DO GÓRY

 

fuss_pesteczka_trybus_cover.jpg

NUMER 20 (5) LISTOPAD 2016| "100% NATURAL"


PESTECZKA

KRZYSZTOF PIETRALA | AGATA TRYBUS

Okna w domu powinny być sze­roko otwarte. Nie tylko dla­tego, że posiane na raba­cie kwiaty, pnąc się coraz wyżej, pachną moc­nej albo że co jakiś czas ukryty w zaro­ślu śpie­wem uwo­dzi ptak. Na tym zresztą i tak nie można się prze­cież zatrzy­my­wać, nawet jeśli czujny nos pod­chwyci, ucho nie prze­sły­szy się. Za dużo jest tu spraw bie­żą­cych, domo­wych obo­wiąz­ków.

Otwiera się je głów­nie dla­tego, że przez nara­sta­jący upał należy napu­ścić tro­chę wia­tru. Przy­naj­mniej w kuchni. Pokrywka nie­bez­piecz­nie pod­ska­kuje na gorą­cym garnku. Bez żad­nej opieki. Buchają kłęby pary. Trzeba natych­miast zmie­nić pło­mień i niech sobie pyka dalej. Choć z dru­giej strony te muchy... Reszta pokoi, w tym naj­waż­niej­szy z tele­wi­zo­rem, pozo­staje zamknięta. Oble­piona małymi ciał­kami krat­ko­wana packa zwisa bez­wład­nie zaha­czona o gwóz­dek wbity w spę­kaną fra­mugę okna.

fuss_pesteczka_trybus2.jpgSień w tym domu jest chłodna i nie­mal wil­gotna. Ciemna jak cień. Trzeba do oporu krę­cić śmi­gieł­kiem prze­łącz­nika, żeby zapa­lić zwi­sa­jącą żarówkę, bo mały luf­cik lada moment będzie zasta­wiony cięż­kim koszem pach­ną­cym zie­lo­nym koprem. Otwie­rają się drzwi – nagle wpusz­czona jasność nie trwa długo, ale wystar­cza­jąco, żeby uka­zać nie­wielką postać scho­waną za futryną. I już jej nie ma. Star­sza pani wcho­dzi do środka. Ona ni­gdy nie pali tej żarówki, bo szkoda zachodu. Swój dom zna na pamięć, choć zda­rza się jej zapo­mi­nać o wielu rze­czach. Obok cięż­kiego kosza na wytar­tej cera­cie w świą­teczne cho­inki kła­dzie pierw­sze jabłko ogrodu, w któ­rym aż wije się sok. Sta­ruszka prze­suwa kosz, a na owocu ską­pa­nym dotąd w ciem­no­ści ląduje ostra sza­bla słońca. Praw­dziwa sza­bla zako­pana jest obok młyna przez ostat­niego praw­dzi­wego ułana – pomnik pod skle­pem, ale nie wia­domo dokład­nie gdzie, bo dziadka już nie ma. Ta nie­praw­dziwa tymcza­sem kroi owoc na kolejne skła­dowe. Ujaw­niają się kolory, jest kształt i kon­trast. Słod­kiej, deli­kat­nej skórki i twar­dej, spę­ka­nej skóry. „Czego tu szu­kasz?” – mówi sta­ruszka, nie prze­ry­wa­jąc tego, co wła­śnie robi. Malec wybiega z ukry­cia i prze­jęty krzy­czy: „Bab­ciu, bab­ciu, kipieje w kuchni!”. „A tam kipieje” – odpo­wiada sta­ruszka i szybko wycho­dzi. „Mogę zjeść?” – chłop­czyk woła jesz­cze za nią i poka­zuje na dorodny owoc szep­czący nabrzmia­łymi sokami. „Pocze­kaj, Ada­siu, na obiad. Zaraz będzie. Po obie­dzie dopiero” – recy­tuje jak pra­dawne prawo, zni­ka­jąc w kuchni. Ale słowa giną w war­ko­cie motoru prze­la­tu­ją­cego nisko samo­lotu rol­ni­czego. Są wakacje. Beztrosko płynie czas. Na waka­cjach u babci obiad zawsze jest wcze­śniej niż u mamy. 

Wiej­ski dom z otwar­tymi na oścież oknami stoi pośród pól pocię­tych na pasy i roz­da­nych naj­star­szym synom. Pola sty­kają się z innymi polami liniami pro­stymi. Cza­sem na wąskiej gra­nicy mię­dzy nimi rośnie poje­dyn­cze drzewo, żeby można było pod nim napić się wody zim­nej jak pio­run. Jest sier­pień i ani jed­nej chmurki na nie­bie. Z kapli­czek zer­kają czci­godne Maryje. Ocię­żałe suną kom­bajny. Zanim odejdą w zimowy sen, sypią ziarna na chleb. Ludzie całymi rodzi­nami zbi­tymi w jeden zespół wstają z łóżek szyb­ciej niż dni. Nie­za­ch­wiany rytm życia jest tak samo ważny tutaj jak w mie­ście, ale nikt o tym nie myśli w ten spo­sób. Za dużo jest spraw bie­żą­cych. Tylko zły gospo­darz pozwala słod­kim owo­com na krze­wach stop­nieć od słońca.

„Oooo! Oooo!” – dobiega z sieni lament. Chwilę potem wbiega wnu­czek do kuchni. „Oooo! Oooo!”. „Co się stało?” – odwraca się znad zlewu peł­nego tłu­stej jak rosół wody zanie­po­ko­jona bab­cia. Leje się woda. „Oooo! Oooo!”. „Prze­stań krzy­czeć i powiedz, co się stało!”. „Oooo! Oooo!”. „No mów, co się stało!”. „Oooo! Oooo!”. „Natych­miast” – roz­ka­zuje. „Oooo! Oooo! Połk­ną­łem pesteczkę, połkną­łem pesteczkę!” – wydu­sza z sie­bie malec. „Nic się nie stało. Prze­cież nie puści kiełka!” – bab­cia rzuca szybko przez ramię i powraca do zmy­wa­nia. „Oooo! Oooo! Będę miał kiełka, nie chcę, boję się”. Ze ściany patrzy por­tret dziadka z cza­sów mło­do­ści, który wnucz­kowi dwa­dzie­ścia lat póź­niej będzie na upar­tego przy­po­mi­nał Alana Touringa. „Nie chcę kiełka!” – powta­rza dzie­sięć razy za każ­dym razem gło­śniej. Bab­cia wyciera ręce w ścierkę, pod­cho­dzi i masuje go po ple­cach. „No już, już” – mówi. „Wcale nie, nie chcę kiełka!”. Bab­cia poiry­to­wana nieco tą upar­to­ścią, któ­rej nie rozu­mie, odpo­wiada, że jutro przy­je­dzie kuzyn i że jeśli Adaś na­dal będzie pła­kał, to nie będzie się mógł z nim bawić. Ani w ogro­dzie, ani w domu, ani ulu­bioną zabawką, dodaje na koniec. To tylko wzmaga histe­rię. Gwiż­dże para pod pokrywką. Jak przed burzą wzmaga się zaja­dłość much. Spło­szony kot trąca misę wypeł­nioną mize­rią z koper­kiem, prze­wraca kom­pot z rabar­ba­rem i hyc przez okno. Toczy się szklanka po stole, co w tym zgiełku trwa całą wiecz­ność, ale szczę­śli­wie nie tłu­cze się. Bab­cia nie wytrzy­muje. Bab­cia nie będzie parzyć lipy na uspo­ko­je­nie. „Chodź no tu!”. Tutaj panuje twar­dej ręki wycho­wa­nie. Łapie wnuczka w pół, co nie jest trudne, kiedy ktoś tylko stoi w miej­scu i pła­cze. Wypró­bo­wa­nym spo­so­bem prze­rzuca nie­wiel­kie ciało przez kolano. Szyb­kim ruchem ściąga spodnie, razem z nimi zsu­wają się majtki. Ręka babci podnosi się, się­ga­jąc zenitu – zaraz z powagą wymie­rzy kar­nego klapsa. Dla niej to drob­nostka. Nastę­puje odli­cza­nie palec po palcu. „Bab­ciu, bab­ciu, patrz, puściła kiełka” – jak ska­za­niec krzy­czy wnu­czek i poka­zuje mię­dzy swoje uda. Ręka, która wisiała chwilę w powie­trzu jakby zatrzy­mu­jąc czas, opada teraz z całym impe­tem i ude­rza w bab­cine udo. Raz po raz. Bab­cia śmieje się gło­śno. „Nie było go wcze­śniej, byłem dziew­czynką” – mówi prze­ra­żony Adaś. „Wnu­siu!” – bab­cia śmieje się tak, jak się dawno już nie śmiała.

fuss_pesteczka_trybus.jpg

Na zewnątrz domu wszyst­kim doskwiera upał. Dzieci mają prze­rwę w pracy w polu. I nie­spo­żytą ener­gię, kiedy bie­gną za prze­la­tu­ją­cym nisko samo­lo­tem rol­ni­czym. Pra­wie doty­kał kołami czub­ków drzew w sadzie. „Panie pilo­cie, dziura w samo­lo­cie” – krzy­czą wesoło, pod­czas gdy z ciem­nej dziury sika na sad drobny desz­czyk. Spo­cone Maryje kaszlą samot­nie w kaplicz­kach.musująca tabletka.png

kreska.jpg

KRZYSZTOF PIETRALA
Wcze­sne lata osiem­dzie­siąte. Etno­log. Nie pra­cuje w zawo­dzie. Sta­cjo­nuje w Kra­ko­wie.

AGATA TRYBUS
Magi­ster form prze­my­sło­wych, stu­dentka archi­tek­tury wnętrz. Pro­jek­tantka, z zami­ło­wa­nia instruk­torka fit­ness i zumby.

Ta strona korzysta z plików cookie.