DO GÓRY

 

FUSS_bieszczady_GRZYWA_cover.jpg

NUMER 23 (3) CZERWIEC 2017 | "FEEL THE RHYTHM"


BIESZCZADY SP. Z O.O.

MARCIN SZTYPA | WERONIKA "WERA" GRZYWA

– A może by tak to wszystko pieprznąć i wyjechać w Bieszczady?

Wszyscy? Cały korpoświat w te cudowne Bieszczady? Niby po jaką cholerę? Zaciągną tam wszystkie swoje stresy i frustracje. Będą żyli w ten sam nerwowy sposób, co w mieście – z laptopem na stole i smartfonem przy uchu, będą prowadzić swoje bieszczadzkie home office.

To nie lokalizacja jest problemem, tylko życie w rytmie, jaki narzuca nam otoczenie. W rytmie wymuszonym wypłatami i ratami. Rytmie nierównej walki dni powszednich z weekendami. Rytmie wymuszonym godzinami pracy. Kto nie czeka na fajrant? Pewnie dla wielu radość spowodowana nadchodzącym weekendem wynika z faktu, że nie idą do pracy, a nie z tego, że zrobią wtedy coś przyjemnego. A jakby tak mieć pracę, z której nie chce się wychodzić? Utopia?

Oczywiście jest masa ludzi czerpiących satysfakcję z prowadzenia biznesu, zarabiania pieniędzy czy wspinania się po szczeblach kariery – większość z nas jest próżna i to, że ta sama większość się do tego nie przyznaje, niczego nie zmienia. Jesteśmy łasi na wszelkie objawy uznania, a nawet zazdrości ze strony otoczenia. I chyba wszystko jest w porządku, dopóki naprawdę realizujemy się w tym, co robimy zawodowo. Problem pojawia się dopiero, jeśli nasze osiągnięcia przestają sprawiać nam radość. Ile można pociągnąć na takiej motywacji? Wstajesz rano do pracy z niechęcią albo i obrzydzeniem – i niczego nie zmienia fakt, że niejeden dałby się za nią pokroić.

FUSS_bieszczady_GRZYWA.jpg

Myślę, że wielu z nas wpada w pułapkę polegającą na tym, że prawie nikt nie traktuje poważnie pomysłu, by praca była przyjemnością, a może nawet pasją. Ludzie, którzy żyją z tego, co lubią robić, są jak Yeti. Od najmłodszych lat uczono nas w końcu oddzielania obowiązków od przyjemności. Bez pracy nie ma kołaczy. Zjedz obiad, to dostaniesz cukierka. Odrób zadanie domowe i dopiero się pobawisz. Oczywiście nie jestem tak naiwny, żeby sądzić, że życie może składać się z samych przyjemności – nic dobrego nie wyjdzie z jedzenia samych deserów od rana do wieczora. Jednak takie radykalne odseparowanie obowiązków od radości powoduje, że akceptujemy krzyż nudnego etatu. Praca ma być źródłem utrzymania. Jak zarobisz na życie, to pozostałe pieniądze (i czas czy siły – jeśli ci jakieś zostaną) możesz przeznaczyć na jakieś hobby i osiąganie satysfakcji.

Tak sobie ten świat dziwnie poukładaliśmy. Gonimy króliczka, choć nie zawsze sami go wybraliśmy. Ktoś stara się spełnić oczekiwania rodziców i kończy prawo, choć wolałby zostać leśniczym; inny siedzi w pracy po nocach, żeby tylko zarobić więcej od żony; a jeszcze inny tyra jak wół, żeby zwyczajnie utrzymać rodzinę. Konieczność zarabiania coraz większych kwot, aby standard naszego życia nie odbiegał od otoczenia, to pewnie jedna z głównych motywacji do robienia rzeczy, na które wcale nie mamy ochoty. Wydajemy mnóstwo pieniędzy na rzeczy, które kilka czy kilkanaście lat temu nawet nie istniały. Płacimy za dostęp do internetu, za cyfrowe telewizje i seriale w tym zapłaconym wcześniej internecie. Płacimy za telefon dla każdego, nawet najmłodszego, członka rodziny. Płacimy za paliwo do dwóch samochodów na podjeździe, za dwa komplety opon i przeglądy. Wydajemy tysiące na komputery, tablety i furę innych bzdetów.

A przecież jeszcze nie tak dawno nikomu nie przyszło do głowy płacić za telewizję, no może abonament rtv, ale tego, dla odmiany, teraz większość nie płaci. Telefon był jeden w klatce albo u sołtysa. Samochód też nie był standardem, a o oponach zimowych nikt nie słyszał. Nie jestem wrogiem cywilizacji. Gdyby nie ona, pewnie nawet bym tego nie napisał, a już na pewno nie przeczytalibyście tego na ekranach smartfonów i komputerów. Jednak mam wrażenie, że gonimy za tym wszystkim trochę na oślep – w rytm różnych technologicznych premier, społecznych oczekiwań i wizji życiowego sukcesu.

Tak się złożyło, że w ostatnich miesiącach spotykałem ludzi biorących pieniądze za zajmowanie się rzeczami, które ich interesują. To otworzyło mi oczy – trzeba szukać. Roboty marzeń dla wszystkich nie wystarczy, ale kto nie spróbuje, ten się nie załapie.

– A może by tak to wszystko pieprznąć i żyć po swojemu?musująca tabletka.png

kreska.jpg

MARCIN SZTYPA
Mąż i ojciec. Na codzień han­dlo­wiec, od święta blo­ger i stu­dent dzien­ni­kar­stwa, tury­sta i bie­gacz-ama­tor. wtem­pie­kon­wer­sa­cyj­nym. word­press. com

WERONIKA "WERA" GRZYWA
Absolwentka Uniwersytetu Śląskiego (filia w Cieszynie), na kierunkach Edukacja Artystyczna i Grafika. Zajmuje się komiksem i ilustracją. Poza tym jest potrzepaną melancholiczką, starającą się nie zwariować!


Ta strona korzysta z plików cookie.