DO GÓRY

 

Fuss_DWA_KONCE_grzybowska_cover.jpg

NUMER 23 (3) CZERWIEC 2017 | "FEEL THE RHYTHM"


KAŻDY DREAM JOB MA DWA KOŃCE

KAROLINA GUZOWSKA | BASIA GRZYBOWSKA

Należę do grupy tych szczęśliwców, których pracą jest podróżowanie. Mam selfie ze szczytu wieżowca w Nowym Jorku, z czubka wulkanu na Kanarach, jak surfuję w RPA, z kobietą z plemienia Himba w Namibii albo jak skaczę na najwyższym bungee na świecie. Przeżyłam malarię w Afryce, „stłuczkę” samolotową w Anglii, zgubienie karty kredytowej i wszystkich pieniędzy w Malezji i na parę dni straciłam czucie w palcach u stóp podczas wycieczki na koło podbiegunowe. Będzie co opowiadać wnukom na starość. Bajka, prawda?

Podróżowanie stało się ostatnio niezwykle popularne. Takie „brudne”, z plecakiem, a już najlepiej do miejsc, których nazwy połowa naszych znajomych nie potrafi wymówić, a druga połowa wskazać ich na mapie. Nikomu już nie zaimponujemy wakacjami „last minute” w pięciogwiazdkowym hotelu. Wymarzoną pracą wszystkich stało się cokolwiek, co pozwoli nam zarabiać podróżując. Mnożą się setki lajków pod zdjęciami mniej lub bardziej opalonych uśmiechniętych twarzy na zdjęciach z egzotycznych miejsc z hashtagiem #officeoftheday na Instagramie. Posypią się komentarze od zahipnotyzowanych followersów, którzy chcieliby „mieć tak jak ty”. Prawda jest jednak inna: niewielu zdaje sobie sprawę, z jakimi wyrzeczeniami wiąże się życie w drodze i jak ciężko zmotywować się do pracy, kiedy znajdujesz się na tropikalnej wyspie, gdzie temperatura przekracza 30°C. “Office” to tak naprawdę bajzel targany na własnym, ciągle rosnącym pod ciężarem plecaka garbie. I z tym chaosem zapakowanym w worek przytwierdzony ponad swoimi szanownymi czterema literami tuła się taki robotny podróżnik przez różne kontynenty, tęskniąc za maminymi pierogami. Nie mówi się głośno o tym, że jednego dnia pluskasz się w bikini i łapiesz piękny brąz, sącząc wodę z kokosa, której w zasadzie nikt nie lubi, ale wygląda dobrze na zdjęciach, a drugiego dnia lecisz już gdzieś, gdzie temperatura spada grubo poniżej zera, a twoje ciało stwierdza, że jesteś absolutnie nienormalny i ono w takie gierki w ogóle nie będzie się bawić. Ostentacyjnie zaczyna protestować i lądujesz w łóżku, znowu marząc o maminych pierogach. I nikt cię nie pyta, czy masz ochotę jechać tam, gdzie akurat masz się znaleźć. Dostajesz email z biletem lotniczym i pakujesz manatki. Ach, no i nie wspomniałam jeszcze, że przecież często w tym naszym biurze nie ma zasięgu, nie mówiąc już o jakimkolwiek nowobogackim internecie, bo wysłano nas tam, gdzie kończy się świat i tylko smoki z dinozaurami grają w berka. A ty nie tylko nie możesz zadzwonić do mamy, ale przecież miałeś też klasyczny deadline na przedwczoraj. I bądź tu człowieku mądry, spokojny, zrównoważony i okiełznaj ten cały cyrk na kółkach z uśmiechem na twarzy, bo przecież każdy dałby się pokroić za twoją pracę, więc nie wypada, broń Boże, narzekać.

I tę bajkę widzą wszyscy moi znajomi, bliscy i ci, którzy przypadkowo trafili na mnie w sieci. To, czego jednak nie widać, to ja siedząca z zupką chińską na moim hostelowym łóżku i oglądająca Netfliksa, ponieważ ta oto zupka i to hostelowe łóżko są jedynymi rzeczami, na które mnie stać w tym jakże pięknym, a jednak niemiłosiernie drogim kraju. Nie widać jeszcze, jak modlę się o rychłą śmierć, przyklejona do cuchnącego sedesu gdzieś w sercu Tajlandii po zjedzeniu czegoś, co zupełnie nie spodobało się mojemu żołądkowi. Nie zapominajmy o tej ja, która po raz kolejny przychodzi sama na ślub kogoś z rodziny lub przyjaciół chyba już tylko po to, żeby usłyszeć: „A Ty znowu sama? Kolejny nie wytrzymał tempa?” No i jeszcze ta ja, która stoi w przymierzalni przed kolejnym dylematem natury czysto praktycznej - czy ta koszulka aby na pewno jest mi niezbędna do przetrwania, czy sprawdzi się w takich a takich warunkach, ile ona może ważyć i najważniejsze: czy zmieści się w moim i tak już naładowanym plecaku? Bo to jest jeszcze ta ja, która absolutnie wszystko, co posiada, ma albo na plecach, albo spakowane w 3 kartonowe pudełka zalegające w piwnicy swojej cierpliwej siostry.

Fuss_DWA_KONCE_grzybowska.jpg

Bo po co mi coś, czego nie mogę zabrać ze sobą w drogę? Nie posiadam również kota, choć bardzo bym chciała, męża, mieszkania, kompletu winyli i ulubionych książek. Nie mam również półki, na której mogłabym porozstawiać pamiątki z podróży, których zresztą też nie mam, bo jaki sens byłby w kupowaniu pamiątek, skoro nie mam półki? Nie mam regularnego kontaktu z rodziną ani psiapsiółami ze studiów i nie wiem, kto z kim akurat i dlaczego, bo już dawno straciłam rachubę, nigdy nie będąc na miejscu. Nie wiem, co akurat jest na topie, gdzie się chodzi, a gdzie bywa, co jest akurat trendy. Zdarza mi się niechlubnie omijać święta i łamać się opłatkiem przez Skype’a, co nigdy żadnej ze stron nie sprawia przyjemności. Mam za to zdjęcia, które pomagają mi zapamiętać to, gdzie byłam i co robiłam. Te uśmiechnięte z Instagrama i te z samotnych świąt. Mam również przyjaciół − problem polega na tym, że są oni dosyć mocno porozrzucani po świecie. Może to być plusem, bo jeżeli akurat przydarzy się jedna z tych cholernie samotnych nocy w podróży, a twój przyjaciel w Polsce śpi i nie może wyruszyć z misją ratunkową na Skype’a, to przyjaciółka z Brazylii z pewnością odbierze. Ona też doskonale wie, że to całe zarabianie w podróży często wiąże się z nieprzespanymi nocami na lotniskowych krzesełkach, bo akurat najtańsze połączenie miało 20-godzinną przesiadkę w Brukseli, ale nie na głównym lotnisku, na którym możesz dostać latte na mleku ze świeżo wydojonych migdałów i przegryźć je bagietką z zupełnie francuskiej kawiarni, lecz na tym, gdzie nie uświadczysz nic poza plastikowymi siedzeniami i automatem z kondomami i coca-colą. Większość moich znajomych tuła się po świecie i wszystko, co uda im się zarobić, wydaje na najpotężniejsze ze znanych mi dragów – bilety lotnicze.

I tak oto, proszę Państwa, opada kurtyna. Mój zawód trudno jest opisać. Powiedzmy, że pomagam ludziom podróżować i płacą mi za organizowanie przygód. Dalekie jest to od bycia przewodnikiem wycieczek, bo nie mam zielonego pojęcia, w którym roku i kto postawił Pałac Buckingham, ale wiem, gdzie zjeść najlepszego sznycla w Wiedniu i jak przekupić włoskiego strażnika, żeby wpuścił cię do opuszczonego tunelu kolejki, który prowadzi na sekretną plażę nudystów w Cinque Terre. Spotykam ludzi w umówionym miejscu na stacjach albo w kawiarniach i porywam ich na przygodę. Bez obaw, wszystko, co robię jest mniej więcej legalne i nikt do tej pory na mojej warcie nie zginął. Ta planeta zwana Ziemią to mój plac zabaw i mam to szczęście, że mogę dzielić się tą frajdą z innymi.

Kije mimo wszystko mają dwa końce, nie wszystkie złota się świecą, a trawa zawsze będzie bardziej zielona na trawniku sąsiada. Mimo że nie mam stałego adresu zamieszkania, kota, perspektywy jakiejkolwiek emerytury czy stabilizacji związanej z posiadaniem karnetu na siłownię, to szczerzę się do zdjęć z nieukrywaną satysfakcją, że jestem w moim życiu tam, gdzie jestem, i na żadne inne nigdy bym się nie zamieniła. Każdego dnia budzę się wdzięczna za możliwość przeżywania tych wszystkich przygód w tak różnych zakątkach Ziemi, choć ceną tego jest stabilizacja. Zawsze istnieje druga strona medalu, ale w pewnym momencie musiałam sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest dla mnie ważne, a co ważniejsze. Dlatego teraz lecę przepakować walizkę, bo kolejny bilet jest już od dawna zabukowany, a paszport sam się pieczątkami nie zapełni.musująca tabletka.png

kreska.jpg

KAROLINA GUZOWSKA
Niedorzeczna optymistka,która z wyrafinowaniem robi w swoim wielkim, soczystym życiu to co jej sie podoba. Uwielbia przejadać się vegańskim żarciem I zawsze zostaje w aucie żeby wysłuchać ukochany kawalek do końca..

BASIA GRZYBOWSKA
Absol­wentka ASP w Kato­wi­cach. Od dwóch lat mieszka i two­rzy ilu­stra­cje w Bra­zy­lii. Wysta­wiała swoje prace indy­wi­du­al­nie oraz na eks­po­zy­cjach zbio­ro­wych i festi­wa­lach mię­dzy­na­ro­do­wych (m.in. w Lon­dy­nie, São Paulo, Wied­niu i w Kato­wi­cach). Jej ilu­stra­cje to podróż pomię­dzy kolo­rami, kształ­tami i rado­ścią. Kocha kawę, baj­gle i beagle. Wie­cej o niej w jej ilu­stra­cjach: basia­il­lu­stra­tion.com (nie­po­trzebne skre­ślić).


Ta strona korzysta z plików cookie.