DO GÓRY

 

fuss_gondek_kazanowski_cover.jpg

NUMER 16 (7) LUTY 2016 | "PRZEKRACZANIE GRANIC"


GDY NAJWYŻSZY ZSTĘPUJE DO KRAINY NAD WISŁĄ. ABECADŁO KATARZYNY GONDEK

MAREK S. BOCHNIARZ | KAJETAN VON KAZANOWSKI

To będzie nie­fra­so­bliwy cykl. O pol­skich artyst­kach i arty­stach, któ­rzy wzbu­rzają miesz­czań­ską, zgra­nu­lo­waną juchę, wpusz­cza­jąc do żył świeżą, szem­rzącą krew. Cykl, nie­stety, napi­sany skraj­nie subiek­tyw­nie. Ze spo­rym ładun­kiem afektu. A jed­nak przy­strzy­żony tak po pro­stu, pra­wie, że po ludzku, bo alfa­be­tycz­nie.

Autor z chę­cią, niczym dobry chrze­ści­ja­nin, przyj­mie na klatę lawinę hejtu. Bo zaczyna od tego, co o Polo­nii, świe­tli­stej Kato­liczce pośród mrocz­nych, zse­ku­la­ry­zo­wa­nych euro­pej­skich krain, ma do powie­dze­nia Kata­rzyna Gon­dek. Młoda artystka mul­ti­me­dialna, wytrwale sto­jąca po stro­nie twór­czo­ści nie­za­leż­nej i potra­fiąca zelek­try­zo­wać myśli publicz­no­ści. Jej twór­czość rani odbior­ców, ale i tak chcemy krwa­wić.

B jak Brzuch

Fabienne, dziew­czyna But­cha z Pulp Fic­tion (1994) Quen­tina Taran­tino, w przy­pły­wie zdzi­wie­nia absur­dal­no­ścią świata zasta­na­wia się, czemu męż­czyźni kie­rują pożą­dliwy wzrok ku pier­siom, a nie ponęt­nym, mięk­kim i deli­kat­nym brzu­chom kobiet. To one prze­cież są tak ważne, dając życie rodza­jowi ludz­kiemu. Jed­nak jeśli dla Anki Sasnal Huba (2014) jest fil­mem „z brzu­cha”, Gon­dek mogłaby powie­dzieć, że Hor­ror vacui to książka z trzewi.

Brzuch jest dla artystki mode­lem pię­trowo uło­żo­nych świa­tów, a pępek sym­bo­li­zuje wrota, przez które można doko­ny­wać trans­feru pomię­dzy róż­nymi pozio­mami rze­czy­wi­sto­ści: tej, w któ­rej żyjemy, tej, która nad nami (ktoś z makro­ko­smosu śni nasz skromny kosmos), i tej, która pod nami (w naszym brzu­chu kieł­kuje mikro­ko­smos i zalud­nia go drobny ludek). W Hor­ror vacui Gon­dek przy­po­mina, że reli­gia to przede wszyst­kim pewna skom­pli­ko­wana kon­struk­cja myślowa, którą można dowol­nie prze­kształ­cać, jeśli mamy do tego talent i odwagę. Otwiera się wów­czas przed nami zupeł­nie inny świat: zaczy­namy rozu­mieć wię­cej, zysku­jąc dotąd nie­wy­obra­żalną swo­bodę.

fuss_gondek_kazanowski2.jpgD jak Deer Boy

Gon­dek po raz pierw­szy dała wyraz zain­te­re­so­wa­niu myśliw­skimi fana­be­riami czło­wieka bodajże w doku­men­cie Romanse (2013). Odkry­cie, że widok czło­wieka zestre­so­wał jele­nie tak bar­dzo, że poza ryko­wi­skiem prze­szły cał­ko­wi­cie na nocny tryb życia, miało nie­ba­ga­telny wpływ na tych, co roz­wi­jali sztukę polo­wa­nia na te biedne, szla­chetne zwie­rzątka. Romanse to tra­gi­ko­miczny zapis zawo­dów, pod­czas któ­rych męż­czyźni przy uży­ciu rogów symu­lują ryki jele­nie. Mimo że final­nie docho­dzi do bru­tal­nej śmierci zdez­o­rien­to­wa­nych zwie­rząt, forma zawo­dów może wyda­wać się zabawna: zwłasz­cza gdy reży­serka pod­gląda wysiłki star­szych męż­czyzn, uczą­cych się przy­wo­ły­wać z pomocą instru­mentu „powabne łanie”. Gon­dek eks­plo­ruje ten aspekt humo­ry­styczny, iro­nicz­nie zesta­wia­jąc infor­ma­cje o życiu jeleni i tym, do czego „zmu­sza je popęd płciowy”, z fizycz­no­ścią i zacho­wa­niami swych ludz­kich boha­te­rów. Efekt to słodko-gorzka bajka zwie­rzęco-ludzka.

Nurt ide­owo zwią­zany z ani­mal stu­dies reży­serka kon­ty­nu­uje w Deer Boy, fil­mie fabu­lar­nym znaj­du­ją­cym się obec­nie w fazie pro­duk­cji. Za punkt wyj­ścia posłu­żyła jej histo­ria o chłopcu, który przy­cho­dzi na świat w rodzi­nie myśli­wych z… rogami na gło­wie. Tak zamy­ślona hybry­dalna istota przy­po­mina kon­struk­cją „bestia­riusz” znany z fil­mów ani­mo­wa­nych, w któ­rych toż­sa­mo­ści ludzko-zwie­rzęce swoją trans­gre­syj­no­ścią budziły kon­tro­wer­sje, a przez to nie­rzadko otwie­rały publicz­ność na zawiłe pro­blemy iden­ty­fi­ka­cji i repre­zen­ta­cji. Fizycz­ność tytu­ło­wego Deer Boya oraz rezy­gna­cja z dia­lo­gów są kro­kiem ku uni­wer­sal­nej przy­po­wie­ści o okru­cień­stwie czło­wieka, które zwraca się prze­ciw niemu pod posta­cią „ohyd­nego” potomka.

F jak Femi­nizm

Gon­dek we współ­cze­snym kinie drażni to, że jest zwy­kle krę­cone przez męż­czyzn, a naj­lep­sze role przy­pa­dają płci brzyd­kiej, co stara się zmie­nić wła­sną pracą. Zapewne, dro­dzy czy­tel­nicy, rzadko zwra­ca­cie na to uwagę, zwłasz­cza jeśli macie penisa mię­dzy nogami, lecz wiedz­cie, że tak być nie może, a z pomocą mło­dych arty­stek pokroju Gon­dek ocze­ki­wana z nadzieją przy­szłość rów­no­ści może być cza­sem „teraz”.

„Rów­no­upraw­nie­nie płciowe” artystka upra­wia inten­syw­nie na grun­cie nar­ra­cji fil­mo­wych i lite­rac­kich, pre­fe­ru­jąc dopusz­cza­nie do głosu tak wsze­la­kich boha­te­rów, jak i boha­terki. Czy zna­cie pro­fe­sjo­nalną tre­nerkę boksu? Zobacz­cie Bru­ise Bal­let! Cie­kawi was, jak na życie dewo­tów „bli­sko sacrum”, Jezu­ska i Maryjki, patrzą krnąbrne oczy nie­wie­rzą­cej dziew­czynki? Obja­śni wam to Hosanna (2013). Demo­kra­cja według Gon­dek nie ogra­ni­cza się zresztą tylko do postaci – rów­nie dobrze może doty­czyć tematu, któ­rego szuka do momentu, gdy wpada na trop cze­goś, co trudno sobie choćby wyobra­zić. Jak na przy­kład pla­sti­kowy pomnik JP2, który spor­tre­to­wała w Naj­wyż­szym (2013). W tym fil­mie pozwo­liła się zmie­rzyć ze swoją reli­gij­no­ścią męż­czyznom i kobie­tom, sta­rym i mło­dym, z empa­tią i bez uprze­dzeń odda­jąc im głos.

H jak Hor­ror Vacui

W Hor­ror Vacui zwraca uwagę to, jak bły­sko­tli­wie zre­in­ter­pre­to­wany został w nim kato­li­cyzm, prze­pi­sany tutaj po raz pierw­szy na zbiór mitów, opowie­ści o wielu wer­sjach, w któ­rych Jezus może być uro­czą drew­nianą figurką, ale też prze­cięt­nia­kiem zapi­ja­ją­cym smutki alko­ho­lem (póź­niej autorka wró­ciła do tej kon­cep­cji w Oto­li­cie). Two­rze­nia wła­snych nar­ra­cji uczy Normę jej babka, któ­rej udało się wcze­śniej wybrać cał­ko­witą wol­ność w sta­nie zupeł­nej nie­woli: po umiesz­cze­niu jej w pla­cówce nauczyła się ucie­kać w głąb sie­bie.

Debiut powie­ściowy Gon­dek przy­po­mina metodę psy­cho­ana­li­tyczną: pacjentka (dziew­czynka prze­wrot­nie nazwana Normą) musi z pomocą grupy leka­rzy przejść przez różne światy, aby ponow­nie się naro­dzić, czyli ozdro­wieć z tra­wią­cej ją cho­roby duszy. Autorka sta­wia w książce pyta­nie o to, ile jeste­śmy gotowi poświę­cić dla ochrony naszej indy­wi­du­al­no­ści, i pod­suwa czy­tel­ni­kom kilka wska­zó­wek na to, jak wal­czyć z cha­osem prze­ra­ża­ją­cej codzien­no­ści i mało­ścią bliź­nich. Pisarka uznaje, że współ­cze­śnie odda­wa­nie czci abs­trak­cyj­nemu bóstwu jest gestem pustym, bo nie przy­no­szą­cym nam pożytku. Zamiast tego pro­po­nuje ope­ra­cje na reli­gii jako śro­dek auto­te­ra­pii, w któ­rej prze­twa­rza­nie kato­lic­kiej nar­ra­cji służy naszemu zdro­wiu psy­chicz­nemu.

J jak Jezus, od krzyża odpi­ło­wan

Drew­niany Jezu­sek, ukra­dziony przez Normę z salki kate­chezy i uwol­niony z cię­żaru krzyża, mógłby za sio­strę wziąć kamienną Matkę Bożą z Oto­litu. Gon­dek sięga po typową dla kato­li­cyzmu skłon­ność do mno­że­nia wize­run­ków boskich i świę­tych, sta­wiając pyta­nie nie tylko o to, do kogo modli się wierny, ale i czy poje­dyn­czy obiekt repre­zen­to­wać musi coś abs­trak­cyj­nego, czy też da się go obda­rzyć osob­nym, małym życiem.

Prze­no­sząc akcent z hie­ra­tycz­nych osób boskich i świę­tych na nie­do­sko­nałą formę dewo­cjo­na­liów, Gon­dek umow­nie egzor­cy­zmuje sys­tem reli­gijny – ujmuje mu przy­naj­mniej odro­binę powagi, która para­li­żuje wyznaw­ców, zamy­ka­jąc ich w wię­zie­niach tra­dy­cji. Przez wieki Ojco­wie Kościoła obga­dy­wali kolejne dogmaty i reguły, jakimi trzeba się kie­ro­wać w życiu, by nasza obec­ność była akcep­to­wana w miej­scach kultu i byśmy nale­żeli do wspól­noty. Gon­dek prze­ciwsta­wia temu anar­chi­styczny bunt prze­ciw sztyw­nym regu­łom oraz swo­bodę inter­pre­ta­cji reli­gii trak­to­wa­nej jako pod­da­jąca się mode­lo­wa­niu kon­struk­cja.

K jak Karol Woj­tyła, nasz czło­wiek w Waty­ka­nie

Artystka o erek­cji naj­więk­szego na świe­cie pla­sti­ko­wego pomnika Papieża Polaka w czę­sto­chow­skim Parku Minia­tur Sakral­nych nakrę­ciła doku­men­talną dylo­gię: humo­ry­stycz­nego Naj­wyż­szego i lekko prze­ra­ża­jącą, acz dziw­nie piękną Figurę (2015), otwartą iro­nicz­nym cyta­tem z Moby Dicka o sen­sow­no­ści rze­czy, choćby i tych naj­więk­szych.

Skąd tak oso­bliwy temat? „Pod wie­loma wzglę­dami ten pla­sti­kowy papież jest mniej żenu­jący niż współ­cze­sna reli­gia. Jego pla­sti­ko­wość jest prza­śna i oddolna, bie­rze się z odpu­sto­wego pomy­słu. Na tym pozio­mie jest w nim przy­naj­mniej coś zabaw­nego. To nie moc hie­rar­chicz­nej, poważ­nej reli­gii, która mówi, co ci wolno, a czego nie, i wcho­dzi w każdą sferę two­jego życia” – wyja­śnia Gon­dek.

Zgoła nie­święty, wul­garny mate­riał, z któ­rego stwo­rzona została figura JP2, budzi w nas uśmiech roz­ba­wie­nia, lecz reży­serka nie poprze­staje na kome­dio­wym efek­cie: za serce chwyta scena, gdy pla­sti­kowa rzeźba „lewi­tuje” w powie­trzu na linach dźwigu: tak ciężka, a zara­zem leciuchna.

Pró­buję wyobra­zić sobie film Gon­dek o Jezu­sie ze Świe­bo­dzina, ale nie potra­fię. „On jest taki kon­kretny strasz­nie. Ten beton nie wystar­czał. To nie była wła­ściwa postać. Nie miała wokół sie­bie Parku Minia­tur Sakral­nych” – wspo­mina artystka, która począt­kowo także i temu sakral­nemu potwor­kowi chciała poświę­cić oddzielny film.

fuss_gondek_kazanowski.jpgM jak Matka Boska, z utrą­coną ręką

Wcho­dząc do kościoła w mie­ście ide­al­nym z Oto­litu, tra­fia się na kamienną Matkę Boską z uwa­loną koń­czyną. To do niej boha­terka dru­giej powie­ści Gon­dek, z braku wspar­cia ze strony rodzi­cielki, kie­ruje myśli i prośby. To jed­nak nie z Maryją pro­wa­dzi ciche dys­puty, a z wła­sną, oso­bi­stą Matką Boską.

Matka głów­nej boha­terki, pisząc alter­na­tywną histo­rię uko­cha­nego mia­sta (pięk­nego nie­stety tylko w marze­niach), nakre­śliła też zbiór legend o Matce Boskiej z lokal­nego kościoła. Ola wyrywa się spod wła­dzy rodzi­cielki, two­rząc wła­sną nar­ra­cję o posągu: w jej wer­sji mniej prze­ra­ża­ją­cym i bar­dziej sko­rym do lito­ści.

N jak Nie­za­leż­ność

We współ­cze­snym kinie coraz mniej twór­ców decy­duje się na pełną samo­dziel­ność, zwłasz­cza w Pol­sce, gdzie nawet to, co ucho­dzi za nor­malny budżet filmu, w USA wyko­rzy­sty­wane jest co naj­wy­żej w kinie nie­za­leż­nym. Gon­dek pre­fe­ruje jed­nak ten wysoce eko­no­miczny i zara­zem wyma­ga­jący model pracy – w ogra­ni­czo­nej i zgra­nej eki­pie. film powstaje czę­sto w gro­nie przy­ja­ciół. To, jak bar­dzo zna­jomi Gon­dek byli oso­bi­ście zaan­ga­żo­wani w reali­za­cję, prze­kłada się na bar­dzo oso­bi­ste kino o uni­kal­nym smaku.

Ponadto w związku z tym, że dopra­co­wa­nie formy fil­mo­wej jest dla niej sprawą wagi cięż­kiej, anga­żuje się w cały pro­ces reali­za­cyjny. Trud­niej byłoby zacho­wać taki sys­tem pracy w przy­padku super­pro­duk­cji, lecz jeśli kie­dy­kol­wiek w ręce Gon­dek wpad­nie budżet wiel­ko­ści Hisz­panki, to pod­czas uro­czy­stej pre­miery co bar­dziej wraż­li­wych na detale widzów cze­kają omdle­nia, a zdez­o­rien­to­wani kry­tycy zmo­czą bie­li­znę.

O jak Oto­lit

Z punktu widze­nia ludz­kiej fizjo­lo­gii oto­lit – choć jest li tylko zia­ren­kiem soli wap­nia w uchu – ma nie­by­wałe zna­cze­nie dla zacho­wa­nia rów­no­wagi. Fabu­lar­nie prze­kłada się to na pro­blem Oli, która nie­jed­no­krot­nie, w naj­mniej spo­dzie­wa­nych momen­tach, traci rów­no­wagę i przy­tom­ność.

Oto­lity, tak jak pępki z Hor­ror vacui, mają rów­nież zna­cze­nie sym­bo­liczne. Zabu­rze­nia boha­terki to psy­cho­so­ma­tyczna reak­cja na mia­sto rodzinne i fami­lię, któ­rej człon­ko­wie nazna­czyli dziew­czynę na resztę życia pięt­nem nadw­raż­li­wej out­si­derki.

P jak Poezja

Wyda­nie tomiku wier­szy Splą­ta­nia było dla Gon­dek nie tyle speł­nie­niem ambi­cji, a jakby ubocz­nym pro­duk­tem tego, w jaki spo­sób na co dzień wypo­wiada się o świe­cie. Jeśli z nią poroz­ma­wiamy, to odkry­jemy, jak zręcz­nie żon­gluje sło­wami, fry­wol­nie bawiąc się ich ukry­tymi moż­li­wo­ściami. Zmysł do two­rze­nia neo­lo­gi­zmów i krót­kich wypo­wie­dzi o cha­rak­te­rze mini-afo­ry­zmów powo­duje, że każdy, kto się­gnie po Splą­ta­nia, odkryje nie wprawki poetyc­kie, a raczej mniej znany, być może tro­chę bar­dziej pry­watny głos Gon­dek.

Można zary­zy­ko­wać stwier­dze­nie, że rów­nież jej krót­kie filmy demon­strują głę­boką intu­icję wzglę­dem poetyki oraz skłon­ność do eks­pe­ry­men­tów – ze skom­pli­ko­wa­nym ryt­mem mon­tażu i zaska­ku­ją­cymi kom­po­zy­cjami obrazu – wyzwa­la­ją­cych w widzach eks­ta­tyczną ener­gię. Takie jest choćby Mia­steczko (2011), jeden z najbar­dziej poru­sza­ją­cych wier­szy „ufil­mo­wio­nych”. W tym przy­padku na warsz­tat poszła Bystrzyca Kłodzka Tade­usza Róże­wi­cza – ekra­ni­za­cja utkana została przez reży­serkę za pomocą okru­chów słów wypo­wiadanych przez miesz­kań­ców, ich codzien­nych gestów i lek­kich gry­ma­sów twa­rzy. Gon­dek sta­wia na zbio­ro­wość, lecz ceni także oso­bi­ste prze­ży­cia każ­dego, kto uży­cza jej na chwilę swych strun gło­so­wych i wize­runku.

R jak Róża­niec, w barsz­czu zbru­kan

Łań­cu­szek różań­cowy tra­fia do wazy z zupą w Hosan­nie – krót­ko­me­tra­żo­wym debiu­cie fabu­lar­nym Gon­dek. Dziew­czynka, zapewne w week­end zacią­gnięta siłą przez rodzi­ców do babki-dewotki, podej­muje z nią grę. Dla mło­dej, nie­uświa­do­mio­nej reli­gij­nie, a może bar­dziej: igno­ru­ją­cej reli­gię boha­terki dewo­cjo­na­lia nie mają war­to­ści sakral­nej, a pobożny sto­su­nek sta­rej kobiety do tych obiek­tów wywo­ły­wać może tylko zdzi­wie­nie i iry­ta­cję. Ten poje­dy­nek nie zamie­nia się w kon­fron­ta­cję postaw, któ­rych nie da się pogo­dzić. Do zgody docho­dzi w prze­strzeni kino­wej – Gon­dek pocie­sza publicz­ność nadzieją, że być może kie­dyś kon­flikty reli­gijne będą relik­tem prze­szło­ści.

S jak Spi­rala

„Wokół naszego brzu­cha odbywa się skrę­ca­nie potęż­nej pępo­winy, domy­ka­nie kolej­nego brzu­cha nad kolej­nym brzu­chem. Zrozu­mieć spi­ralę prze­wle­ka­jącą się przez poziomy ist­nień i świa­tów to zrozu­mieć boskie sprawy” – poucza nas jedna z nar­ra­to­rek Hor­ror vacui. Spi­ralny model świata Gon­dek prze­nio­sła w Oto­li­cie na poziom miast ide­al­nych, które według teo­re­ty­ków rene­sansu miały two­rzyć kon­struk­cje spi­ralne. Ta kon­cep­cja pod­po­wiada rów­nież, że każda struk­tura dążyć musi na wyso­kim stop­niu skom­pli­ko­wa­nia do infer­nal­nego kosz­maru i cha­osu – obo­jęt­nie, jak ślicz­nie wyglą­dała na obrazku. Taką inter­pre­ta­cję potwier­dzają spi­ral­nie roz­pi­sane ścieżki psy­cho­ana­li­tycz­nych podróży boha­te­rek Gon­dek, poszu­ku­ją­cych utra­co­nego szczę­ścia i porządku.

W jak Wiel­ko­pol­ska

W sto­licy Wiel­ko­pol­ski Gon­dek reali­zuje komer­cyjne zle­ce­nia, krę­cąc mate­riały wideo z festi­wali fil­mo­wych. Jej minia­tury wzbo­ga­cały oprawę wizu­alną takich imprez, jak Mię­dzy­na­ro­dowy Festi­wal Fil­mów Ani­mo­wa­nych „Ani­ma­tor”, No Women No Art czy Poznań Baro­que. Nawet i w tak rze­mieśl­ni­czej pracy reży­serka wyka­zuje rzadką inwen­cję do odpa­le­nia kilku niespo­dzie­wa­nych fajer­wer­ków.

„Lubię nad­po­bu­dli­wość ruchową filmu. Ekspe­ry­men­tuję z tym w przy­padku mate­ria­łów »ani­ma­to­ro­wy­ch« czy festi­walu muzyki baro­ko­wej. To mi dobrze robi. Potem mogę to prze­no­sić z ekipą na film. W Figu­rze tego nie ma. W Deer Boy jest sporo takiej zabawy. Będziemy pomię­dzy sze­ro­kie uję­cia wsta­wiać nagle obrazki bar­dzo szcze­gó­łowe, taki rodzaj prze­ma­zów. One opo­wie­dzą nam o szcze­gó­łach tego, jak roz­wija się postać, dla­czego jest taka, a nie inna. Dla mnie jest to efek­tem myśle­nia przez pew­nie parę lat »ani­ma­to­ro­wy­ch«, małymi rze­czami. Ten język powoli zaczyna mi się ukła­dać” – cier­pli­wie tłu­ma­czy.

Te repor­ter­skie pro­jekty, two­rzone prze­cież pod dużą pre­sją czasu i w nie­sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach, gdy ma się bar­dzo skromne moż­li­wo­ści kre­acji, są praw­dzi­wym labo­ra­to­rium Gon­dek. Poka­zują, że ogra­ni­cze­nia potra­fią kre­atyw­nie dzia­łać na wyobraź­nię i być świet­nym pre­tek­stem do poszu­ki­wań wła­snego języka wyrazu.musująca tabletka.png

kreska.jpg

KATARZYNA GONDEK
Absol­wentka poznań­skiego fil­mo­znaw­stwa, ukoń­czyła kurs doku­men­talny w Mistrzow­skiej Szkole Reży­se­rii Fil­mo­wej Andrzeja Wajdy. Pisarka, poetka i nie­za­leżna reży­serka fil­mowa. Autorka dwóch doku­men­tów o naj­więk­szej figu­rze JP2 na świe­cie – Naj­wyż­szego (2013) i Figury (2015), z którą została zapro­szona na Festi­wal Sun­dance. Mogłaby zostać twa­rzą poznań­skich femi­ni­stek, bo nakrę­ciła Bru­ise Bal­let (2014) – por­tret cha­ry­zma­tycz­nej zawo­do­wej tre­nerki boksu. Obec­nie pra­cuje nad Deer Boy – histo­rii o chłopcu, który przy­cho­dzi na świat w rodzi­nie myśli­wych z rogami na gło­wie.

MAREK S. BOCHNIARZ
Ur. w małej ojczyź­nie Róży Luk­sem­burg. Naiwny femi­ni­sta, obse­syjny fil­mo­oglą­dacz i czuły sady­sta. Niby robi jakiś dok­to­rat, ale woli nie­za­leż­nie dzien­ni­ka­rzyć i bie­żyć po festi­wa­lach. Chce zostać por­no­gra­fem. Póki co pró­buje kre­atyw­nie sto­so­wać wul­ga­ry­zmy w wypo­wie­dziach ze wszyst­kich reje­strów.

KAJETAN VON KAZANOWSKI
Ab­sol­went pro­jek­to­wa­nia ubio­ru, spę­dza­ją­cy wol­ne chwi­le ry­su­jąc przy kom­pu­te­rze. Pie­przo­ny es­te­ta, za­chwy­ca­ją­cy się każ­dym od­stęp­stwem od nor­my, oraz fa­na­tyk mu­zy­ki, wy­da­ją­cy ostat­ni grosz na ko­lej­ną pły­tę.

Ta strona korzysta z plików cookie.