DO GÓRY

 

fuss_eurobubble_kazanowski_cover.jpg

NUMER 18 (3) CZERWIEC 2016 | "HERA, KOKA, HASZ..."


EURO­BUB­BLE, CZYLI KEEP CALM AND NETWORK

KATARZYNA NOWACKA | KAJETAN VON KAZANOWSKY

W poszu­ki­wa­niu nar­ko­tyków mia­łam już zamiar ruszać na inter­ne­towy rese­arch do Azji, nosi­łam się bowiem z zamia­rem napi­sa­nia o betelu – raczej mało zna­nej w Euro­pie używce, która pla­suje się w top five tych najbar­dziej spo­ży­wa­nych na świe­cie. Nie trzeba było jed­nak tak daleko szu­kać, żeby zna­leźć rów­nie popu­larny nar­ko­tyk, który nie tra­fia do podob­nych zesta­wień – osta­tecz­nie zostaję więc na Sta­rym Kon­ty­nen­cie, żeby przyj­rzeć się innemu fascy­nu­ją­cemu nało­gowi: uza­leż­nie­niu od kariery zawo­do­wej. Zapra­szam na krótką wycieczkę do małego kraju, w któ­rym obec­nie rezy­duję – witaj­cie w Bel­gii, gdzie znaj­dzie­cie nie tylko piwo i cze­ko­ladę, ale rów­nież cen­trum dowo­dze­nia Unii Euro­pej­skiej.

Bruk­sela to dość spe­cy­ficzne miej­sce. Nie­wiel­kie mia­sto zalud­nione jest gęsto mię­dzy­na­ro­do­wym tłu­mem w gar­ni­turach i gar­son­kach – więk­szość to urzęd­nicy i pra­cow­nicy kor­po­ra­cji, co samo w sobie nie byłoby spe­cjal­nie zaska­ku­ją­cym śro­do­wi­skiem pracy. Róż­nica polega jed­nak na tym, że ta „kor­po­ra­cja” czę­sto nazywa się np. Komi­sja Euro­pej­ska, Par­la­ment Euro­pej­ski, NATO lub Euro­pej­ska Agen­cja ds. Cze­goś tam, a ele­gancko ubrani ludzie przed­sta­wią się nam jako policy offi­cers, lob­byi­sts, con­sul­tants, pro­gramme mana­gers albo wręcz rzucą luźno, że pra­cują dla – tutaj pada nazwi­sko wpły­wo­wego poli­tyka, komi­sa­rza albo dyrek­tora gene­ral­nego. Nigdy nie sły­sze­li­ście o tej oso­bie? To zna­czy, że nie zado­mo­wi­li­ście się jesz­cze w Euro­bańce!

fuss_eurobubble_kazanowski.jpg

WHA­T’S YOUR CAREER PATH?
Dla mnie to cią­gle nowe śro­do­wi­sko, bowiem w sto­licy Europy miesz­kam dopiero od 3 mie­sięcy, ale muszę przy­znać, że jestem już do niego przy­zwy­cza­jona. Główny trick polega na tym, żeby od pierw­szego dnia pobytu w Bel­gii wto­pić się w euro­kra­tyczne oto­cze­nie i zacho­wy­wać się, jakby było się tutaj od zawsze: z nie­za­ch­wianą pew­no­ścią sie­bie uczest­ni­czyć w spo­tka­niach bizne­so­wych, kon­fe­ren­cjach i ban­kie­tach, zwra­cać na sie­bie uwagę wyż­szych rangą urzęd­ni­ków i mana­ge­rów, sprze­da­wać swoje umie­jęt­no­ści oraz masko­wać i nadra­biać braki (pewna sie­bie mina i impro­wi­za­cja, ale rów­nież dłu­gie godziny googlo­wa­nia roz­ma­itych nazwisk, pro­gra­mów, dyrek­tyw etc.), prze­ma­wiać do mikro­fonu, kro­czyć po pucha­tym nie­bie­skim dywa­nie holen­der­skiej pre­zy­den­cji w Radzie Europy jakby ten leżał u nas w salo­nie od 10 lat i już nam zbrzy­dł… Wypada więc być naj­wyż­szej rangi spe­cja­li­stą (albo grać takiego), na któ­rym nic nie robi już wra­że­nia i który przede wszyst­kim może się pochwa­lić roz­le­głymi kon­tak­tami – listę wpły­wo­wych oso­bi­sto­ści ma w małym palcu i dąży do nawią­za­nia oso­bi­stych z nimi zna­jo­mo­ści. Jeśli pojawi się przy­pad­kiem ktoś nowy, ni­gdy nie wia­domo, czy i taka osoba nie przyda się w przy­szło­ści. Deli­kwenta należy zatem posta­wić w krzy­żo­wym ogniu pytań: prze­ska­no­wać jego karierę zawo­dową do kilku lat wstecz, dokład­nie wywie­dzieć się, jakie są jego moż­li­wo­ści i wpływy na obec­nym sta­no­wi­sku, oraz wyba­dać, jak rysują się jego plany. Nie zaszko­dzi też zdo­być infor­ma­cje, iloma języ­kami bie­gle się posłu­guje. Brzmi jak solidna dawka opo­wie­ści z czy­je­goś życia, prawda? Nic bar­dziej myl­nego – taki obu­stronny wywiad zdą­żymy zakoń­czyć, zanim dotrzemy do połowy pierw­szej lampki dar­mo­wego szam­pana. Żad­nych sen­ty­men­tów ani nie­po­trzeb­nych detali, kon­takty wymie­nione, a my, mię­dzy korecz­kiem a kra­ker­sem, ruszamy dalej!

O ile na spo­tka­niach zwią­za­nych z pracą taki agre­sywny networ­king jest jesz­cze jakoś wytłu­ma­czalny, to nie sądzę, żeby kie­dyś udało mi się zaak­cep­to­wać tę formę roz­mowy w sytu­acjach nie­for­mal­nych, po godzi­nach. Wybie­ram się na spo­tka­nie ze zna­jo­mymi – pią­tek wie­czo­rem, czy­jeś miesz­ka­nie (nie wypada mi już chyba powie­dzieć „domówka”?), dwa­dzie­ścia kilka osób, więk­szo­ści nie znam zbyt dobrze. Na pierw­szy rzut oka nor­mal­nie: spore ilo­ści piwa i wina, prze­ką­ski, gło­śna muzyka, opro­wa­dza­nie po miesz­ka­niu, żarty, wycieczka na bal­kon na papie­rosa itd. Wszystko gra do momentu, kiedy ktoś cał­kiem na poważ­nie zaczyna: „Jaka jest twoja ścieżka kariery?”. Zamu­ro­wuje mnie z butelką w dłoni, nie wiem wła­ści­wie, czy mam na poważ­nie na to pyta­nie odpo­wie­dzieć, czy może obró­cić się na pię­cie i poszu­kać jakie­goś zabaw­niej­szego towa­rzy­stwa. Albo w ogóle zabrać zgrzewkę piwa i zaszyć się w jakimś kącie, gdzie nikt nie będzie prze­świe­tlał mojego życio­rysu. Tro­chę się jesz­cze w tym kółeczku męczę i grzecz­nie kon­ty­nu­uję roz­mowę; wszy­scy z oży­wie­niem dopy­tują, ile każdy zna języ­ków obcych, jakie kto ma wykształ­ce­nie i co z pla­nami na przy­szłość. Gdzieś pomię­dzy nie­koń­czą­cymi się prze­chwał­kami, kto to już w jakiej agen­cji rzą­do­wej albo w jakim kraju nie pra­co­wał, zostaję jesz­cze z 5 razy zagad­nięta o tę nie­szczę­sną ścieżkę kariery (która, nota­bene, oczy­wi­ście nie ist­nieje), a pyta­nie wha­t’s your back­gro­und zacznie mi się pew­nie nie­długo śnić po nocach. To czy­sta wycena ryn­kowa: porów­nać się z innymi, żeby zoba­czyć, jak się pla­sujemy na tej gieł­dzie talen­tów, i rów­no­cze­śnie oce­nić, czy mogą nam się te nowe zna­jo­mo­ści przy­dać, teraz albo w przy­szło­ści. Nie tak wyobra­ża­łam sobie piąt­kowy wie­czór, ale wydaje się, że jestem jedną z nie­wielu osób, któ­rym to prze­szka­dza – więk­szość opę­tana jest demo­nem networ­kingu. Nawet 5 min prze­rwy mogłoby ozna­czać zaprze­pasz­cze­nie moż­li­wo­ści zawar­cia jakiejś cen­nej zna­jo­mo­ści albo utratę fasonu i złe sprze­da­nie swo­jego wize­runku.

Co cie­kawe, podobne sytu­acje zda­rzają się w jesz­cze mniej for­mal­nych oko­licz­no­ściach, vide: gra w bad­min­tona, którą co tydzień orga­ni­zuję ze zna­jomą z pracy (kole­żanka pocho­dzi z kraju X, skoń­czyła uni­wer­sy­tet Y, pra­co­wała wcze­śniej dla agen­cji Z, zna cztery języki, co sta­nowi raczej średni wynik… Oczy­wi­ście żar­tuję, cho­ciaż warto znowu pod­kre­ślić, że w 90% cał­kiem na poważ­nie wła­śnie takimi torami toczyłby się dalej ten temat). Ostat­nio na tre­ningu poja­wiły się dwie nowe osoby: przed­sta­wiw­szy się sobie, bez zbęd­nych cere­gieli odda­li­śmy się grze. Wszystko faj­nie, luźna atmos­fera, tro­chę już sobie pobie­ga­li­śmy za lotką, lekka zadyszka, więc lody prze­ła­mane, aż tu w cza­sie krót­kiej prze­rwy pod­cho­dzi do mnie jeden z nowych kole­gów i w mocno obce­sowy spo­sób pyta o moją pracę, histo­rię uni­wer­sy­tecką i zawo­dową oraz plany na przy­szłość. W tym momen­cie nie pamię­tam nawet jego imie­nia i kom­plet­nie nie inte­re­suje mnie tego typu roz­mowa – jestem bądź co bądź na tre­ningu, więc bar­dziej cie­kawi mnie wła­sny dres albo to, jak ktoś odbie­rze poda­nie, na co CV mło­dego euro­kraty chyba nie ma wiel­kiego wpływu. Obra­cam się jed­nak w śro­do­wi­sku, w któ­rym jest to powszech­nie przy­jęty sche­mat kon­wer­sa­cji zapo­znaw­czej. Z grub­sza więc coś tam o sobie mówię, mam­ro­czę ze dwa pyta­nia, żeby postę­po­wać według zasad i dać dru­giej oso­bie szansę opo­wie­dze­nia, jaki jest jej back­gro­und, po czym szybko ini­cjuję kolejną turę gry i celowo prze­ga­niam ludzi po całym boisku, żeby nie mieli już szans drę­czyć mnie roz­mową.

fuss_eurobubble_kazanowski2.jpg

NA PAPIE­RZE BAR­DZIEJ SIĘ LICZY
Kolej­nym ele­men­tem budo­wa­nia swo­jego wize­runku i osią­ga­nia lep­szych wyni­ków w networ­kingu są wizy­tówki. Mnie koja­rzą się one z uro­czą retro­modą albo z wiel­bią­cymi wszel­kie rodzaje papieru Japoń­czy­kami; pamię­tam też wizy­tów­kowy szał początku lat 90., zaraz po prze­mia­nach ustro­jo­wych, kiedy to rze­sze Pola­ków pootwie­rały swoje wła­sne mikro­bi­znesy, a każdy obo­wiąz­kowo dru­ko­wał sobie tony wizy­tó­wek i roz­da­wał je na prawo i lewo. Przy­po­mi­nam sobie nawet prze­lotną modę w pod­sta­wówce, gdy więk­szość dzie­cia­ków mogła pochwa­lić się wła­sną wizy­tówką (pew­nie z domo­wym nume­rem rodzi­ców na różo­wym albo nie­bie­skim tło­czo­nym papie­rze, bo raczej nie mie­li­śmy jesz­cze tele­fo­nów komór­ko­wych!). Tym­cza­sem oka­zuje się, że w niektó­rych krę­gach kul­tura wizy­tó­wek ma się cał­kiem dobrze i gro­ma­dzi coraz to nowych użyt­kow­ni­ków. Sta­ży­ści po cichu roz­dają kar­to­niki, na któ­rych napi­sane jest, że pra­cują w któ­rejś z insty­tu­cji unij­nych, cho­ciaż, oczy­wi­ście, jest to zabro­nione, nie są oni bowiem funk­cjo­na­riu­szami publicz­nymi ani nie repre­zen­tują orga­nów rzą­do­wych. Jeśli zapad­nie decy­zja, że nowy kon­takt jesz­cze kie­dyś nam się przyda, to prze­waż­nie odbywa się też tra­dy­cyjna wymiana kon­tak­tów na fej­siku, ale wia­domo, że wizy­tówka zrobi lep­sze wra­że­nie! To cie­kawe zresztą, jak kawa­łek papieru stał się bar­dziej pre­sti­żowy niż kon­takty inter­ne­towe – jesz­cze nie­całe 20 lat temu umie­ra­li­śmy z podnie­ca­nia mogąc wymie­nić ze sobą adresy poczty elek­tro­nicz­nej i wysy­łać maile, a teraz kiwamy głową z podzi­wem nad zaofe­ro­waną nam wizy­tówką!

Ważna rada: zadbaj­cie o to, aby na bie­żąco uzu­peł­niać swój zapas wizy­tó­wek. Kilka dni temu byłam świad­kiem sceny, kiedy to dwóch mło­dych męż­czyzn sto­ją­cych pośród więk­szej grupy ludzi zapra­gnęło wymie­nić się kon­tak­tami. Jeden z dumą obwie­ścił, że może zaofe­ro­wać swoją wizy­tówkę, co dru­giego lekko zawsty­dziło, ponie­waż sam fir­mo­wego kar­to­nika nie posia­dał. Sytu­acja szybko się jed­nak obró­ciła, ponie­waż, ku ucie­sze (oraz zło­śli­wej satys­fak­cji) wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych, pierw­szy z męż­czyzn się­gnął do wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki (rzecz odby­wała się zresztą na tra­wia­stym skwerku, ale przy networ­king drinks po pracy rów­nież obo­wią­zują biu­rowe stroje) po to tylko, by wycią­gnąw­szy srebrne etui na wizy­tówki, prze­ko­nać się, że jest ono cał­kiem puste. „Och, musia­łem naj­wi­docz­niej dać dzi­siaj komuś ostat­nią…” – tłu­ma­czy się cicho bie­dak.

CZY MOŻNA MIEĆ ZŁY DZIEŃ?
Po pracy i przy­naj­mniej jed­nej run­dzie networ­king drinks – tak, można po pro­stu zostać w domu i odwo­łać wszyst­kie plany, młode Euro-korpo musi być w końcu strasz­nie zmę­czone wyka­zy­wa­niem się w biu­rze, sie­dze­niem po godzi­nach, networ­kingiem w porze lun­chu i w ogóle dba­niem o wszyst­kie kon­takty oraz o odpo­wiedni roz­wój swo­jej kariery. Ale w wol­nym cza­sie rów­nież warto się tro­chę pomar­twić o przy­szłość i spę­dzać dłu­gie godziny przed kom­pu­te­rem szu­ka­jąc pracy. Wia­domo, każdy młody sta­ży­sta albo wyko­nawca krót­kiego kon­traktu chciałby się zacze­pić w Euro­bańce, a pół roku prak­tyk mija, zanim zdą­żymy się obej­rzeć.

I tak na przy­kład spo­tka­łam się kie­dyś z kole­żankami – umó­wi­ły­śmy się do kina – i jakoś wyszło w roz­mo­wie, że wszyst­kie mamy nie naj­lep­szy humor i tro­chę zmar­no­wa­ły­śmy dzień. Pomy­śla­łam, że może to nie­ko­rzystna aura czy coś, róż­nie prze­cież bywa, i tro­chę mi się zro­biło lżej, po tym jak sobie chwilę pona­rze­ka­ły­śmy. Szybko oka­zało się jed­nak, że wszyst­kie co do jed­nej zgro­ma­dzone tam osoby (oprócz mnie oczy­wi­ście!) mar­twiły się o swoją karierę, a zły nastrój oraz poczu­cie stra­co­nego dnia wyni­kało z tego, że dziew­czyny nie powy­sy­łały tego dnia ani jed­nego poda­nia o pracę. Jasne, rozu­miem, że to istotna sprawa, każ­dego cza­sami nacho­dzą wyrzuty sumie­nia wobec nie­pro­duk­tyw­nie spę­dzo­nego dnia, ale czy rze­czy­wi­ście praca nad roz­wo­jem swo­jej kariery to jedyny moż­liwy temat roz­mowy nawet w week­end? Tak czy siak mogłam sobie scho­wać swój zły humor do kie­szeni, w końcu nie miał on związku z (nie)apli­ko­wa­niem o pracę, także nie ma o czym gadać, prawda?

I jesz­cze jedna zasada: nie narze­kamy na pracę. Nawet jeśli jeste­śmy naj­niż­szym rangą sta­ży­stą, który mar­nie zara­bia i zaj­muje się jakąś super­nudną admi­ni­stra­cją, to nasza praca jest cie­kawa, inspi­ru­jąca, ma wiel­kie zna­cze­nie lokalne, glo­balne i w ogóle każde; spo­tka­nia i kon­fe­ren­cje tyle wno­szą do naszego życia, a Head of Sec­tor, Head of Unit, Direc­tor Gene­ral, MEP czy w ogóle co drugi napo­tkany czło­wiek zaraża nas poczu­ciem misji i moty­wa­cją. A przy­naj­mniej tak należy wszyst­kim opo­wia­dać, nawet z bólem głowy, po dwu­na­stej godzi­nie pracy przez kom­pu­te­rem i po otrzy­ma­niu wia­domości o kolej­nym nie­za­ak­cep­to­wa­nym pro­jek­cie. No i jesz­cze nie można zapo­mnieć o mediach spo­łecz­no­ścio­wych – tam też wrzu­camy inte­re­su­jące poli­tyczne i spo­łeczne tre­ści, dzie­limy się swoją inspi­ra­cją i moty­wa­cją; jak humor, to wyra­fi­no­wany, a jak zdję­cia, to w dobrym gar­ni­tu­rze (dres ujdzie w przy­padku pozo­wa­nia z afry­kań­skimi dziećmi albo rato­wa­nia zwie­rząt i lasów). Wszystko musi być pod kon­trolą, bo jedno to opo­wia­dać o swo­jej pracy, a dru­gie, że nasze nowe kon­takty prę­dzej czy póź­niej nas spraw­dzą!

fuss_eurobubble_kazanowski3.jpgYOUNG AND (DIS)CON­NEC­TED
Wielu sta­ży­stów insty­tu­cji unij­nych jest w moim wieku, czyli ma około 26 lat – aku­rat zdą­żyli zro­bić magi­stra i zdo­być sporo mię­dzynarodowego doświad­cze­nia na roz­ma­itych wymia­nach i prak­tykach, znają mini­mum 4 języki – takie CV ma szansę tele­por­to­wać nas w sam śro­dek Euro­bańki, choć nie­któ­rzy muszę pra­co­wać na to dłu­żej i ponad 30-letni sta­ży­ści rów­nież nie należą do rzad­ko­ści. Najbar­dziej zasta­na­wiam się jed­nak nad tymi naj­młod­szymi, bo tra­fia tutaj także znaczna grupa 22-lat­ków. Czy to nie odro­binę za wcze­śnie na taki eks­tre­malny zwrot w stronę kariery? Oczy­wi­ście, nic nie może się rów­nać z tak fascy­nu­ją­cym doświad­cze­niem zawo­do­wym, jakim jest wylą­do­wa­nie w admi­ni­stra­cyj­nym i poli­tycz­nym sercu Europy. Tyle, że cały ten styl życia bar­dzo wpływa na czło­wieka, zmie­nia jego przy­zwy­cza­je­nia, aspi­ra­cje, wyobra­że­nia o zawo­do­wym świe­cie. Do jakiego stop­nia dla takich mło­dych ludzi będzie to „pra­nie mózgu”? Czy będą w sta­nie wró­cić na stu­dia magi­ster­skie do swo­jego albo jakie­goś innego kraju i żyć dalej „nor­mal­nie”, czy wszy­scy pozo­staną owład­nięci korpo-euro­kra­tycz­nymi ambi­cjami? Nie chcę dra­ma­ty­zo­wać czy roz­snu­wać kata­stro­ficz­nych wizji – zasta­na­wiam się po pro­stu, czy mło­dzież nie powinna być mło­dzieżą tro­chę dłu­żej, zanim wbije się w gar­ni­tur, wydru­kuje wizy­tówki i zacznie lob­bo­wać na bruk­sel­skich salo­nach.

Z dru­giej strony, mło­dzi ludzie – mam na myśli takich kilka lat młod­szych ode mnie – wydają się rewe­la­cyj­nie przy­go­to­wani do wej­ścia w ten pro­fe­sjo­nalny świat. Mają zapro­jek­to­wane fachowe CV i listy moty­wa­cyjne, jesz­cze będąc w szkole zaczy­nają robić war­to­ściowe (przy­naj­mniej na papie­rze) prak­tyki, po mistrzow­sku posłu­gują się mediami spo­łecz­no­ścio­wymi, są świetni w nawią­zy­wa­niu kon­tak­tów. Mia­łam oka­zję się temu tro­chę poprzy­glą­dać na przy­kładzie 19-latka z Fran­cji, który prze­lot­nie prze­wi­nął się przez moje biuro jako aty­pi­cal sta­igia­ire. Chło­pak mówi cał­kiem nie­źle po angiel­sku (pra­cując w mię­dzy­na­ro­do­wym śro­do­wi­sku spo­koj­nie już nie­długo pozbę­dzie się fran­cu­skiego akcentu, który nawet teraz nie jest silny), spę­dził już rok w Sta­nach (gdzie przez chwilę był gwiazdą Twit­tera przy oka­zji jakie­goś wyda­rze­nia spor­to­wego), robił prak­tyki we fran­cu­skiej tele­wi­zji i gdzieś tam jesz­cze, a teraz w ramach stażu obo­wiąz­ko­wego na pierw­szym roku stu­diów zaha­czył o Komi­sję Euro­pej­ską. Na Lin­ke­dI­nie ma 3-krot­nie wię­cej kon­tak­tów niż ja i dużo bar­dziej roz­bu­do­wane opisy „sta­nowisk”, które zaj­mo­wał, a nie­dawno opra­co­wał sobie fajny Euro­pass[1] (któ­rego ja jesz­cze, rzecz jasna, nie mam i o któ­rego ist­nie­niu dowie­dzia­łam się dopiero jakiś mie­siąc temu). Nie chcę zgry­wać tutaj sta­ruszki, ale oczy­wi­stym jest, że ludzie uro­dzeni, powiedzmy, po 1995 roku ina­czej uży­wają narzę­dzi typu Face­book, Twit­ter czy Lin­ke­dIn, bo prak­tycz­nie z nimi dora­stali; inna będzie też ich świa­domość roz­wi­ja­nia swo­jej kariery zawo­do­wej, zdo­by­wa­nia doświad­cze­nia i budo­wa­nia CV. Pew­nie jesz­cze będąc w szkole wyjadą na zagra­niczne prak­tyki, a osta­tecz­nie tra­fią na pro­fe­sjo­nalny rynek zawo­dowy dużo wcze­śniej niż ja i moi rówie­śnicy. Prę­dzej dostaną się więc rów­nież do Euro­bańki.

I cho­ciaż postaje pyta­nie, komu na ile ten zawo­dowy wyścig się udzieli, a temat kariery wydaje się prak­tycz­nie nie do obej­ścia, mam pew­nego kolegę, z któ­rym o pracy nie roz­ma­wiam. Pozna­li­śmy się zaraz na początku mojego pobytu w Bruk­seli, kom­plet­nie przy­pad­kowo. On mieszka tutaj dłu­żej, a więc jest zorien­to­wany w realiach życia sta­ży­stów oraz zna euro­pej­skie śro­do­wi­sko, cho­ciaż sam pra­cuje w jakimś innym sek­to­rze. Jakimś? Tak, jakimś! Umó­wi­li­śmy się, że nie będziemy się wza­jem­nie o takie rze­czy pytać i zacho­wa­li­śmy w tajem­nicy, w jakiej branży i na jakim sta­no­wi­sku każde z nas pra­cuje. To działa!

Z wnę­trza Euro­bańki rapor­to­wa­łam ja, czyli Blue Book Tra­inee w Komi­sji Euro­pej­skiej. Roz­da­ła­bym na koniec wizy­tówki, ale nie dość, że nie stać mnie na ich wydru­ko­wa­nie, to i tak nie wie­dzia­ła­bym, co na nich napi­sać.musująca tabletka.png


[1] Jest to zestaw pię­ciu doku­men­tów pozwa­la­ją­cych zapre­zen­to­wać umie­jęt­no­ści i kwa­li­fi­ka­cje w spo­sób jasny i zro­zu­miały w całej Euro­pie.
Dwa doku­menty są ogól­no­do­stępne dla oby­wa­teli euro­pej­skich i można wypeł­nić je samo­dziel­nie:
Cur­ri­cu­lum Vitae pomaga zapre­zen­to­wać posia­dane umie­jęt­no­ści i kwa­li­fi­ka­cje w spo­sób jasny i efek­tywny. […]
Pasz­port Języ­kowy jest narzę­dziem samo­oceny umie­jęt­no­ści i kwa­li­fi­ka­cji języ­ko­wych. […]
Pozo­stałe trzy doku­menty wyda­wane są przez insty­tu­cje edu­ka­cyjne i szko­le­niowe:
Euro­pass - mobil­ność zawiera infor­ma­cje na temat wie­dzy i kwa­li­fi­ka­cji naby­tych w innym kraju euro­pej­skim.
Suple­ment do Dyplomu Potwier­dza­ją­cego Kwa­li­fi­ka­cje Zawo­dowe zawiera infor­ma­cje na temat wie­dzy i kwa­li­fi­ka­cji naby­tych przez posia­da­cza dyplomu ukoń­cze­nia kształ­ce­nia zawo­do­wego. […]
Suple­ment do Dyplomu zawiera infor­ma­cje na temat wie­dzy i kwa­li­fi­ka­cji naby­tych przez posia­da­cza dyplomu ukoń­cze­nia stu­diów wyż­szych. [cyt. za: http://europass.cedefop.europa.eu/pl/about]

kreska.jpg

KATARZYNA NOWACKA
Krakuska, miastofilka, miłośniczka morza i żyraf, absolwentka filmoznawstwa. Interesuje się kulturą, podróżami i sportem. Ma słomiany zapał, ale dzięki temu ciągle się czegoś uczy.

KAJETAN VON KAZANOWSKI
Ab­sol­went pro­jek­to­wa­nia ubio­ru, spę­dza­ją­cy wol­ne chwi­le ry­su­jąc przy kom­pu­te­rze. Pie­przo­ny es­te­ta, za­chwy­ca­ją­cy się każ­dym od­stęp­stwem od nor­my, oraz fa­na­tyk mu­zy­ki, wy­da­ją­cy ostat­ni grosz na ko­lej­ną pły­tę.

Ta strona korzysta z plików cookie.