas roz­mów z poten­cjal­nymi pra­co­daw­cami czę­sto można usły­szeć pyta­nie, które z cza­sem coraz bole­śniej dźwię­czy w uszach: Snak­ker du norsk? (Czy mówisz po nor­we­sku?). Gdy pada odpo­wiedź prze­cząca, poten­cjalni pra­co­dawcy bez­rad­nie roz­kła­dają ręce i pro­szą, by wró­cić, gdy skan­dy­naw­ski język zosta­nie opa­no­wany.

Do Oslo przy­je­cha­łam dwa lata temu. Byłam wtedy pełna byłam moty­wa­cji i chęci do pracy. Razem z kole­żanką przy­go­to­wa­ły­śmy stos CV oraz ulo­tek, na któ­rych ofe­ro­wa­ły­śmy boga­tym Nor­wegom sprzą­ta­nie ich pięk­nych domów i ogro­dów. Były­śmy pewne, że nie potrzeba nam cudu, by szybko zna­leźć pracę i zacząć reali­zo­wać plan zara­bia­nia nor­we­skich koko­sów. Jed­nak zde­rze­nie z panu­ją­cymi tu realiami było bru­talne – nie tylko poka­zało nam, jak ciężko o dobrze opła­calne zaję­cie, ale przede wszyst­kim – o miesz­ka­nie. Trzy­mie­sięczne depo­zyty w wyso­ko­ści co naj­mniej 20 tysięcy koron (około 10 tysięcy zło­tych) i brak umowy o pracę, o którą czę­sto jest się pro­szo­nym, z miej­sca dys­kwa­li­fi­ko­wały nas do wyna­ję­cia cze­go­kol­wiek. Jak się póź­niej oka­zało, rów­nież nasze pocho­dze­nie dla wielu było pro­ble­mem. Żyjący w Skan­dy­na­wii nasi rodacy suk­ce­syw­nie two­rzyli w oczach Nor­wegów obraz Polaka-budow­lańca, co to za koł­nierz nie wylewa, a i do wsz­czę­cia awan­tury ot tak, dla zabawy zawsze jest chętny. Rzecz jasna, nikt nie powie­dział nam tego wprost, bowiem Nor­we­go­wie powszech­nie znani są ze swej kur­tu­azji. Dopiero kilka mie­sięcy póź­niej, kiedy udało mi się wyna­jąć moje pierw­sze miesz­ka­nie, nie­zwy­kle otwarty i szczery wła­ści­ciel przy­znał, że ma pewne obawy ze względu na moje pol­skie pocho­dze­nie. Na szczę­ście uwie­rzył na słowo, że nie­szcze­gól­nie przy­staję do obrazu awan­tur­ni­czego Polaka-pijaka.

fuss_norwegia_grzywa.jpg

Po dłu­gich tygo­dniach pogoni za pie­niędzmi i miesz­ka­niem oraz jedze­nia naj­tań­szego chleba z jesz­cze tań­szym dże­mem w końcu się udało i obie zna­la­zły­śmy pracę w gastro­no­mii. I choć stawka godzi­nowa nie nale­żała do naj­wyż­szych, to w porów­na­niu do zasmu­ca­ją­cego „1200 zło­tych mie­sięcz­nie” mia­ły­śmy wra­że­nie, że zła­pa­ły­śmy Pana Boga za nogi, a na głowę spadł nam deszcz nor­we­skich koron. Szybko oka­zało się, że stała umowa o pracę jest nie­zbędną prze­pustką do funk­cjo­no­wa­nia w spo­łe­czeń­stwie. Pozwala wyna­jąć miesz­ka­nie, zało­żyć nor­we­ski numer per­so­nalny, który z kolei konieczny jest do dosłow­nie wszyst­kiego – łącz­nie z wyku­pie­niem kablówki i inter­netu. Z mie­siąca na mie­siąc odkry­wa­łam coraz to lep­sze strony posia­da­nia kon­traktu z pra­co­dawcą – opieka medyczna, wyso­kie zwroty podatku oraz tzw. ferie­penge, czyli nic innego jak „pie­nią­dze na waka­cje”, które przy­zna­wane są każ­demu i które sta­no­wią 10% zarobku z poprzed­niego roku. Dodat­kowo nor­we­ski kodeks pracy chroni pra­cow­nika na tyle, by ten nie musiał się mar­twić, że zosta­nie zwol­niony z powodu jakie­go­kol­wiek kaprysu swego szefa.

Kiedy przy­zwy­cza­iłam się już do poziomu życia, pora była nauczyć się funk­cjo­no­wa­nia z samymi Nor­we­gami. Na impre­zach bar­dzo szybko zdej­mo­wali maski zamknię­tych i zdy­stan­so­wa­nych i upi­ja­jąc się na umór, dawali upust emo­cjom. Sta­wali się otwarci, chętni do wie­lo­go­dzin­nych roz­mów, a nawet przy­jaźni. Ten zaska­ku­jący kon­trast jest wyni­kiem ich sto­no­wa­nej emo­cjo­nal­no­ści, która dia­me­tral­nie się zmie­nia, gdy tylko pod ręką poja­wia się alko­hol.

Na co dzień Nor­we­go­wie są jed­nak uprzejmi i chętni do posy­ła­nia uśmie­chu mija­nym na ulicy niezna­jo­mym – uśmie­chu, który wcale nie ozna­cza “hej, lecę na cie­bie”, a jest wyra­zem ser­decz­no­ści. Kie­dyś, sie­dząc w barze z moim nor­we­skim zna­jo­mym powie­dzia­łam, że jeśli wrócę do Pol­ski, będzie bra­ko­wało mi tej pro­stej, ale jakże potrzeb­nej uprzej­mo­ści, która w moim kraju w dal­szym ciągu jest rary­ta­sem. Wcze­śniej roz­ma­wia­li­śmy o sytu­acji eko­no­micz­nej w Pol­sce i o nie­za­do­wa­la­ją­cych zarob­kach. Zdzi­wie­nie zna­jo­mego było ogromne, kiedy dowie­dział się, że cztery tysiące koron to śred­nia mie­sięczna pen­sja, toteż stwier­dził, że gdyby i on tyle zara­biał, jego rów­nież nie byłoby stać na uśmie­cha­nie się do obcych.

W kon­tak­tach z Nor­we­gami naj­trud­niej­sze jest jed­nak wyczu­cie, co mają na myśli. Pow­ścią­gli­wość w oka­zy­wa­niu emo­cji powo­duje, że można zupeł­nie opacz­nie odczy­tać ich inten­cje. Nor­weg zado­wo­lony zacho­wuje się podob­nie jak Nor­weg niezado­wo­lony. Z kolei zacho­wa­nie Nor­wega pija­nego zawsze da się roz­po­znać.

Poza tym, że Nor­wegia pla­suje się na pierw­szym miej­scu w ran­kingu naj­bo­gat­szych państw świata, a co za tym idzie – kom­fortu życia, to warto wie­dzieć, że przo­duje także (razem ze Szwe­cją i Danią) w świa­to­wych ran­kin­gach rów­no­upraw­nie­nia płci. Nikogo tu więc nie dziwi kobieta na wyso­kim sta­no­wi­sku albo na takim, które w pol­skiej opi­nii spo­łecz­nej ucho­dzi za odpo­wied­nie jedy­nie dla męż­czyzn. Żona może zara­biać wię­cej od swego męża bez obaw, że w jaki­kol­wiek spo­sób nad­szarp­nie tym jego ego. Urlop tacie­rzyń­ski jest tu czymś zupeł­nie nor­mal­nym, a czę­sto nawet wyma­ga­nym przez pra­co­daw­ców. Męż­czyźni dzielą się obo­wiąz­kami z kobie­tami, tym samym rezy­gnu­jąc ze ste­reo­ty­pów płcio­wych żywi­ciela rodziny i kury domo­wej. Pie­lę­gno­wany w pol­skiej kul­tu­rze podział na męż­czyznę-ryce­rza i kobietę-księż­niczkę rów­nież w skan­dy­naw­skim świe­cie nie ist­nieje. Role mogą się odwró­cić na tyle, by to kobieta przy­wdziała zbroję i wal­czyła o swego uko­cha­nego, nie ocze­ku­jąc tym samym, że ten będzie trak­to­wał ją w wyjąt­kowy spo­sób tylko ze względu na jej płeć. Randki ze Skan­dy­na­wami mogą więc zasko­czyć nie­jedną Polkę, kiedy okaże się, że nie prze­pusz­czą jej w drzwiach, nie odsuną krze­sła, ani nawet nie zapro­po­nują, że zapłacą za kola­cję czy drinka. Tutaj – o chwała Skan­dy­na­wii – kobieta ma tę samą siłę, co męż­czyzna.

Kolejną cechą dzie­lącą wizje nor­we­skiego i wschod­nio­eu­ro­pej­skiego świata jest spo­sób wycho­wy­wa­nia dzieci. Są one bar­dzo istot­nym ele­men­tem tutej­szego spo­łe­czeń­stwa, toteż przy­kłada się wielką wagę do budo­wa­nia ich sys­temu war­to­ści, a także – czy może przede wszyst­kim – do chro­nie­nia ich deli­kat­nego świata. Nie wiem, jak z rybami, ale tu dzieci mają głos. Wyraźny i dono­śny. Pozwala im się decy­do­wać o wielu kwe­stiach, włą­czane są do roz­mowy i ni­gdy nie są igno­ro­wane. Pamię­tam, jak pod­czas jed­nej z podróży do Pol­ski z zasko­cze­niem pod­słu­chi­wa­łam roz­mowę nor­we­skiej rodziny, w któ­rej uczest­ni­czyło dwóch bar­dzo mło­dych chłop­ców razem ze swymi rodzi­cami i ciot­kami. Była to dys­ku­sja jak każda inna, chłopcy nie usły­szeli więc dobrze zna­nego każ­demu pol­skiemu dziecku zda­nia: „idź­cie się poba­wić, doro­śli roz­ma­wiają”. Tutaj bowiem roz­ma­wiają i doro­śli, i dzieci. Nie używa się wobec nich jakiej­kol­wiek formy agre­sji, jest to surowo zabro­nione. Nad wła­ści­wym spo­so­bem wycho­wy­wa­nia dzieci i mło­dzieży na tere­nie całej Nor­we­gii kon­trolę spra­wuje Urząd Och­rony Praw Dziecka, tzw. Bar­ne­var­net. Ta pań­stwowa orga­ni­za­cja budzi wiele kon­tro­wer­sji nie tylko wśród emi­gran­tów, lecz także wśród samych Nor­wegów. W pol­skim rozu­mie­niu wycho­wy­wa­nia dzieci nie mie­ści się to, że mogą nale­żeć one do pań­stwa – tu jed­nak należą. Czę­sto przez nie­po­twier­dzone infor­ma­cje czy też źle zin­ter­pre­to­wane obser­wa­cje zostają one odbie­rane rodzi­com i umiesz­czane w nor­we­skich rodzi­nach zastęp­czych. Takich trau­ma­tycz­nych przy­pad­ków jest bar­dzo wiele i nie­stety doty­kają one naj­czę­ściej rodziny wschod­nio­eu­ro­pej­skie.

Kró­le­stwo Nor­we­gii, jak poka­zują bada­nia, należy do naj­bar­dziej rygo­ry­stycz­nych państw na świe­cie. Ozna­cza to, że ist­nieją tu bar­dzo pre­cy­zyjne wymogi co do tego, jak zacho­wać się w okre­ślo­nych sytu­acjach, a wszel­kie odchy­le­nia od narzu­ca­nych norm są surowo karane. Ist­nieją zatem dwie strony medalu; z jed­nej – traci się pew­nego rodzaju nie­za­leż­ność, bowiem to pań­stwo narzuca kon­kretne zbiory zacho­wań, do któ­rych trzeba się przy­sto­so­wać; z dru­giej nato­miast zyskuje się poczu­cie bez­pie­czeń­stwa oraz świa­do­mość, że prawo zawsze będzie po naszej stro­nie. Nato­miast z trze­ciej strony, Nor­wegia nie narzuca toż­sa­mo­ści, akcep­tuje każdy kolor skóry, od nikogo nie wymaga Boga, pozwala kobie­cie decy­do­wać o swoim ciele, zachęca do sek­su­al­nego wyzwo­le­nia i mówi „kochaj, kogo chcesz”. Kiedy pierw­szy raz zoba­czy­łam parę mło­dych chło­pa­ków, spa­ce­ru­ją­cych za rękę po cen­trum sto­licy, ude­rzyło mnie, że obok nich toczy się naj­zwy­czaj­niej­sza codzien­ność – mijają ich rodziny z dziećmi, sta­rusz­ko­wie, a może i nawet duchowni. Nikt nie obrzu­cił ich choćby mini­mal­nie pogar­dli­wym spoj­rze­niem. Wtedy już wie­dzia­łam, że to duże szczę­ście móc żyć tutaj.

Z żalem muszę przy­znać, że nie­wiele drażni mnie w Nor­we­gii, tak jak kon­trola zabawy – imprezy trwają tu do 3 nad ranem (i ani minuty dłu­żej!), a alko­hol za nie­bo­tyczne kwoty sprze­da­wany jest w kon­kret­nych godzi­nach, od ponie­działku do soboty, w spe­cjal­nie prze­zna­czo­nych do tego skle­pach. Do klu­bów wejść można jedy­nie za oka­za­niem waż­nego doku­mentu, a pra­cow­nik ochrony, kiedy tylko zechce, może podzię­ko­wać i wypro­sić na zewnątrz. Gdy zda­rza mi się przy­glą­dać krą­żą­cym po klu­bie impo­nu­jąco umię­śnio­nym ochro­nia­rzom, przy­po­mi­nam sobie szkolne czasy, kiedy to na dys­ko­te­kach byli­śmy bacz­nie obser­wo­wani przez nauczy­cieli czy kolo­nij­nych wycho­waw­ców. Kiedy dosko­nałą imprezę bru­tal­nie prze­ry­wają zapa­lane świa­tła, to ulica staje się nową prze­strze­nią do kon­ty­nu­owa­nia zabawy, pozna­wa­nia ludzi i snu­cia wiel­kich pla­nów, gdzie tym razem powinno zakoń­czyć się tę noc.

W cza­sie, gdy media zaata­ko­wały infor­ma­cje o nowo powsta­łym serialu pol­sko-nor­we­skim o nie­zbyt opty­mi­stycz­nym tytule Walka o byt (Kam­pen for tilværel­sen), wielu zna­jo­mych pytało mnie, czy czę­sto muszę zma­gać się z nega­tyw­nym obra­zem Polaka w Nor­we­gii, który wyrwał się z sza­rych i ponu­rych pol­skich blo­ko­wisk tylko po to, by za wszelką cenę urze­czywistnić swój nor­we­ski sen. Serial w żaden spo­sób nie zasko­czył mnie jako widza – utrwa­lił jedy­nie smutny ste­reo­typ na temat Polaka-fizycz­nego pra­cow­nika, zło­dzieja, kom­bi­na­tora, a także kre­tyna, któ­remu należy poka­zać, jak obiera się banana. Z takim obra­zem ni­gdy się nie utoż­sa­mia­łam, więc nawet nie pró­bo­wa­łam wal­czyć z podobną wizją mnie jako Polki. W kiep­skiej i dość nie­smacz­nej współ­pracy pol­sko-nor­we­skiej oczy­wi­ście kryje się wiele prawdy – w Nor­we­gii tacy Polacy ist­nieją. Sta­no­wią nawet dość potężną grupę tło­czącą się w bara­ko­wych prze­strze­niach, zapi­ja­ją­cych swoje smutki i agre­sję. Kiedy po jakimś cza­sie sta­łam się drobną czę­ścią pręż­nie skąd­inąd funk­cjo­nu­ją­cej kul­tury w Oslo, to ów wize­ru­nek buń­czucz­nego Polaka zaczął zani­kać, a na jego miej­sce poja­wił się nowy – Polaka otwar­tego, zdol­nego, będą­cego czę­ścią nor­we­skiego spo­łe­czeń­stwa.

Andrzej Sta­siuk o Pol­sce mówi, że jest jak kobieta fatalna. „Wiemy, że wie­dzie nas ku zgu­bie, ale nie chcemy jej porzu­cić ani zdra­dzić. Nawet jak w końcu znaj­du­jemy jakąś porządną żonę, to i tak ją potem śnimy po nocach. W Anglii, w Ame­ryce. Nawet na Księ­życu urzą­dza­li­by­śmy sobie Wigi­lię i Zaduszki”. Moją porządną żoną jest Nor­wegia – trosz­czy się, daje poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i sta­bi­li­za­cji. Jed­nak ni­gdzie nie lubię wra­cać tak jak do Pol­ski – zmien­nej, sza­lo­nej, która jed­no­cze­śnie potrafi być piękna i mądra, i któ­rej ni­gdy się nie wyrzeknę.musująca tabletka.png

 

kreska.jpg

ALEKSANDRA PIOTROWSKA
Absol­wentka teatro­lo­gii i kul­tu­ro­znaw­stwa, inte­re­suje się kul­turą współ­cze­sną, od dwóch lat mieszka w Nor­we­gii.

WERONIKA "WERA" GRZYWA
Absolwentka Uniwersytetu Śląskiego (filia w Cieszynie), na kierunkach Edukacja Artystyczna i Grafika. Zajmuje się komiksem i ilustracją. Poza tym jest potrzepaną melancholiczką, starającą się nie zwariować!

Ta strona korzysta z plików cookie.