
NUMER 18 (3) CZERWIEC 2016 | "HERA, KOKA, HASZ..."
I
Działo się to w jednym z tych upalnych państw, które notorycznie zmieniają zdanie.
Szyba była czysta. Dziewczynka patrzyła raz na odbicie swojej twarzy, raz na sunące ulicą jak stare żółwie czołgi. W drugim pokoju rodzice szeptali nerwowo. Mundur za mundurem, za karabinem lśniący karabin. Z oddali żołnierze wyglądali jak mężowie dla jej lalek, z których już wyrosła, tylko zmyślone imiona w pamięci pozostały. Gdyby była chłopcem, pewnie na dłużej zawiesiłaby wzrok na maszerującym groźnie wojsku, ale wolała patrzeć na własne odbicie w szybie. Autorewers czarnego magnetofonu Grundig, który dostała od ojca na trzynaste urodziny, z chrzęstem przeoczonego chrabąszcza zmieniał stronę jej ulubionej kasety – Dangerous. Ją z kolei dostała od przyjaciela z klasy. Uwielbiała jej słuchać. Słuchać i marzyć. Tak, on na pewno w tej chwili wolałby oglądać wojsko, pomyślała.
Po niebie, jak echo ulicy, odbywał się marsz chmur. Pamiętała, jak podczas ostatniego przewrotu zostali ewakuowani z całą rodziną jako bezpośrednio zagrożeni. Tym razem jednak sprawa nie była aż tak poważna. Zresztą najważniejsze były te dni wolne od szkoły. Zastanawiała się, czy lepiej zostać popularną pisarką, czy modelką z okładek błyszczących pism, które czyta mama. A może jednym i drugim? Gdyby tak móc dorosnąć, tak od razu! Położyła głowę na parapecie tuż obok zamkniętego na miniaturową kłódkę pamiętnika. Pomyślała o swojej babci, tęskniła za nią, za wakacjami, kotami i pierogami z wiśnią. Albo o święcie zmarłych, kiedy na cmentarzu uciekała rodzinie, żeby maczać paluszki w ciepłym wosku kolorowych świec. Nosić paznokcie jak dorosła chciała.
Trudno powiedzieć, ile trwały te chwile. Może nie dłużej niż trwa zrobienie obiadu, a może wieczność rozbudzonej wyobraźni. Słońce rozgrzewało parapet. Wojsko przeszło. Matka wołała ją już drugi raz. Na stole stygła zupa.
Po kilku dniach ponownie otworzono szkołę przy ambasadzie. Przed pierwszą lekcją nauczycielka poprosiła uczniów o chwilę ciszy. Ten chłopak, ten, który podarował dziewczynce kasetę. Lubił oglądać wojsko.
II
Kiedy spokojnym krokiem wchodził na jedyny peron niewielkiej stacji kolejowej, jego pociąg już czekał. Był to pierwszy przystanek na trasie, dlatego miejsc było więcej niż pasażerów. Zajął jedno przy oknie.
Uff, odetchnęła zwalniając i chwyciwszy się poręczy wskoczyła na metalowe stopnie ostatniego wagonu. Niewiele było wolnych miejsc. Zajęła jedno przy chłopaku bez znaków szczególnych.
Odjazd, ekselencjo, krzyknął (pomijając pierwsze "c") konduktor i spowity dniem pracy, z doczepioną kokardą uśmiechu zniknął w kabinie motorniczego. Hydrauliczny mechanizm zsunął ku sobie drzwi. Ruszyła maszyna...
Gdy noc jest głęboka, można się jej obawiać z wielu powodów. Choć nie miała w zwyczaju drżeć z byle powodu, to dobrze znała prawdziwy strach – widziała, jak potrafi maszerować wojsko, widziała niejedno. No więc kiedy wysiada się nocą na przystanku przy pustej budce dróżnika, idzie kilometr albo więcej wzdłuż gęstego lasu, by wreszcie przejść przez czarne gardło wsi, z jej niewykończonymi domami i drzemiącą w nich bezsennie ludzką złośliwością, gdzie pojedynczy, a potem kolejny krok za plecami stopniuje napięcie, żeby na koniec pęknąć z hukiem, nie jest to bynajmniej lęk przed szybko zapadającym zmrokiem. Dziewczyna nerwowo skubała skórkę przy paznokciu.
Chłopakowi podobało się, jak dziewczyna delikatnie głaszcze palce. Nie tak zwyczajnie, choćby codzienne wcieranie kremu, ale jak wtedy, gdy myśli się o czymś przyjemnym, a ciało z posłuszeństwem lustra przenosi tę myśl na ruch. Odkąd pamiętał, hołdował przekonaniu – kobiece dłonie ładnie pachną. Wyobrażał sobie, że dziewczyna pracuje w sklepie papierniczym, a jej palce pachną nowym kompletem kredek. Nieważne już, czy to kolorowy wkład, drewno, czy farba, którą je pokryto. Po prostu zapach kredek. Światło kolejowej jarzeniówki temperowało szczegóły.
Pociąg stanął. Pasażerka wyciągnęła z uszu słuchawki, nałożyła ciepłe nauszniki i wyszła. Odjazd, ekselencjo, oznajmił maszyniście konduktor, tak rozbawiony nowym słowem, iż postanowił używać go na całej trasie.
Jeszcze tego samego wieczora chłopak zdecydował, że prowadzić będzie dziennik spotkań. Sumiennie zliczał w nim minuty i łączył je w godziny wspólnych podróży. Za każdym razem, kiedy zauważył dziewczynę w pociągu, włączał stoper, by wyłączyć go dopiero po jej zniknięciu. Na samą myśl o kolejnym wpisie krew tego świeżo upieczonego księgowego przechodziła w cwał. Z jednej strony uzależnił się od tych niedługich, za to częstych spotkań, właściwych wszystkim trasom kolei podmiejskich; z drugiej nie potrafił zdobyć się na nic więcej ponad obsługę zegarka. Tak upłynęła jesień i zaczęła się zima. Musiało minąć kilkanaście stronic zeszytu drobno zapisanego słupkami liczb, żeby wreszcie zapytał, czy może towarzyszyć jej od stacji w głąb mroźnego wieczora. Stało się to za sprawą dość niewyszukanego przypadku, kiedy to los dłonią żartownisia zaciąga hamulec awaryjny. Tak oto bariera nieśmiałości została przełamana, gwałtownie zbliżając tę dwójkę na odległość oddechu. Przepraszam, szepnął speszony, wstając z podłogi. Czy mógłbym...
Zaskoczona dziewczyna zgodziła się bez entuzjazmu. Podniósł teczkę i przepuścił pasażerkę w automatycznych drzwiach. To miło z jego strony, stwierdziła w myślach, choć chłopak nie był bohaterem ani jednego uderzenia jej serca. Przynajmniej pierwszy raz nie będzie musiała obawiać się szybko zapadającego zmroku.
Przez tory przeszli na drugą stronę. Chłopak próbował podjąć rozmowę – rozprawiał o swojej pracy i rodzinnym miasteczku, ale widząc niewielkie zainteresowanie ze strony dziewczyny szybko tracił rezon. Przyznać się do liczb, przeszło mu przez myśl? Przez las szli w milczeniu. Zaproponował owiniętą w tłusty papier kanapkę, żeby przełamać ciszę. Już naprawdę niedaleko, odpowiadała.
W niektórych domach paliły się lampki i było to jedyne światło, jakie padało na drogę. Za ich plecami zaszeleścił lis. On nigdy nie słyszał odgłosu lisa. Ona pamiętała, że dziś nie musi się niczego obawiać. Nagle chłopak wywinął śmiesznego orła i wylądował na śniegu. Tuż obok ktoś chichrał się, a chwilę potem był błysk, grzmot, krzyk. Poczuł się jak kiedyś na basenie, gdy zanurkował i woda naleciała mu do nosa. Błysk, grzmot, chichot. Zakrztusił się, nie mógł złapać oddechu, kręciło mu się w głowie. Zakrył dłońmi twarz i przez lekko rozwarte palce szukał dziewczyny, ale widział tylko usta tłumu w porze linczu. Usta śmiały się aż zapadła surowa cisza i wszystko ustało, wszystko prócz monotonnego ruchu Ziemi, który teraz, jak nigdy wcześniej, czuł wyraźnie. Wydawało mu się, że Ziemia jest jak to wielkie miękkie łóżko, po którym tak skakał w dzieciństwie, gdy nikogo nie było w domu. Zdawało mu się nawet, że jest w tamtym domu. Zaraz przyjdzie matka, spyta, czy nie jest głodny, posadzi go w fotelu, weźmie arkusz brystolu i zacznie rysować. A kiedy skończy, podpowie mu w nagrodę za cierpliwość, czy powinien już wyłączyć stoper. O tym właśnie pomyślał przed snem.
Czekając na ambulans dziewczyna gładziła go po opuchniętej twarzy. Póki starczyło sił, chłopak próbował zbliżyć nabite krwią nozdrza do jej dłoni. Już dobrze, powtarzała, kiedy w gorączce mamrotał bez sensu jedno słowo: kredki.
III
Główny korytarz w ambasadzie był długi i dobrze oświetlony, dlatego zdecydowano się zrobić z niego galerię. Na obu ścianach wisiały portrety. Mała dziewczynka już dłuższy czas wpatrywała się w nie, a one w nią. Posiwiali panowie w czarnych garniturach. Im starszy był portretowany, tym straszniejszy jej się wydawał. Poczuła czyjąś rękę na ramieniu. „Przepraszam panienkę, ale muszę sprzątać”. Dziewczynka widzi czarnoskórego mężczyznę z odkurzaczem. „To lew?” – pokazuje na bliznę wystającą spod rozpiętej wojskowej kurtki. „Ludzie, panienko”. „A ten wisiorek?” – mała łapie za kolorowe paciorki. „Nie można dotykać koraliki, będzie pech”. „A co to pech?”. Nie wiedział, jak na to pytanie odpowiedzieć, więc opowiedział historię:
W chatce nad strumieniem żył młodzieniec. Pewnego dnia usłyszał pukanie do drzwi i kiedy je otworzył, myśląc, że to myśliwi z wioski przyszli zabrać go na wspólne polowanie, oczom jego ukazała się piękna kobieta jak z bajki.
„Czy mogę zająć Panu chwilę” – powiedziała dziewczyna. Ruchem, którego się po sobie nie spodziewał, pociągnął za identyfikator zawieszony na szyi dziewczyny. Zawsze był podejrzliwy, gdy sprzedawano mu coś przez próg. „To Pani prawdziwe imię? Paryż?”. „Bo mnie udusisz” – uśmiechnęła się do niego. Podpisał wszystko, byle tylko chwila mogła trwać. Powiedziała, że jeszcze wróci zapytać, czy nowa taryfa na prąd jest w porządku.
Chłopak potem bardzo tęsknił za tym imieniem i wierzył w obietnicę powrotu. Przestał chodzić na polowania i czekał. Nie mogli pomóc ani kowal…
Dzwonek do drzwi na równe nogi poderwał go z fotela. „Noże, nożyczki, ostrzenie. Nie potrzebuje Pan naostrzyć noża?”.
…ani czarownik.
„Dzień dobry, czy wierzy Pan w Boga?” – powiedział ten bardziej wygadany z dwóch sprzedawców, a drugi podał darmowy egzemplarz pisma. Opadł w fotel zrezygnowany.
Czekał tak przy drzwiach na znak, a ci, którzy nie polują tracą miejsce przy wspólnym stole. I można traktować ich jak traktuje się wroga.
Nie wróciła zapytać, czy wszystko w porządku. Po miesiącu przyszedł nowy wysoki rachunek. W umowie nie znalazł jej imienia. Nikt go nie znał, kiedy chcąc zerwać kontrakt, przeliterował je do słuchawki telefonu.
„…Pech, to jest spotkać ją na swojej drodze – powiedział woźny i dmuchnął w końcówkę odkurzacza jakby chciał wydmuchać stamtąd solone orzechy. – Wtedy człowiek niczego już nie zrobi dobrze” – dodał na koniec.
Dziewczynka pilnie słuchała, jakby uczyła się szkolnego wierszyka na pamięć. A kiedy mężczyzna skończył opowieść, wyrwała kolorowe paciorki z jego ręki. Z troską patrzył, jak biegła wzdłuż korytarza, mijając portrety, które nie były jej straszne.
*
Miasto kręciło się jak kolorowy bąk wokół osi przypominającej wysoką wieżę. Paryż szybkim krokiem szła na spotkanie. W gąszczu ludzi na słonecznym bulwarze łatwo przypadkiem wpaść na kogoś. „Przepraszam” – powiedziała. „To nic” – odpowiedział chłopak, choć w czarnych bawolich oczach widać było, że czymś się denerwuje. Podniesione kąciki ust potwierdziły, że można rozejść się w pokoju. Chłopak udawał spokojnego, ale rozglądał się na boki. Raz obrócił się za dziewczyną. Ona też raz. W tym samym momencie. Coś zaiskrzyło. Wieczorne wiadomości podały, że celem była najprawdopodobniej ambasada, ale eksplozja z niewyjaśnionych przyczyn nastąpiła wcześniej.![]()
![]()
KRZYSZTOF PIETRALA
Wczesne lata osiemdziesiąte. Etnolog. Nie pracuje w zawodzie. Stacjonuje w Krakowie.
MATEUSZ GAWRON
Od rysunku architektonicznego na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej rozpoczął swoją drogę przez przez zawiłości ilustracji i grafiki. W swoich ilustracjach stara się odnaleźć perfekcyjną kreskę oraz to, co naprawdę ładne. Jego prace znaleźć można w różnorakich gazetach, na kilku blogach oraz jak na razie w jednej książce.