DO GÓRY

 

fuss_indianie_gawron_cover.jpg

NUMER 19 (4) SIERPIEŃ 2016 | "BIG CITY LIFE"


"HOWGH!" Z KANADY

KATARZYNA JEZIORSKA | MATEUSZ GAWRON

Wstyd się przy­znać, że przed emi­gra­cją cała moja wie­dza o rdzen­nych miesz­kań­cach Kanady ogra­ni­czała się do mgli­stych wyobra­żeń czer­wo­no­skó­rych, poważ­nych twa­rzy i sze­lesz­czą­cych pió­ro­pu­szy. Prze­cież wiem, jak wygląda India­nin – w książ­kach napi­sali, westerny się oglą­dało, znaki dymne, tipi, toma­hawki i w ogóle. Cepe­lia from Kanada i drżyj­cie blade twa­rze.

Teraz wiem wię­cej. Wciąż nie­wiele. Kilka wyrwa­nych z szer­szego kon­tek­stu infor­ma­cji, parę postron­nych i obar­czo­nych subiek­tyw­nym odczu­ciem obser­wa­cji na ulicy, coś tam, co star­szy syn od czasu do czasu napo­mknie po lek­cji social stu­dies. Nic szcze­gól­nego. Raz byli­śmy w Muzeum Antro­po­lo­gicz­nym na tere­nie Uni­wer­sy­tetu Kolum­bii Bry­tyj­skiej, ale jak to z dziećmi bywa, prze­mknę­li­śmy po kory­ta­rzach, kątem oka zer­ka­jąc na wystawy.

Wie­dza marna, igno­ran­cja totalna. A prze­cież miesz­kam teraz w ich kraju, na ich ziemi. Nazwa „Canada” pocho­dzi z ich języka – kanata to wio­ska­/sie­dziba w mowie ple­mion zamiesz­ku­ją­cych oko­lice Rzeki Świę­tego Waw­rzyńca. Patrzę na te same góry, na które oni patrzyli, czuję ten sam wiatr od Pacy­fiku. A nie znam ich wcale.

W Kana­dzie rdzenni miesz­kańcy – na któ­rych mówi się Abo­ri­gi­nal Peoples lub Indi­ge­nous Peoples – sta­no­wią około 4% popu­la­cji kraju. Czyli nie­wiele. Kana­dyj­ska kon­sty­tu­cja uznaje 3 grupy rdzen­nych miesz­kań­ców. Pierw­sza z nazwy to First Nations. To o nich napi­sano książki, nakrę­cono filmy i opo­wia­dano dzie­ciom histo­rie – to są India­nie, cho­ciaż „Indians” to okre­śle­nie potoczne, nie używa się go w sytu­acjach i doku­men­tach urzę­do­wych. Póź­niej mamy Mety­sów (Métis), potom­ków Indian i pierw­szych euro­pej­skich osad­ni­ków, oraz Inu­itów (Inuit), czyli miesz­kań­ców ark­tycz­nych rejo­nów Kanady.

Pierwsi Euro­pej­czycy przy­byli do wschod­niej Kanady na początku XVII wieku i zaczęli han­dlo­wać z tubyl­cami. Na han­dlu się nie skoń­czyło. Kolo­ni­za­to­rzy zaczęli zagar­niać dla sie­bie coraz wię­cej bogactw natu­ral­nych i ziemi, zmu­sza­jąc Abo­ri­gi­nal Peoples do zamiesz­ka­nia w rezer­wa­tach. Nie­ła­twe sto­sunki mię­dzy osad­ni­kami a miesz­kań­cami pró­bo­wał (nie­udol­nie) ure­gu­lo­wać rząd kana­dyj­ski, który w 1876 roku wydał Indian Act, zachę­ca­jąc, a wła­ści­wie naka­zu­jąc, żeby tubylcy porzu­cili swoje zwy­czaje i sta­rali się zasy­mi­lo­wać z przy­by­łymi z Europy osad­ni­kami. Na mocy tego aktu praw­nego roz­wi­nęła się sieć tzw. resi­den­tial scho­ols, szkół z inter­na­tem zało­żo­nych przez bia­łych osad­ni­ków celem naucze­nia rdzen­nych miesz­kań­ców Ame­ryki, czym jest praw­dziwa cywi­li­za­cja. Rdzenna kul­tura kana­dyj­ska opie­rała się na prze­ka­zie ust­nym (oral history). Nie­stety, dla Euro­pej­czy­ków tra­dy­cja nie­spi­sana w księ­gach była mniej warta, uznano ją za pry­mi­tywną. Dla­tego też tysiące dzieci zostało ode­bra­nych rodzi­com i umiesz­czo­nych w szko­łach, gdzie miały nauczyć się euro­pej­skiego – lep­szego – postrze­ga­nia świata.

Ten sys­tem edu­ka­cyjny funk­cjo­no­wał w Kana­dzie aż do 1996. Spe­cjalna komi­sja rewi­zyjna wio­sną 2015 podzie­liła się rezul­ta­tem swo­ich badań. Doli­czyli się 150 tysięcy dzieci, które uczyły się w tych szko­łach. Ogromna, przy­tła­cza­jąca liczba. Dzieci, które dzi­siaj są doro­słymi nie­ra­dzą­cymi sobie ze swoją prze­szło­ścią i teraź­niej­szo­ścią. Powoli prze­ła­mują mil­cze­nie, doma­gają się wyja­śnień i zado­śćuczy­nie­nia. W szko­łach rezy­den­cjal­nych dopusz­czano się wielu podłych rze­czy wobec indiań­skich dzieci: nie wolno było mówić w języku ple­mie­nia, reli­gia i prak­tyki reli­gijne inne niż chrze­ści­jań­skie nie miały prawa bytu, część dzieci wyste­ry­li­zo­wano i dopusz­czano się wobec nich nad­użyć na tle sek­su­al­nym.

Reper­ku­sje na tle raso­wym przy­bie­rają nawet współ­cze­śnie formy bar­dzo opre­syjne. W naszym com­mu­nity cen­tre wisi tablica „Mis­sing Abo­ri­gi­nal Woman”. Jest o zagi­nio­nych i zamor­do­wa­nych auto­chto­nicz­nych kobie­tach, któ­rych ginie pra­wie 5 razy wię­cej niż innych Kana­dy­jek. Dla­czego? Nikt nie potrafi do końca wytłu­ma­czyć powo­dów prze­mocy, a śledz­twa kana­dyj­skiej poli­cji nie dają peł­nego obrazu tego, jak wygląda codzienne życie rdzen­nych miesz­kań­ców, ich codzienne wybory, które dla ponad 1000 kobiet skoń­czyły się tra­gicz­nie. Niek­tó­rzy winią nar­ko­tyki, inni kon­tekst spo­łeczny.


fuss_indianie_gawron.jpg

Zda­niem Abo­ri­gi­nal People ani kon­sty­tu­cja, ani Indian Act, ani tym bar­dziej nie­sku­teczne dzia­ła­nia rządu nie służą ochro­nie inte­re­sów rdzen­nych miesz­kań­ców Kanady. Mimo że na pierw­szy rzut oka wydaje się, że tubylcy nie powinni narze­kać. Mają szer­sze upraw­nie­nia niż „zwy­kli” Kana­dyj­czycy – nie płacą podat­ków, stu­diują za darmo (kre­dyt na naukę na uczelni wyż­szej to pokaźny dług, z któ­rym absol­wenci zaczy­nają swoje doro­słe życie), a w niektó­rych zakła­dach pracy mają prio­ry­tet pod­czas zatrud­nie­nia.

Mam wra­że­nie, że mia­sto im nie służy. Dla­tego szanse wpad­nię­cia na India­nina w Van­co­uver są nie­wiel­kie, mimo że nie wszy­scy miesz­kają w rezer­wa­tach. Ale jak się już wpada na India­nina, naj­czę­ściej prze­cho­dzi się na drugą stronę ulicy.

Tak, wiem, jak to brzmi. Wygląda jesz­cze gorzej. Ale tak wła­śnie jest i żadne zakli­na­nie rze­czy­wi­sto­ści tego nie zmieni. Czę­sto bywają zanie­dbani, gło­śni, zma­gają się z oty­ło­ścią, spra­wiają wra­że­nie nie­za­rad­nych. Wyglą­dają na ludzi, któ­rym się w życiu nie udało. W niczym nie przy­po­mi­nają Indian z ksią­żek Karola Maya, ale nie to mnie smuci. W Kana­dzie nie poru­sza się tego tematu, cho­dzi się koło niego z nadzieją, że nikt nic nie powie. India­nie są więc nie­wi­doczni.

Z rzadka sły­szy się o nich pod­czas pro­te­stów czy gorą­cych dys­ku­sji, kiedy przedmio­tem sporu staje się rzeka, zie­mia, tama. Sły­szy się o nich czę­ściej pod­czas uro­czy­sto­ści, kiedy sta­no­wią atrak­cję tury­styczną, bo prze­cież to wszystko takie kolo­rowe i piękne.

Wio­sną zeszłego roku byli­śmy na poka­zie tanecz­nym w Muzeum Antro­po­lo­gicz­nym. Zach­wy­ci­li­śmy się wido­kiem tań­czą­cych, sta­ran­no­ścią, z jaką wyko­nane są ich stroje i rekwi­zyty. Ale to w muzeum. Na ulicy wolimy nie oglą­dać Abo­ri­gi­nal Peoples.

Z ksią­żek o India­nach wyła­nia się obraz dum­nego, odważ­nego i chcą­cego sta­no­wić samemu o sobie narodu. Dzi­siaj są jed­nak mocno potur­bo­wani. Na siłę dopa­so­wy­wani do stan­dar­dów euro­pej­skich, zostali pozba­wieni cią­gło­ści histo­rycz­nej, spo­łecz­nej i emo­cjo­nal­nej. Dzi­siaj India­nie kana­dyj­scy, mimo że byli tutaj od zawsze, zma­gają się czę­sto z wyzwa­niami więk­szymi niż nowo przy­byli.

Histo­rii nie da się tak łatwo odkrę­cić. Nie wystar­czy powie­dzieć „prze­pra­szam”. Mleko się roz­lało i zapa­szek cią­gnie się przez lata.

O dzi­siej­szych India­nach nikt nie napi­sze pory­wa­ją­cych ksią­żek, nie nakręci bra­wu­ro­wych fil­mów akcji. Żyją „gor­szym” życiem, mimo uła­twień nie­do­stęp­nych innym Kana­dyj­czy­kom. To, jak obe­szła się z nimi histo­ria pisana ręką bia­łego czło­wieka, z pew­no­ścią wpły­nęło na ich teraź­niej­szość. Dzi­siaj są nie­przy­sto­so­wani, nie pasują do wize­runku mia­sta sta­wia­ją­cego na mło­dych, wyspor­to­wa­nych, zarad­nych i ener­gicz­nych.

Szkoły rezy­den­cjalne czy ponad 34 nie­roz­wią­zane przy­padki zagi­nio­nych indiań­skich kobiet to sprawy, o któ­rych czy­tamy w gaze­tach. To news, dobry, bo ludzie prze­czytają. Jest agre­sja, tajem­ni­cza histo­ria, nie­roz­wią­zana zagadka. Temat ide­alny dla mediów.

A życie mia­sta toczy się dalej.musująca tabletka.png

kreska.jpg

KASIA JEZIORSKA
Zupeł­nie zwy­kła trzy­dzie­sto­kil­ku­latka. Z wykształ­ce­nia filo­log węgier­ski, z zawodu pra­cow­nik kor­po­ra­cyjny. Od 2014 z mężem i dwoma synami mieszka w Van­co­uver, pisząc o swo­ich doświad­cze­niach na blogu: kana­da­sie­nada.pl.

MATEUSZ GAWRON
Od rysunku archi­tek­to­nicz­nego na Wydziale Archi­tek­tury Poli­tech­niki War­szaw­skiej roz­po­czął swoją drogę przez przez zawi­ło­ści ilu­stra­cji i gra­fiki. W swoich ilu­stra­cjach stara się odna­leźć per­fek­cyjną kre­skę oraz to, co naprawdę ładne. Jego prace zna­leźć można w róż­no­ra­kich gaze­tach, na kilku blo­gach oraz jak na razie w jed­nej książce.

Ta strona korzysta z plików cookie.