DO GÓRY

 

fuss_miniatury_gawron_cover.jpg

NUMER 18 (3) CZERWIEC 2016 | "HERA, KOKA, HASZ..."


PARYŻ

KRZYSZTOF PIETRALA | MATEUSZ GAWRON

I
Działo się to w jed­nym z tych upal­nych państw, które noto­rycz­nie zmie­niają zda­nie.

Szyba była czy­sta. Dziew­czynka patrzyła raz na odbi­cie swo­jej twa­rzy, raz na sunące ulicą jak stare żół­wie czołgi. W dru­gim pokoju rodzice szep­tali ner­wowo. Mun­dur za mun­du­rem, za kara­bi­nem lśniący kara­bin. Z oddali żoł­nie­rze wyglą­dali jak mężo­wie dla jej lalek, z któ­rych już wyro­sła, tylko zmy­ślone imiona w pamięci pozo­stały. Gdyby była chłop­cem, pew­nie na dłu­żej zawie­si­łaby wzrok na masze­ru­ją­cym groź­nie woj­sku, ale wolała patrzeć na wła­sne odbi­cie w szy­bie. Auto­re­wers czar­nego magne­to­fonu Grun­dig, który dostała od ojca na trzy­na­ste uro­dziny, z chrzę­stem prze­oczo­nego chra­bąsz­cza zmie­niał stronę jej ulu­bio­nej kasety – Dan­ge­rous. Ją z kolei dostała od przy­ja­ciela z klasy. Uwiel­biała jej słu­chać. Słu­chać i marzyć. Tak, on na pewno w tej chwili wolałby oglą­dać woj­sko, pomy­ślała.

Po nie­bie, jak echo ulicy, odby­wał się marsz chmur. Pamię­tała, jak pod­czas ostat­niego prze­wrotu zostali ewa­ku­owani z całą rodziną jako bez­po­śred­nio zagro­żeni. Tym razem jed­nak sprawa nie była aż tak poważna. Zresztą naj­waż­niej­sze były te dni wolne od szkoły. Zasta­na­wiała się, czy lepiej zostać popu­larną pisarką, czy modelką z okła­dek błysz­czą­cych pism, które czyta mama. A może jed­nym i dru­gim? Gdyby tak móc doro­snąć, tak od razu! Poło­żyła głowę na para­pe­cie tuż obok zamknię­tego na minia­tu­rową kłódkę pamięt­nika. Pomy­ślała o swo­jej babci, tęsk­niła za nią, za waka­cjami, kotami i pie­ro­gami z wiśnią. Albo o świę­cie zmar­łych, kiedy na cmen­ta­rzu ucie­kała rodzi­nie, żeby maczać paluszki w cie­płym wosku kolo­ro­wych świec. Nosić paznok­cie jak doro­sła chciała.

Trudno powie­dzieć, ile trwały te chwile. Może nie dłu­żej niż trwa zro­bie­nie obiadu, a może wiecz­ność roz­bu­dzo­nej wyobraźni. Słońce roz­grze­wało para­pet. Woj­sko prze­szło. Matka wołała ją już drugi raz. Na stole sty­gła zupa.

Po kilku dniach ponow­nie otwo­rzono szkołę przy amba­sa­dzie. Przed pierw­szą lek­cją nauczy­cielka popro­siła uczniów o chwilę ciszy. Ten chło­pak, ten, który poda­ro­wał dziew­czynce kasetę. Lubił oglą­dać woj­sko.

fuss_miniatury_gawron.jpgII
Kiedy spo­koj­nym kro­kiem wcho­dził na jedyny peron nie­wiel­kiej sta­cji kole­jo­wej, jego pociąg już cze­kał. Był to pierw­szy przy­sta­nek na tra­sie, dla­tego miejsc było wię­cej niż pasa­że­rów. Zajął jedno przy oknie.

Uff, ode­tchnęła zwal­nia­jąc i chwy­ciw­szy się porę­czy wsko­czyła na meta­lowe stop­nie ostat­niego wagonu. Nie­wiele było wol­nych miejsc. Zajęła jedno przy chło­paku bez zna­ków szcze­gól­nych.

Odjazd, eks­e­len­cjo, krzyk­nął (pomi­ja­jąc pierw­sze "c") kon­duk­tor i spo­wity dniem pracy, z docze­pioną kokardą uśmie­chu znik­nął w kabi­nie motor­ni­czego. Hydrau­liczny mecha­nizm zsu­nął ku sobie drzwi. Ruszyła maszyna...

Gdy noc jest głę­boka, można się jej oba­wiać z wielu powo­dów. Choć nie miała w zwy­czaju drżeć z byle powodu, to dobrze znała praw­dziwy strach – widziała, jak potrafi masze­ro­wać woj­sko, widziała nie­jedno. No więc kiedy wysiada się nocą na przy­stanku przy pustej budce dróż­nika, idzie kilo­metr albo wię­cej wzdłuż gęstego lasu, by wresz­cie przejść przez czarne gar­dło wsi, z jej nie­wy­koń­czo­nymi domami i drze­miącą w nich bez­sen­nie ludzką zło­śli­wo­ścią, gdzie poje­dyn­czy, a potem kolejny krok za ple­cami stop­niuje napię­cie, żeby na koniec pęk­nąć z hukiem, nie jest to by­naj­mniej lęk przed szybko zapa­da­ją­cym zmro­kiem. Dziew­czyna ner­wowo sku­bała skórkę przy paznok­ciu.

Chło­pakowi podo­bało się, jak dziew­czyna deli­kat­nie głasz­cze palce. Nie tak zwy­czaj­nie, choćby codzienne wcie­ra­nie kremu, ale jak wtedy, gdy myśli się o czymś przy­jem­nym, a ciało z posłu­szeń­stwem lustra prze­nosi tę myśl na ruch. Odkąd pamię­tał, hoł­do­wał prze­ko­na­niu – kobiece dło­nie ład­nie pachną. Wyobra­żał sobie, że dziew­czyna pra­cuje w skle­pie papier­ni­czym, a jej palce pachną nowym kom­ple­tem kre­dek. Nie­ważne już, czy to kolo­rowy wkład, drewno, czy farba, którą je pokryto. Po pro­stu zapach kre­dek. Świa­tło kole­jo­wej jarze­niówki tem­pe­ro­wało szcze­góły.

Pociąg sta­nął. Pasa­żerka wycią­gnęła z uszu słu­chawki, nało­żyła cie­płe nausz­niki i wyszła. Odjazd, eks­e­len­cjo, oznaj­mił maszy­ni­ście kon­duk­tor, tak roz­ba­wiony nowym sło­wem, iż posta­no­wił uży­wać go na całej tra­sie.

Jesz­cze tego samego wie­czora chło­pak zde­cy­do­wał, że pro­wa­dzić będzie dzien­nik spo­tkań. Sumien­nie zli­czał w nim minuty i łączył je w godziny wspól­nych podróży. Za każ­dym razem, kiedy zauwa­żył dziew­czynę w pociągu, włą­czał sto­per, by wyłą­czyć go dopiero po jej znik­nię­ciu. Na samą myśl o kolej­nym wpi­sie krew tego świeżo upie­czo­nego księ­go­wego prze­cho­dziła w cwał. Z jed­nej strony uza­leż­nił się od tych nie­dłu­gich, za to czę­stych spo­tkań, wła­ści­wych wszyst­kim tra­som kolei podmiej­skich; z dru­giej nie potra­fił zdo­być się na nic wię­cej ponad obsługę zegarka. Tak upły­nęła jesień i zaczęła się zima. Musiało minąć kil­ka­na­ście stro­nic zeszytu drobno zapi­sa­nego słup­kami liczb, żeby wresz­cie zapy­tał, czy może towa­rzy­szyć jej od sta­cji w głąb mroź­nego wie­czora. Stało się to za sprawą dość nie­wy­szu­ka­nego przy­padku, kiedy to los dło­nią żar­tow­ni­sia zaciąga hamu­lec awa­ryjny. Tak oto bariera nie­śmia­ło­ści została prze­ła­mana, gwał­tow­nie zbli­ża­jąc tę dwójkę na odle­głość odde­chu. Prze­pra­szam, szep­nął spe­szony, wsta­jąc z podłogi. Czy mógł­bym...

Zasko­czona dziew­czyna zgo­dziła się bez entu­zja­zmu. Pod­niósł teczkę i prze­pu­ścił pasa­żerkę w auto­ma­tycz­nych drzwiach. To miło z jego strony, stwier­dziła w myślach, choć chło­pak nie był boha­te­rem ani jed­nego ude­rze­nia jej serca. Przy­naj­mniej pierw­szy raz nie będzie musiała oba­wiać się szybko zapa­da­ją­cego zmroku.

Przez tory prze­szli na drugą stronę. Chło­pak pró­bo­wał pod­jąć roz­mowę – roz­pra­wiał o swo­jej pracy i rodzin­nym mia­steczku, ale widząc nie­wiel­kie zain­te­re­so­wa­nie ze strony dziew­czyny szybko tra­cił rezon. Przy­znać się do liczb, prze­szło mu przez myśl? Przez las szli w mil­cze­niu. Zapro­po­no­wał owi­niętą w tłu­sty papier kanapkę, żeby prze­ła­mać ciszę. Już naprawdę nie­da­leko, odpo­wia­dała.

W nie­któ­rych domach paliły się lampki i było to jedyne świa­tło, jakie padało na drogę. Za ich ple­cami zasze­le­ścił lis. On ni­gdy nie sły­szał odgłosu lisa. Ona pamię­tała, że dziś nie musi się niczego oba­wiać. Nagle chło­pak wywi­nął śmiesz­nego orła i wylą­do­wał na śniegu. Tuż obok ktoś chi­ch­rał się, a chwilę potem był błysk, grzmot, krzyk. Poczuł się jak kie­dyś na base­nie, gdy zanur­ko­wał i woda nale­ciała mu do nosa. Błysk, grzmot, chi­chot. Zakrz­tu­sił się, nie mógł zła­pać odde­chu, krę­ciło mu się w gło­wie. Zakrył dłońmi twarz i przez lekko roz­warte palce szu­kał dziew­czyny, ale widział tylko usta tłumu w porze lin­czu. Usta śmiały się aż zapa­dła surowa cisza i wszystko ustało, wszystko prócz mono­ton­nego ruchu Ziemi, który teraz, jak ni­gdy wcze­śniej, czuł wyraź­nie. Wyda­wało mu się, że Zie­mia jest jak to wiel­kie mięk­kie łóżko, po któ­rym tak ska­kał w dzie­ciń­stwie, gdy nikogo nie było w domu. Zda­wało mu się nawet, że jest w tam­tym domu. Zaraz przyj­dzie matka, spyta, czy nie jest głodny, posa­dzi go w fotelu, weź­mie arkusz bry­stolu i zacznie ryso­wać. A kiedy skoń­czy, pod­po­wie mu w nagrodę za cier­pli­wość, czy powi­nien już wyłą­czyć sto­per. O tym wła­śnie pomy­ślał przed snem.

Cze­ka­jąc na ambu­lans dziew­czyna gła­dziła go po opuch­nię­tej twa­rzy. Póki star­czyło sił, chło­pak pró­bo­wał zbli­żyć nabite krwią noz­drza do jej dłoni. Już dobrze, powta­rzała, kiedy w gorączce mam­ro­tał bez sensu jedno słowo: kredki.

III
Główny kory­tarz w amba­sa­dzie był długi i dobrze oświe­tlony, dla­tego zde­cy­do­wano się zro­bić z niego gale­rię. Na obu ścia­nach wisiały por­trety. Mała dziew­czynka już dłuż­szy czas wpa­try­wała się w nie, a one w nią. Posi­wiali pano­wie w czar­nych gar­ni­tu­rach. Im star­szy był por­tre­to­wany, tym strasz­niej­szy jej się wyda­wał. Poczuła czy­jąś rękę na ramie­niu. „Prze­pra­szam panienkę, ale muszę sprzą­tać”. Dziew­czynka widzi czar­no­skó­rego męż­czy­znę z odku­rza­czem. „To lew?” – poka­zuje na bli­znę wysta­jącą spod roz­pię­tej woj­sko­wej kurtki. „Ludzie, panienko”. „A ten wisio­rek?” – mała łapie za kolo­rowe paciorki. „Nie można doty­kać kora­liki, będzie pech”. „A co to pech?”. Nie wie­dział, jak na to pyta­nie odpo­wie­dzieć, więc opowie­dział histo­rię:

W chatce nad stru­mie­niem żył mło­dzie­niec. Pew­nego dnia usły­szał puka­nie do drzwi i kiedy je otwo­rzył, myśląc, że to myśliwi z wio­ski przy­szli zabrać go na wspólne polo­wa­nie, oczom jego uka­zała się piękna kobieta jak z bajki.

„Czy mogę zająć Panu chwilę” – powie­działa dziew­czyna. Ruchem, któ­rego się po sobie nie spo­dzie­wał, pocią­gnął za iden­ty­fi­ka­tor zawie­szony na szyi dziew­czyny. Zaw­sze był podejrz­liwy, gdy sprze­da­wano mu coś przez próg. „To Pani praw­dziwe imię? Paryż?”. „Bo mnie udu­sisz” – uśmiech­nęła się do niego. Pod­pi­sał wszystko, byle tylko chwila mogła trwać. Powie­działa, że jesz­cze wróci zapy­tać, czy nowa taryfa na prąd jest w porządku.

Chło­pak potem bar­dzo tęsk­nił za tym imie­niem i wie­rzył w obiet­nicę powrotu. Prze­stał cho­dzić na polo­wa­nia i cze­kał. Nie mogli pomóc ani kowal…

Dzwo­nek do drzwi na równe nogi pode­rwał go z fotela. „Noże, nożyczki, ostrze­nie. Nie potrze­buje Pan naostrzyć noża?”.

…ani cza­row­nik.

„Dzień dobry, czy wie­rzy Pan w Boga?” – powie­dział ten bar­dziej wyga­dany z dwóch sprze­daw­ców, a drugi podał dar­mowy egzem­plarz pisma. Opadł w fotel zre­zy­gno­wany.

Cze­kał tak przy drzwiach na znak, a ci, któ­rzy nie polują tracą miej­sce przy wspól­nym stole. I można trak­to­wać ich jak trak­tuje się wroga.

Nie wró­ciła zapy­tać, czy wszystko w porządku. Po mie­siącu przy­szedł nowy wysoki rachu­nek. W umo­wie nie zna­lazł jej imie­nia. Nikt go nie znał, kiedy chcąc zerwać kon­trakt, prze­li­te­ro­wał je do słu­chawki tele­fonu.

„…Pech, to jest spo­tkać ją na swo­jej dro­dze – powie­dział woźny i dmuch­nął w koń­cówkę odku­rza­cza jakby chciał wydmu­chać stam­tąd solone orze­chy. – Wtedy czło­wiek niczego już nie zrobi dobrze” – dodał na koniec.

Dziew­czynka pil­nie słu­chała, jakby uczyła się szkol­nego wier­szyka na pamięć. A kiedy męż­czy­zna skoń­czył opo­wieść, wyrwała kolo­rowe paciorki z jego ręki. Z tro­ską patrzył, jak bie­gła wzdłuż kory­ta­rza, mija­jąc por­trety, które nie były jej straszne.

*

Mia­sto krę­ciło się jak kolo­rowy bąk wokół osi przy­po­mi­na­ją­cej wysoką wieżę. Paryż szyb­kim kro­kiem szła na spo­tka­nie. W gąsz­czu ludzi na sło­necz­nym bul­wa­rze łatwo przy­pad­kiem wpaść na kogoś. „Prze­pra­szam” – powie­działa. „To nic” – odpowie­dział chło­pak, choć w czar­nych bawo­lich oczach widać było, że czymś się dener­wuje. Pod­nie­sione kąciki ust potwier­dziły, że można rozejść się w pokoju. Chło­pak uda­wał spo­koj­nego, ale roz­glą­dał się na boki. Raz obró­cił się za dziew­czyną. Ona też raz. W tym samym momen­cie. Coś zaiskrzyło. Wie­czorne wia­do­mo­ści podały, że celem była naj­praw­do­po­dob­niej amba­sada, ale eks­plo­zja z nie­wy­ja­śnio­nych przy­czyn nastą­piła wcze­śniej.musująca tabletka.png

kreska.jpg

KRZYSZTOF PIETRALA
Wcze­sne lata osiem­dzie­siąte. Etno­log. Nie pra­cuje w zawo­dzie. Sta­cjo­nuje w Kra­ko­wie.

MATEUSZ GAWRON
Od rysunku archi­tek­to­nicz­nego na Wydziale Archi­tek­tury Poli­tech­niki War­szaw­skiej roz­po­czął swoją drogę przez przez zawi­ło­ści ilu­stra­cji i gra­fiki. W swoich ilu­stra­cjach stara się odna­leźć per­fek­cyjną kre­skę oraz to, co naprawdę ładne. Jego prace zna­leźć można w róż­no­ra­kich gaze­tach, na kilku blo­gach oraz jak na razie w jed­nej książce.

Ta strona korzysta z plików cookie.