DO GÓRY

 

fuss_biegacze_kazanowski_cover.jpg

NUMER 21 (1) STYCZEŃ 2017 | "CZY ROZMIAR MA ZNACZENIE?"


CZY DŁUGOŚĆ MA ZNACZENIE?

MARCIN SZTYPA | KAJETAN VON KAZANOWSKI

Zapewne więk­szość panów ase­ku­ra­cyj­nie udzieli nega­tyw­nej odpo­wie­dzi na to pyta­nie. Ale jeśli zadamy je bie­ga­czom, tak chęt­nie para­li­żu­ją­cym mia­sta pod­czas bie­gów ulicz­nych, odpo­wiedź może nie być już taka oczy­wi­sta.

fuss_biegacze_kazanowski_2.jpgOdkąd poja­wiła się moda na bie­ga­nie po par­kach i chod­ni­kach jako alter­na­tywa do bie­ga­nia po knaj­pach, ilość mara­toń­czy­ków poszy­bo­wała w górę. Mało tego, bie­ga­cze coraz tłum­niej mel­dują się na zawo­dach, któ­rych dystans znacz­nie prze­kra­cza ten kró­lew­ski. Pchają się do tego przed­sta­wi­ciele wszyst­kich kate­go­rii wago­wych, a ja jestem na to dowo­dem. Takie mamy czasy, że dobrze widziane jest pro­wa­dze­nie zdro­wego trybu życia. Od pro­duk­tów fit ugi­nają się półki w mar­ke­tach, ludzie wystrze­gają się śmier­cio­no­śnego glu­tenu, a wła­ści­ciele siłow­nio­po­dob­nych przy­byt­ków nie mają prawa do narze­kań – pila­tesy, zumby i inne zaję­cia dla miło­śni­ków gru­po­wego wyci­ska­nia potu są ska­zane na suk­ces. Już nie tylko panie są na die­cie. Spo­łeczne przy­zwo­le­nie na posia­da­nie mię­śnia piw­nego zde­cy­do­wa­nie spa­dło (wiem, bo mam). Moda na luźne ubra­nia gdzieś wypa­ro­wała, krój slim-fit wymu­sił zmianę defi­ni­cji sze­ścio­paka.

Nigdy nie śle­dzi­łem mody. Nie inte­re­so­wało mnie co należy nosić, czego słu­chać, gdzie cho­dzić, ale w bie­ga­nie jakoś wsią­kłem. Zaczęło się od tego, że musia­łem coś zro­bić z cza­sem w trak­cie tre­ningu mojego syna. Nie było sensu wra­cać do domu, pora roku była ide­alna – pobie­gam. Szybko zapa­da­jący zmrok pozwa­lał na truch­ta­nie w zme­cha­co­nych dre­sach. Nie będę prze­cież inwe­sto­wał w te dziwne, obci­słe ciu­chy – zaraz i tak mi się znu­dzi. Nie znu­dziło, dzień robił się coraz dłuż­szy – trzeba było zro­bić zakupy. Kilo­me­try zli­czane przez apli­ka­cję w tele­fo­nie oka­zały się nar­ko­ty­kiem. Dumę z pierw­szego prze­bie­gnię­cia 10 km pamię­tam do dziś. Kilka mie­sięcy póź­niej pierw­sza dycha na zawo­dach wszystko przy­pie­czę­to­wała.

Bie­ga­nie na 5 km jest dla cie­nia­sów. Zresztą takie zawody są chyba tylko dla gim­na­zja­li­stów. W bie­ga­niu maso­wym zaczy­namy od dychy. No i już zro­biło się przy­jem­nie, już są dwie cyferki, budzące podziw nie­bie­ga­ją­cej mniej­szo­ści. Potem pół­ma­ra­ton. To już kon­kret, nie dla pod­lot­ków. Cho­ciaż… pozo­staje to nie­szczę­sne „pół” w nazwie. Tak jak pół litra w ulicz­nej sodzie z cza­sów PRL, któ­rego nie da się donieść do domu – jak powie­dział jeden z kone­se­rów w kolejce do mono­po­lo­wego. Nie mamy innego wyj­ścia, bie­rzemy się za drugą połówkę. To już coś. Mara­ton.

fuss_biegacze_kazanowski_1.jpg

Zwy­kli bie­ga­cze, truch­ta­jący po pół godziny kilka razy w tygo­dniu, to mar­gi­nes śro­do­wi­ska. Praw­dziwi bie­ga­cze nie bie­gają – oni tre­nują. Mają wybie­ga­nia, rozbie­ga­nia, inter­wały i inne „akcenty”. Mają plany tre­nin­gowe i kalen­da­rze star­tów. Mają całe życie pod­po­rząd­ko­wane tre­nin­gowi. Pizzy nie zje­dzą, kie­li­cha nie wypiją, wyspać się muszą. Impre­zowo bez­u­ży­teczny, bo będzie się ści­gał.

Że niby można bie­gać dla wła­snej przy­jem­no­ści, bez rywa­li­za­cji? Wymówka dla ama­to­rów. Zresztą z cza­sem wszy­scy rywa­li­zują. Z kolegą z osie­dla, z gru­ba­wym gościem, który ostat­nio był o kil­ka­na­ście sekund szyb­szy, a przy­naj­mniej z samym sobą – popra­wia­jąc życiówki.

fuss_biegacze_kazanowski_4.jpgSą praw­dziwi i praw­dziwsi. Praw­dziwsi są szybcy. Aż dziw bie­rze, że przy tej pręd­ko­ści zauwa­żają tych, dla któ­rych liczy się samo ukoń­cze­nie. Co to w ogóle za gada­nie? Satys­fak­cja z udziału? Wymówka dla fra­je­rów. Powinni pozmniej­szać limity cza­sowe i zdej­mo­wać takich z trasy. Oczy­wi­ście nie wszy­scy. Są też tacy, któ­rzy kibi­cują na mecie mara­tonu po sze­ściu godzi­nach od startu. Ale nie wszy­scy rozu­mieją, ile wysiłku to kosz­tuje.

Za to tak w środku, w bie­ga­czu, każdy z nas, na mecie, jest z sie­bie tak samo zado­wo­lony. I dobrze. Nie­ważne, że przez naj­bliż­sze dni będziemy cho­dzić z gra­cją zom­bie. Było warto. Dwie połówki na raz. No nie­źle, no nie­źle.musująca tabletka.png

kreska.jpg

MARCIN SZTYPA
Mąż i ojciec. Na codzień han­dlo­wiec, od święta blo­ger i stu­dent dzien­ni­kar­stwa, tury­sta i bie­gacz-ama­tor. wtem­pie­kon­wer­sa­cyj­nym. word­press. com

KAJETAN VON KAZANOWSKI
Ab­sol­went pro­jek­to­wa­nia ubio­ru, spę­dza­ją­cy wol­ne chwi­le ry­su­jąc przy kom­pu­te­rze. Pie­przo­ny es­te­ta, za­chwy­ca­ją­cy się każ­dym od­stęp­stwem od nor­my, oraz fa­na­tyk mu­zy­ki, wy­da­ją­cy ostat­ni grosz na ko­lej­ną pły­tę.

Ta strona korzysta z plików cookie.